piątek, 13 lutego 2015

"Powrót króla?"......czyli recenzja: Lupe Fiasco- Tetsuo&Youth

Zacząłem prowokacyjne, tytuł jak tytuł, teoretycznie powinien zachęcać do sprawdzenia recenzji. Tym bardziej gdy wpisany jest do niego również „chłyt marketingowy” (gimby nie znają). Od legalnego debiutu rapera z Chicago minęło niespełna 9 lat. Prawie dekada, a tym czasie Wasalu Muhammad Jaco zdążył dorobić się łatki wypalonej gwiazdy, niespełnionej nadziei czy też nieodnajdującego się w grze gracza. W dużym stopniu, 32 letni raper solidnie zapracował sobie na taki status, a spora część zagorzałych fanów „Lupe Fiasco's Food & Liquor” stała się etatową lożą szyderców dla kolejnych wydawnictw. Tym razem Lupe Fiasco już w samym introtracku przekonuje, że postawienie na nim krzyżyka było przedwczesne.
My rap position was black condition and activism. Ammunition for abolition, missions attacking systems. But they're not apt to listen, unless it's dropping on Activision”- jak sam określa w ponad 8-minutowej epopei „Mural” miejsce do którego zaprowadziła go obecność w mainstreamie. Ciężko jest odnaleźć tutaj choćby gram spełnienia bądź szczypty wygranej. O tendencji spadkowej i o tym jak branża ciągnęła w dół jednego z najzdolniejszych liryków ostatniej dekady pisano częściej niż o udanych singlach, podgrzewać kotleta więc nie warto. Pierwsza jaskółka na odwilż- opuszczenie Atlantic i choć od tego faktu minęły 2 lata to dopiero początek 2015 roku przyniósł nam długo oczekiwany album. Mocno ograniczona promocja, głośne ale spoza gatunku zaproszone ksywki, jeszcze przed sprawdzeniem „Tetsuo&Youth” można było się spodziewać nowego rozdania. Choć nie samego rapu powinno się ono tyczyć...
Gdy album zaczyna niepozorne intro, a następnie przez ponad 8-minut gospodarz nie daje nam wytchnienia, uporczywie nie zwalniając tempa, bezczelnie omijając refreny i przeskakując z wersu na wers z świeżością niezepsutego przez mainstream kota to wiedz że będzie dobrze. Bo już początek porywa: „When I was young I had visions of another world. Sneaking looks at the porn stash of my brother Hurl. Incense smoke made vortices and other curls. Casting calls from porn films and ad space for rubber girls. I like my pancakes cut in swirls. Moroccan moles and undercover squirrels. I like cartoons, southern cities with large moons. Faith healers, ex-female drug dealers and art booms”to jak malowanie pijanym powietrzem. Co prawda, lirycznie Lupe nie zatracił formy i potrafił zaskakiwać również na poprzednich projektach lecz w tym wszystkim brakowało klimatu. Nieraz kulała praca producentów, nieraz Lupe brzmiał jakby dreptał w miejscu w obcych butach. Choć linijki rapera z Chicago zawsze były mocno ulokowane społecznie i nie brakowało w nich ciężkich wersów to wpychany na siłę na czołówki Bilboardu brzmiał jak nawiedzony demagog.
Inaczej jest na „Tetsuo&Youth”, z tą różnicą że forma nadal się zgadza. Od toksycznej strony popkultury, przez Biblię, brud realizmu a`la Krzysztof Krauze, nostalgię późnej jesienni po plastyczne obrazy w różnych odcieniach. Jak w „Little Death”: „Some place vulnerable like probably in the eye. What of the chicken? what is it missin', is it dry? Did it die in some inhumane conditions so it didn't go relaxed. And the tension from its demise pulled all of the flavor from the fat. And made it flat and rather lifeless. Well there's a place that has a stunning turbot. And more mercifully murdered Pisces” gdzie dekodowanie wersów przypomina bieg przez płotki.
Chwilami ten album brzmi jak życiówka Lupe. „Deliver” z koncepcją zbawiciela przedstawionego jako dostarczyciela pizzy, poniżonego, odrzuconego: „The pizza man don't come here no more. Too much dope. Too many niggas on the porch. So the pizza man don't approach (no, no, no)”. W „No Scratches” metafory brną równie odważnie, miłość zestawiona z kolizją samochodową onieśmiela prostotę popularnych lovesongów z rotacji radiowych: „Mini-Bar raided, in the indy car faded. 500 miles, it’s pretty far ain't it?. But it’s a pretty car, ain't it? Pretty hard painted. But pretty darn dangerous”. Momentami dziki spęd skojarzeń to zbyt duża dawka: „Now let's vogue, mountain pose. Downward facing dog, warrior pose. Tree pose, bridge pose. Triangle pose, seated twist. Upward facing dog (pose, pose). Pigeon pose, In this bitch, that's vulgar, that's yoga. Let's try it again with clothes. And closer, enclosure, exposures. Quiet is kept like. Rosicrucian meet Cosa Nostras on Oprah's sofa. With both controllers. Watchin' Gazans and Ashkenazzis ride roller coasters”, a nagromadzone w głowie obrazy zlewają się ze sobą. Chwilami ten miszmasz kulturowy dobitnie przypomina o tym dlaczego tęsknotę za starym Fiasco z czasów legalnego debiutu tak bardzo męczyła fanów.
O ile dyspozycja flow, a w szczególności poziom liryczny gospodarza może zadowolić to producenckie rzemiosło zostawia po sobie mieszane odczucia. Perełki jak „Mural” z jednym z popularniejszych sampli ostatniego czasu- patrz chociażby Logic i jego „Death Presidents III”, singlowe, ciężkie, niepokojące, ze stadionowym refrenem „Deliver” . Z pewnością „Tetsuo&Youth” to album zróżnicowany pod względem brzmienia. Sielanka i beztroska ze smyczkami i nutą country w „Dots&Lines”, równie ciepłe „Prisoner 1&2”, nisko zawieszone basy i lekkie gramofony w „Blur My Hands”, a następnie kolejna pora roku i jazzowa otoczka z subtelną perkusją i niepozorną elektroniką. Całość zamyka mroczna, ciężka elektronika, wolne, nostalgiczne, nastawione na prostotę produkcje. Nie zawsze jest na czym ucho zawiesić, a długość nagrań nie pomaga w odbiorze.
Im dłużej ten album brzmiał w moich głośnikach tym bardziej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że do pełnego szczęścia zabrakło niewiele. Jak na tak długą historię, nie aż tak wiele zostaje w głowie. Temu projektowi nie można odmówić mocnych nagrań jak choćby singlowe „Deliver” to jednak na ponad 80. minutowy album tak obfita dawka może zmęczyć. Pięta Achillesowa poprzednich wydawnictw w postaci nietrafionych bitów to już zamknięty temat. Produkcje na tym albumie to właściwy grunt dla rapera z Chicago, jednak i w nich zabrakło ognia. Choć w tej otoczce gorzkie wersy wreszcie brzmią smakowicie. Czasem bogactwo linijek jest przedawkowane, a miękka elektronika, soulowe popiersie, z karkiem subtelnych instrumentali nie wystarczyło by ta niewiasta porwała tłum.
W tym tkwi największa siła byłego już członka Atlantic. Krążek dla wybranych, rap daleki od koncepcji jaką wyznawał poprzednia wytwórnia. Stary, dobry Lupe w swoim świecie, rap barwny jak ten gdy malował go na płótnie. Tego odmówić mu nie można. A jednak, niedosyt pozostanie, tym razem na złość establishmentowi z którym właśnie zrywa znajomość...

