Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quebonfide. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quebonfide. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Open Bar...... czyli recenzja Rasmentalism- Wyszli coś zjeść

Dekadę temu hip-hop wyglądał inaczej. "College Dropout" tętniło żywiołowością i autentyczną zajawką daleką od narcystycznej lanserki, OutKast brzmiał szalenie jak stylówki Andre 3000, a Cee Lo-Green.. no cóż, jego czas nie rusza. To właśnie ten etap w historii rapu okiełznał dwóch typów ze wschodu Polski. Kolebka to iście zacna, oparta na mocnych fundamentach, pełna żywych monumentów, której żadna moda nie zabije i żaden raper nie strawi. Nie strawi również drugi album Rasmentalism który wyciąga wszystko co najlepsze w tej konwencji, jednocześnie udowadniając, że świetny debiut nie był wypadkiem przy pracy, a naturalną konsekwencją.
Po debiutanckich "Herodach" obsypywani laurami, tarzający się w propsach, okupujący trasy koncertowe niczym mityczna czwórka z Liverpoolu, wolni od hateów jak mało kto. Ten błogi stan mógł rozleniwić, bo trudno było się oprzeć wrażeniu, że scena wpadła w sidła tej dwójki dobrowolnie abdykując koronę, a otwieranie nowo powstałych mostów i nadawanie nazw ulic nazwiskami dwóch gości którzy wyszli coś zjeść jest kwestią czasu. Wpychani na siłę w ramiona syndromu "drugiej płyty" po raz kolejny wykazali się przebiegłością a`la wytrawny kieszonkowiec. Już po pierwszych singlach można było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że A- obawy Ras`a z "Ładnego życia" o poróżnieniu i spornej naturze mamony okazały się bezpodstawne, B- obniżeniu lotów nad Zamościem nie było i długo nie będzie.
Progres w formie Ras`a wita Nas u progu: "Pytają pod nosem czy Arek się zmienił? Jak w nowej furze wiozę stare problemy. Po najgorszym mam najlepszy rok w życiu. Boję się chujowej płyty, czuję wzrok typów. Ale spoko, nie wyplułem jeszcze ton syfu". Nie tyle same linijki, a gładkie poruszanie po bicie urzeka od początku. Ta lekkość w wbijaniu ironicznych szpilek: "Sprawdziłem zwykłe życie jak Hetman dno. Co? To nie dla mnie, wystarczy, że miasto w tym tonie dla mnie. W dobrym tonie były drogie restauracje. Takie nazwy w karcie, że jadę po niej palcem", ta zdolność w subtelne wtapianie emocji budzące niewymuszoną empatię, to nie rzecz nabyta, a jedynie podszlifowana, tak dobitnie obecna na tym albumie.
Błyszcząca już na "Herodach" czystość flow nawet nie dające powodu do podważania formy oscyluje wokół czołówki krajowej. Lekkość w rzucaniu rymów, z finezją budowane zmiany tempa, błyskotliwe przyspieszenia, gra na rymach, aż prosi się o więcej. Idące w zgodzie z wokalnym