Ocena: 6,5/10
Krzywa kroopa

czwartek, 12 lutego 2015

Na Tłusty czwartek tłusty bit...



To jedyny dzień w roku gdy niemal każdy pierdoli dietę i pochłania kalorię w tempie TGV. Wszędzie pączki, pączki, faworki, pączki i jeszcze raz pączki. Choć w Fast Foodach "tłusty czwartek" obchodzony jest przez cały rok to pretekst do bezkarnego pochłaniania tłustych rzeczy zawsze będzie na propsie. Z okazji tego próżnego i w głównej mierze komercyjnego święta dziś na blogu "Dyszka" graczy wagi ciężkiej. Żaden top, prywatny ranking czy inna hierarchiczna istota. W dzisiejszym menu same ciężkie pozycje...
UWAGA!!!
Zawarte w poście pozycje nie wyołują niestrawnośći
Smacznego
Krzywa krooopa

Action Bronson- ten to zna się na rzeczy. Na majku jak i w realu potrafi coś tłustego wysmażyć
Rick Ross- ma równie wielu zwolenników co przeciwników  ale co tam...
Notorious B.I.G.- gdyby to było zestawienia najlepszych raperów o gabarytach XXL to pozycja numer 1. była by pewna. 
Wini- jedna z najciekawszych osobowości na krajowej scenie. Amen
 Fat Joe- jak sama ksywa wskazuję, właściwa osoba na właściwym miejscu
Łyskacz - członek formacji Mor.W.A i mam nadzieje, że młodzi słuchacze dobrze kojarzą tą postać
Killer Mike- owoce pracy duetu Run The Jewels to jedna z najlepszych rzeczy jaka spotkała hip-hop w ostatnich latach. Tłuste bity, a i wersy do chudzinek nie należą... 
Vinnie Paz- komuś przedstawiać?!
 CeeLo Green- sympatyczny, pozytywny. W sam raz do beztroskiego dnia na wyżerkę 
B-Real- co prawda nie na słodko lecz z latynoską pikanterią. 
BONUS. Pozycja dla osób będących na diecie
Krzywa Kroopa
PS. Jutro recenzja nowego Lupe Fiasco. 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nie będzie burzy... Grammy 2015 rozdane

 
Zapewne każdy już wie kto w nocy 9 lutego mógł opijać sukces w branży, ale jeśli ktoś jakimś cudem przypominał lub średnio go interesuje ten temat to prawilnie przypominam. Grammy 2015 to już historia.
Kolejne rozdanie nagród Grammy już za nami. Jak zawsze gala nie mogła obyć się bez emocji, wyjątkowych występów czy też kontrowersyjnych epizodów. Rok temu główna statuetka w kategorii rap przypadła rudzielcowi z Seatlle. Co wywołało długą burzę na scenie i równie wielką falę niezadowolenia wśród fanów. Tym razem będzie spokojnie. Iggy Azalea zakończyła wieczór z pustymi rękoma, a Slim Shady został jednym z największych wygranych tegorocznych Grammy. Ale po kolei...
Kilka stałych elementów rozdania nagród rynku muzycznego w USA musi zostać spełnionych. Nie zawiódł Kanye West, który kolejny raz zaznaczył swoją obecność ingerencją podczas ceremonii. Odkładając na bok wszystkie newsu z natury „pudelek” i wracając do muzycznej strony ostatniego wieczoru, w branży hip-hopowej łupy między sobą podzielili Eminem oraz Kendrick Lamar. Temu pierwszemu przypadły statuetki za najlepszy album kategorii „Rap/Hip-hop” oraz za najlepszą kolaborację. Dla Slim Shay`ego była to 14sta i 15sta statuetka przyznawana przez Narodową Akademię Sztuki i Techniki Rejestracji. K.Dot zebrał laury za najlepszy performance oraz kawałek roku. Przegrani? Zdecydowanie Iggy Azalea która musiała obejść się smakiem. Również Common kolejny raz nie znalazł uznania, a jego fanom musiał wystarczyć jedynie świetnym występ wspólnie z Johnem Legend`em.
Jak zareagowało środowisko na tegoroczne rozstrzygnięcia? Trey Songz zaćwierkał na Twitterze: „The Grammys shortchange culture for popularity every year”, natomiast Wy jak oceniacie wynik Grammy 2015?

Lista nominowanych w kategorii rap oraz wytłuszczeni triumfatorzy
Najlepszy Rap Performance
  • "i" – Kendrick Lamar
  • "3005" – Childish Gambino
  • "0 to 100 / The Catch Up" – Drake
  • "Rap God" – Eminem
  • "All I Need Is You" – Lecrae

Najlepsza Rap Kolaboracja
  • "The Monster" – Eminem featuring Rihanna
  • "Blak Majik" – Common featuring Jhené Aiko
  • "Tuesday" – ILoveMakonnen featuring Drake
  • "Studio" – Schoolboy Q featuring BJ the Chicago Kid
  • "Bound 2" – Kanye West featuring Charlie Wilson

Najlepszy Rap Utwór
  • "i" -Kendrick Lamar
  • "Anaconda" -Nicki Minaj
  • "Bound 2" – Kanye West
  • "We Dem Boyz" – Wiz Khalifa
  • "0 to 100 / The Catch Up" - Drake
Najlepszy Rap Album
  • The Marshall Mathers LP 2 – Eminem
  • The New Classic – Iggy Azalea
  • Because the Internet – Childish Gambino
  • Nobody's Smiling – Common
  • Oxymoron – ScHoolboy Q
  • Blacc Hollywood – Wiz Khalifa


Krzywa kroopa
Pozdrawiam

sobota, 31 stycznia 2015

„Przeżyjmy to jeszcze raz”.... czyli recenzja: Noize From Dust- Ultraakustyka

Nastały dobre czasy dla młodych, zdolnych beatmakerów. Choć pod tym względem zawsze było co najmniej przyzwoicie i grono polskich producentów mogło wysoko nosić czoło to ostatnie miesiące jawią się jako swoista zmiana warty. Do głosu dochodzi raz za razem kolejny gracz, a na tym nie koniec. Idzie nowe, lepsze? Całkiem niedawno Soulpete ze swoim świetnym Soul Raw, odważny Fabster, tym razem Prosto Label rzuca kości i wypuszcza do mainstreamu duet Noize From Dust.
Jeśli komuś brakowało klasycznego brzmienia, żywcem wyrwanego z lat 90-tych, niech się raduje. Trueschoolowe rapsy wracają z odsieczą! Zza wielką wodą Joey Bada$$ na bitach Statik Selektah`a brzmi tak jak niegdyś współczesne legendy płynące na samplach przed jego narodzinami. Na krajowym podwórku DJ Tuiziano biorący na warsztat Wu-Tang Clan, często wspominany na tym blogu Soulpete z niepodrabianą świeżością i stemplowanym znakiem jakości zmienił grę. Leczy czy ze starszą szkołą wypada wchodzić w szranki młodym kotom?
Noize From Dust to inna półka. Z definicji pozycja niszowa, przeznaczona dla smakoszy gatunku, mocno osadzona w klasycznych dźwiękami rodem z Wielkiego Jabłka po Detroit. Siódmy wprawiony w freestyle, znany z działalności w stołeczny podziemiu i nieco ukryty w cieniu WorstCase, dla którego „Ultraakustyka” jest pierwszym, poważnym sprawdzianem. Urodzeni pod lepszym niebem, bo i wytwórnia (lepsza?) dająca lepszy start niż wcześniej przytoczonym kolegom po fachu, w nieco innym układzie bo i Siódmy również w roli rapera. Czegoś jednak zabrakło, by o Noize From Dust pisano jako o przełomowym debiucie.
Przy pierwszym zetknięciu „Ultraakustyka” sprawia co najmniej przyjemne wrażenie. Nic nachalnego, staranie wysmaplowane kompozycje, lekkie bębny, niskie basy, przyjemne trzeszczenie. Spectrum klimatów szerokie, od boom bapu, wielkomiejskiego chillu z jazzowym smogiem, czy też stricte brudne produkcje. Jednak przy głębszym poznaniu nie wszystko zagrało na „pięć”.
Intrygująca lista zaproszonych gości w realu rozczarowała jak powrót LeBron`a do Clevlend. O ile wysoka forma Kuby Knapa i Sariusa z ostatnich solówek potwierdziła się kolejny raz to kilka niewypałów brudzi ten klimat. HuczuHucz ze standardową dla siebie nawijką i męczącym storytellingiem wiadomej treści lub wręcz nie pozostawiające śladu w pamięci zwrotki, jak i same popisy wokalne tak popularnych na scenie graczy jak: VNM, będący na ustach wielu w ostatnim czasie Skorup lub doświadczony przodownik pozytywnych emocji w rap grze- Wujek Samo Zło. Wracając do lepszej strony „Ultraakustyki”, w gąszczu lepszych i słabszych linijek bez trudu można wyłapać pozytywne zaskoczenia. Przypominająca o swojej obecności grupa weteranów- Fenomen i ich charakterystyczny styl: „Wiem co mówię, Ty, Trzeźwy nie jestem. W kit lecę słuchaj słów nie patrz mi na ręce znów. Łapię majka będzie grubo, zrób mi przestrzeń. Boss jak Hugo, tłusty bit, gruby wers masz tu go. Co się strzeżesz jak Miecugow, dawaj. Napierdalam też bez majka do beatboxu, Kiedy zaczynam ty rzucałeś na plecy pawie ojców więc nie mów mi co mówić mam bo to wiem- Propsuj”, emocjonalne wersy Rasa: „Rap mnie bawi, choć rak mnie trawi. Może to stad ta cała chemia miedzy nami. Jak zapytają mnie o zmiany, to co im powiem? Jedyne co doprowadzam do końca to swoje zdrowie”. Jeśli chodzi o samego współgospodarza to 1/2 Noize From Dust nie przekonuje w roli rapera, flow monotonne, brzmiące jakby miało być jedynie zapełnieniem przerw w zwrotkach gości, ujmując krótko- rap Siódmego po prostu nudzi.
Same produkcje, bądź co bądź bronią się. Gruby sztos „Chcieć” w pełni podchodzący pod flow Częstochowskich MC, leniwy chill- „Rozsądek” w sam raz dla „Podniebnego kota” i połówki WFD, bujające „Zanim powiesz” z fankującymi gramofonami i ożywiającymi schratchami, Wu-Tangowe, ciężkie „To dla wszystkich” z porywającym refrenem czy też „Wiem co mówię” z mocnym basem i bezkompromisową nawijką weteranów sceny. Na tym nie koniec, singlowe „Szanty” z subtelnymi samplami i nisko zawieszonym basem lub mroczne „Odnaleźć światło”. Beaty trafione jak same zwrotki, w tym moc tego duetu. Umiejętność wyczucia możliwości zaproszonych gości, momentami daje nadzieje, momentami jednak cała ta zabawa staje się zbyt przewidywalna. Nijaki remix Vienia, nie dający temu kawałowi nowego życia, zupełnie bez historii tracki jak między innymi z featem duetu Dwa Zera. Trochę za dużo tej przeciętności jak na jeden album.
Tam gdzie brud lat 90-tych dochodzi do głosu można stracić poczucie czasu. Ostatecznie „Ultraakustyka” wypada pozytywnie. Wielka w tym zasługa ojców tego projektu, którzy z rapu XX wieku przemycili kwintesencję gatunku. Staranie dobrane sample, nietuzinkowe scratche, klimatyczne gramofony, przekrój od Madlib, Slum Village, Jurasick 5 po kresy wschodniego wybrzeża. Często raperzy zawodzą, czasami poprawność bije po uszach, a nijakość stygnie jak kurz na zapomnianym wosku. Kilku graczy wbija się, dzięki czemu album ma kilku potencjalnych kandydatów na mocne singlowe petardy. Co prawda, do elity krajowych producentów tej dwójce jeszcze daleko ale zmysłu muzycznego i ewidentnej zajawki na rap odmówić nie można. Stary rap? Nawet jeśli tam to wciąż ma moc.


Ocena: 6,5/10
Krzywa krooopa 

sobota, 24 stycznia 2015

„Muzyka emocjonalna”... czyli recenzja: J. Cole- 2014 Forest Hills Drive

 
We wrześniu ubiegłego roku minęły 3lata od legalnego debiutu J. Cole`a Pod skrzydłami samego Jay-Z z potężnymi promo singlami i całą promocyjną maszynerią. Po wielkiej pompie przyszedł czas na dyskretny powrót. Niczym skradający się kot na czterech łapach, bez głośnych zapowiedzi, marketingowej akcji i przechwałek na social media urodzony we Frankfurcie raper wraca ze swoim trzecim LP jednocześnie zabierając Nas do rodzinnego 2014 Forest Hills Drive w Fayetteville.
Od ponad dekady domem Jermaine`a Cole`a jest serce Eastcoastu. Początki dorosłego życia na ulicach NY sprawiły, że mimochodem „Wielkie Jabłko” wrosło w „świat Cole`a”, w muzykę jak i w postrzeganie rzeczywistości. Korzenie jednak pozostały, a dystans do rodzimej Północnej Karoliny z biegiem lat zmalał. Zbliżając się powoli do wieku Chrystusowego Cole zdecydował się na powrót do przeszłości i ostateczne odcięcie pępowiny...
Jedno słowo przychodzi mi do głowy słuchając pierwszych kawałków z 2014 Forest Hills Drive- „nieodwracalne”. A jednak jakby na przekór gospodarz brnie wstecz. Rozpoczynający album delikatny fortepian, lekki, wręcz kipiący emocjami głos stawiający główne pytanie na tym albumie: „Do you wanna, do you wanna be, free? Do you wanna, do you wanna be, happy?”. Jak kilka lat temu wysyłająca list grupa Fleexip tak dziś, pytanie to kieruje do samego siebie. Nie ma co przedłużać podchodów, to melancholia będzie przewodził tej wędrówce.
Na pierwszy rzut oka, kolejny album z kategorii „depresja rapera”. Gdzieś między wierszami można zauważyć pustkę za czymś utraconym w młodzieńczych latach, sprawy nie do końca rozliczone czy też rysy na psychice. Rodzinny dom, brak autorytetów, złe wybory, z tym wszystkim zmierza się J. Cole: „Another day another rhyme ho. Another day another time zone. Today, I woke up feeling horny so it's only right. Zachowując chronologię wydarzeń, krok po kroku prowadzi Nas po bolesnych zakamarkach swej pamięci. I żeby nie zabrzmiało to patetycznie,
Przy tendencji do wyrzucania emocji, ten album można potraktować jako swoistą próbę sił. Po 2014 Forest Hills Drive można spodziewać się wszystkich, mocnych stron Cole`a, od umiejętności wprowadzenia słuchacza w centrum wydarzeń po żywiołową modulację flow. I tak właśnie jest. Warto dać się porwać w lekturę tego pamiętnika. Barwne lovestory mimo gatunkowej banalności potrafi frapować od pierwszego wejrzenia: „I grew up, a fucking screw up. Tie my shoe up, wish they was newer Damn, need something newer. In love with the baddest girl in the city, I wish I knew her. I wish I won't so shy, I wish I was a bit more fly. I wish that I, could tell her how I really feel inside”. Przy gniewnym flow można odłożyć na bok grzechy z poprzednich płyt i nieco flegmatycznie wrzucanych wersów. Gniew, frustracja, sporo tego się uzbierało. Już na „Be free” kipiało od nagromadzonych napięć. Wreszcie Cole otworzył się jak przeciętny zjadacz chleba przy kolejnej setce. Co automatycznie przełożyło się na jakość wersów: „What's the price for a black man life? I check the toe tag, not one zero in sight. I turn the TV on, not one hero in sight. Unless he dribble or he fiddle with mics. Look out the window cause tonight the city lit up with lights, cameras and action”. Ten stan rzeczy to chleb powszedni na trzecim legalu: „Just got paid what Cochran got paid to free OJ. Just to share my life on the stage in front of strangers. Who know a nigga far too well, and that's the danger. Know me better than I know myself. I rip a page out my notebook in anger. And let these thoughts linger, singing”. Są emocję, jest moc i jest liryczna forma.
Nie wiele brakowało, a wysoka forma niewiele by pomogła. Być może sam storytelling na wysokim poziomie, mocno ekshibicjonistyczne linijki o początkach dorosłego życia byłyby zbyt banalne, a dawka melancholii za ciężka na jeden krążek. Siłą tego album jest przede wszystkim zmiana jaką możemy dostrzec. Ta, czysto związana z rap grą, a więc bardziej przekonywujące flow, bijące od skrajnych emocji oraz zmiana jaką dostrzegamy z tracku na track. Od wcześniej wspominanego miłosnego zawodu i pierwszego seksu przez przestrogę z dilerką w tle, brudną stronę sukcesu w branży, zepsutej strony mamony po pragnienie prawdziwej miłości czy też nostalgią za prawdziwym domem z czasów dzieciństwa- „I like to write alone, be in my zone. Think back to Forest Hills, no perfect home. But the only thing like home, I've ever know”. To właśnie tęsknota za popchnęła członka Roc Nation do tego krążka i to ona jest matką tego sukcesu.
Kilka rzeczy nie do końca za grało. Głośne wersy w „Fire Squad”: „History repeats itself and that's just how it goes. Same way that these rappers always bite each others flows. Same thing that my nigga Elvis did with Rock n Roll. Justin Timberlake, Eminem, and then Macklemore. While silly niggas argue over who gon' snatch the crown” to coś więcej niż wbijanie kija w mrowisko. Abstrahując od tego poglądu, momentami zbyt duża dawka poczucia własnej wartości może reaktywować loże szyderców. Bo ciężko jest przejść obojętnie wobec porównań do Rakima bądź wersów o białym rapie. Jednak całą akcję z odejściem od statusu Szwajcarii należy uznać za udaną. Przecież to ten sam J. Cole który niedawno chował się przed pójściem na całość.
2014 Forest Hills Drive to pod wieloma względami najbardziej przełomowa rzecz członka Dreamvile. Poprzednie dwa legale były bogate w kawałki długo okupujące rotacje radiowe, z chwytliwymi refrenami i komercyjną melodyką. Większa spójność klimatu po pierwsze, po drugie trzymanie się jednego patentu. Subtelne klawisze fortepianu, klimatyczne sample, niepozorne bębny, postawienie na bardziej surowe brzmienie. Co prawda, momentami robi się nieco sennie i ten minimalizm wpada we własną pułapkę. Jednak gdy w „Apparently” Cole podśpiewuje: „I keep my head high. I got my wings to carry me. I don't know freedom. I want my dreams to rescue me” przy lekkich partiach fortepianu, a w „Love Yourz” przeciąga wersy niczym wolno płynący bit to można
Mogło być źle. Zbyt gorzkie wspominki, emocjonalna katorga i nawet błyskotliwa nawijka i ciekawe wersy nie wystarczyłyby aby uratować trzecie legalne LP. Co prawda, podjazdu a`la Dolerean nie ma, podobnie jak beztroskich wspominek. O ile Onar mianował siebie kiedyś „przemytnikiem emocji” dając album dla delikatnie ujmując temat nie do końca świadomej grupy słuchaczy, to Cole w swojej emocjonalnej wędrówce po przeszłości robi to jak na 29-latka przystało, a więc dojrzale.
Przy albumie koncepcyjnym łatwo wpaść w sidła zwane zmęczeniem głównym wątkiem. W tej nostalgii można jest coś więcej niż osobiste relacje z dojrzewania. Całkowite odkrycie kart zaprocentowało: flow nie pozostawia złudzeń, a liryczna forma cieszy. Mało mainstreamowy, za to najbardziej zbliżony do „świata Cole`a” album. Ten rap od początku miał w sobie bakcyl emocjonalnych szlagierów. Nieraz brakowało pierwiastka nonszalancji, czegoś co by zerwało z poukładanymi elementami w tym rzemiośle. Być może ten powrót do rodzinnego domu był potrzebny by Cole w rapie odnalazł coś nowego. A więc, czy chcesz być szczęśliwy Panie Cole? A może inaczej to ujmiesz? „The other half of you fry, too high to actually fly. One day y'all have to decide, who you gon' be. A scary nigga or a nigga that's gon' rule like me. Keep it true like me, Cole you might be”...

Ocena: 8/10
Krzywa krooopa









poniedziałek, 19 stycznia 2015

„Rap okupanci”.... czyli 5 najbardziej obleganych płyt w drugiej dekadzie XXI wieku. Vol. 1

Co słuchacz to inny gust, co słuchacz to zupełnie inna kolekcja na półce. Zakładam, że każdy fan wydaje corocznie swoje ciężko zarobione pieniądze na dziesiątki długo oczekiwanych nowości. Część z nich, szybko po premierze na wiekuiste czasy przykryje kurz. Okrojone grono CD spotyka odmienny los- katowanie na okrągło. Rysy utrudniające czytanie płyty, zjechana okłada daleka od świeżego, specyficznego pobłysku i zapachu nowości. Dziś na blogu królują prywatni „okupanci”. A więc albumy które przez ostatnich 5-lat najczęściej słuchałem. 

Parias- Parias. Jeden z najbardziej niedocenionych albumów ostatnich lat. Kolaboracja weteranów warszawskiej sceny- Włodi, Eldo, Pelson zapowiadała się jako jeden z ważniejszych materiałów XI wieku. W recenzjach przebijające się rozczarowanie, zastrzeżenie do wtórności Eldoki, słabej formy Pelsona, odgrzewanych kotletach tematycznych bądź zbyt przeciętnej warstwy muzycznej sprawiały wrażenie, że projekt „Parias” to niewypał. Dopiero po kilku podejściach w pełni wpadłem w sidła tej płyty. Surowy w warstwie muzycznej jak i tekstowej, w ściśle zamkniętej formie, daleki od mainstreamowych konceptów, ujmując wprost- to materiał dla wybranych. Ok, może żaden z trójki nie jest w życiowej formie, być może kilka rzeczy należało bardziej dopracować. Bądź co bądź, sporo rzeczy wypaliło, brudne flow Włodka idealne pasujące do bitów Szczura, prosta nawijka reszty ekipy skupiona na przemyceniu emocji. Włodi, Eldo, Pelson- kolejność nieprzypadkowa, to album gdzie prym wiedzie właśnie ten pierwszy. I to właśnie Włodi sprawia, że „Pariasi” potrafią intrygować. Dojrzałe wersy, dojrzałych ludzi dla dojrzałego słuchacza. Album wydany w gorącym okresie dla każdego z trójki- beef z Peją, dziś traktowany jest raczej jako epizod w karierze warszawskich legend. Jednak warto raz od czasu wrócić do 2011 roku i Pariasów. 
Rasmentalism- Za młodzi na Herodów. W częstotliwości odtwarzania polskich płyt wydanych w XXI wieku absolutne podium. Na swoje „5 minut” czekali całkiem sporo. I słuchając „Herodów” można poczuć, że presja była jedną z ostatnich rzeczy jaka była obecna w studio. W swojej recenzji użyłem wyrażenia- „team spirit”, które w pełni określało współprace Rasa i Menta. Stylowe bity z klimatycznymi samplami, subtelnymi bębnami potwierdzający czołową pozycję Menta wśród krajowych beatmakerów. Ras pełen świeżości, z flow niebudzącym jakichkolwiek zarzutów, dziecinną łatwością w składaniu wersów, tekstowo zwracający uwagę jak mało kto w ostatnich latach. Bez grama niepewności– KLASYK 
  
Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Pierwszy owoc współpracy jednego z najbardziej zaskakujących duetów w historii polskiego rapu. Wzbudzający mieszanie odczucia przed premierą, po singlach wręcz stawiający pytanie „gdzie ten stary, dobry Sokół?”. Sam w tym projekcie doszukiwałem się nowego otwarcia Nocnego Narratora, wodzonego przez damski wokal w zupełnie nowe rewiry. W rzeczywistości CBP okazała się dominacją warszawskiej ikony. Daleki jestem od marginalizowania roli Marysi Starosty w tym jak i w późniejszym wydawnictwie. Delikatne, klimatycznie, łagodzące liryczne brudy Sokoła partie wokali, bity na najwyższym poziomie. Sam Sokół jak za najlepszej czasów, wciąż potrafiący mocnymi metaforami wbić słuchacza w fotel, mający w sobie sporą dawkę refleksji, storytelling intrygujący jak zawsze. O formie Sokoła na CBP można rozpisywać się do usranej śmierci. Ograniczenie się jedynie do stwierdzenia- bezsprzecznie, absolutna czołówka XXI wieku. A prywatny egzemplarz od częstotliwości użytkowania nie nadaje się do publicznej ekspozycji. 
 W.E.N.A.- Daleki Zbliżenia. Mainstremowy debiut WuDoe który wzbudził niemałe emocje wśród słuchaczy. Wchodzący na dużą scenę z mianem jednego z najbardziej wyjątkowych graczy w podziemiu, z jednym z najlepszych nielegali ostatnich lat. Po agresywnym „Wyższym dobru” pióro jakby złagodniało. Wprawdzie zamiast S.A.L.U.T.U.J. mamy równie kategoryczny manifest- „Podstawowe instrukcje”, a motywem przewodnim są nadal osobiste przeżycia WuDoe to jednak flow straciło na pazurze jak i  same linijki. W opiniach przeważająca łatka „klątwy Aptaun” była nad wyrost. „Dalekie zbliżenia” to materiał na tyle zróżnicowany by każdy znalazł coś dla siebie. Począwszy od emocjonalnych i osobistych tracków jak "Bez uczuć" po dojrzałe i klasyczne "Do dnia w którym". Nawet jeśli to monotonny rap to ma to „coś” 
Paluch- Niebo. Osobiście uznaje „Niebo” za szczyt formy reprezentanta poznańskiego Piątkowa. Będący naturalną konsekwencją obranej na poprzednich albumach drogi. Brudny, bezkompromisowy, uliczny styl, liryczna wena owocująca w mocne linijki, goście ewidentnie punktujący na plus. Mimo wszystko, moc tego albumu opiera się na bitach. To one dodały skrzydeł Paluchowi, których zabrakło chociażby na następnym krążku. O ile „Syntetyczna mafia” wnosiła sporo świeżości to z perspektywy czasu można uznać ją jako preludium do piątej solówki. So`Drumatic czy też Matheo wywindowali Poznaniaka na wyższy level. Tekstowo „Niebo” potrafi intrygować,a w połączeniu z charakterystycznym i wyrazistym flow tworzą rzecz na tyle wyjątkową by wracać do niej co pewien czas.


Krzywa kroopa
PS. Wkrótce recenzja nowego J. Cole oraz Noize From Dust 
 

 

czwartek, 15 stycznia 2015

„Pół żartem, pół serio”.... czyli recenzja: Dwa Sławy- Ludzie sztosy

 
Charles Chaplin mawiał- „Ci, co rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, co każą im płakać”. W naszym ogródku częściej możemy natrafić na tych drugich. Choć łzy są raczej efektem ich przeciętnego poziomu i braku stylu, a nie brutalnej deklasacji konkurencji. Smutne, płaczliwe historie przy uniwersalnych, patetycznych partiach fortepianu z chropowatym flow, jakie to modne. A SWAG? Wyglądający jak sprowadzone „Igły” po kilku liftingach. Na tle tendencyjnego pejzażu Dwa Sławy z miejsca stają się headlinerem rodzimego newschoolu mocno zapatrzonego na Amerykę.
Zaczynają od szczerego wyznania: „Weź to sobie zapamiętaj - robię muzykę, nie performance. Nie chce być jebany pajacykiem na językach jak Air Jordan. Jeśli masz mnie za kabareciarza, a potem za rapera, to ssij wora. Chuj, że lubimy polecieć se w kulki czasem; figloraj. Fani zawiedzeni "Co to za klimat? Gdzie beka? Gdzie pompa?"- to znaczy, że z wiekiem poważnieją? Nic bardziej mylnego. Jakie są Dwa Sławy każdy widzi, a jeśli nie to szybko zauważy. Spora dawka inteligencji, kąśliwej ironii, błyskotliwego humoru, dystansu oraz groteskowego spojrzenia na rap i rzeczywistość. Kolektyw jak Lato-Szarmach lub Batman i Robin ale to za mało. Na swym legalnym debiucie Dwa Sławy chcą nas przekonać, że status- „Ludzie sztosy” to coś więcej niż chwytliwy hashtag. Tym razem „Ludzie sztosy” to „ludzie wspaniali, wyśmienici, zjawiskowi”. A przynajmniej takie było założenie.
Rok temu Rasmentalim i ich „Herodzi”, dziś Dwa Sławy wchodzą w mainstream we właściwym czasie i z właściwym materiałem. „Ludzie sztosy” nie obroniłyby się jeszcze parę lat temu, a i słuchacz nie przyjąłby takiego materiału z entuzjazmem. SWAG zdążył się już przejeść, a trendy z USA stały się na tyle oklepane, że wypunktowanie kserówek można uznać za wprowadzenie standardów BHP na backstage`u. Nie oszukujmy się, branie całymi garściami z rapsów zza wielkiej wody na ślepo, samo w sobie wygląda słabo. Polski Hustler w furze z grubym przebiegiem i porządną dawkę szpachli, w ciuchach od sponsora. I właśnie to najbardziej koli w oczy...
Po debiucie tej ekipy oczekiwałem zamieszania, kilku buńczucznych przechwałek na FB, zaczepek w wywiadach, proposów od połowy sceny, długoterminowego fame`u. Nie da się przejść obojętnie obok takiego albumu. Aluzji rzuconych w stronę kolegów z branży, sarkastycznego ujęcia rap gry czy też po prostu wysokich umiejętności samych zawodników. Momentami można tutaj zatracić granicę, między ironicznym ugryzieniami, a gorzkimi łykami goryczy: „Mój szef jak polski raper rzadko daje wolne. Kurwa, co za debil, ja pierdolę. Chcę dzień na żądanie, czy jakkolwiek ten dzień zwie się. Wypierdalam stąd, tylko jeszcze F5”. Nawet gdy podejmują się drażliwego tematu jak dziedzina hejtingu, to konwencja, forma i treść idą w jednym rzędzie: „I jesteś w centrum wydarzeń; bukkake. Reklama ciastek i oczywiście z dupy. Jak lepię hasz akceptuję politykę cookies. Telezakupy na tym marnuj swój czas”.
Pod względem nawijki to idealna para nie tylko na zdjęciu. Zarówno Rado i Astek zaliczają zwrotkę za zwrotką bez wpadki. Przyspieszenia, wielokrotne rymy, zmienna intonacja głosem do której nie można się przyczepić, flow w równej, wysokiej formie, składanie zwrotek iście mistrzowskie, wyzbyte pustych linijek, bezsensowych metafor bądź nietrafionych zmian tempa, i wreszcie masa hashtagów. Skoro dotarliśmy do tematu „płotka” to można go uznać za orędownika tego albumu. Dwa Sławy powinni wydać podręcznik dla reszty sceny jak posługiwać się tym cennym narzędziem. Niemal z kwiatka na kwiatek, z wersu na wers gama błyskotliwych powiązań: „Taxi, policja, taxi, policja, taxi, policja; walka kogutów. Mówią, że Radek się tu na złe generalnie zmienił. A ja wiem swoje, man, dobrze się zachowałem; #Lenin. Ludzie sztosy, mamy szacun u bliskich. A więc morda szmato; #Całun Turyński”.
Skoro są Sławy, skoro są rapy a`la z USA, skoro są SWAGi to i trap nie może być niespodzianką. Przepych w linijkach, a w warstwie muzycznej nieco ubogo. Rodzinny kolektyw- Marek Dulewicz i Dulewicz junior czyli- DJ Filip postawił na minimalizm. Mainstreamowe brzmienie ameryki lecz wyzbyte przepychu, za to subtelnie przemycające nowoczesne brzmienie. Produkcje wspominanego rodzinnego duetu sprawiają wrażenie, jakby to z premedytacją muzyka miała być jedynie drugorzędnym dodatkiem, który, aż nadto nie odciąga uwagi od głównego performance`u. Całe szczęście to materiał na tyle zróżnicowany by rozruszać głodnych raperów. Typowe newschoolowe „Człowiek sztos”, w stylu T.I. „Ciężki zawód”, zaskakujące końcówką „Hate- watching” lub ciepły sampel w „O sportowcu, któremu nie wyszło”.
W efekcie „Ludzie Sztosy” to kompilacja kandydatów bangera karnawału, a co tam, nawet 2015 roku. Wspólnym numer z Quebonafide, nieco ASAPowy singlowy track „Ciężki zawód”, damsko-męskie „Kobiety sztosy”, konkretne „SMGŁSK”. Wymieniać można dalej. Gdy trzeba, wówczas chilloutowy klimat nieco temperuje zapędy głównych bohaterów.
Być może te groteskowe rozkminianie rzeczywistości długo blokowało fame dla tej niebanalnej ekipy, a słuchacz nie był gotowy by przetrawić jazdy po swoich idolach. Bo „Ludzie sztosy” obok popisów technicznych, dziesiątek hashtagów i w mistrzowski sposób poskładanych zwrotek tak, że mogliby udzielać korepetycji kolegom z branży, dostarczają nam nagiej prawdy o SWAGu w wydaniu polskim. Retoryka tego rapu jest bliska koncepcji komedii starogreckiej. To co może śmieszyć między wierszami zawiera gorzką prawdę. Z pewnością nie jest to klasyczna wersja rap-kabaretu. Prędzej świetnie rozumiejących się wodzirejów, którzy z wrodzonym luzem nie wysilają się by porwać tłum, a chwilami przebijająca się powaga nie brudzi dzieła. Efekt- płyta w pełni autentyczna, której piętno Ameryki nie budzi kompleksów.
Wciąż obecna charakterystyczna doza humoru i prześmiewczego tonu nadal porywa. Przy wysokiej, wręcz miażdżącej formie powalający jak oddech żula nad ranem, tej czysto technicznej jak i lirycznej „Ludzie sztosy” aspirują do roli klasyka, nawet jeśli ten materiał potrzebuje czasu by zostać docenionym. Recenzję nie mogę nie zakończyć stwierdzeniem, że jakby nie patrzeć, póki co- PŁYTA ROKU! S. jak SWAG, s. jak Sztosy, s. jak Sławy!


Ocena: 9/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam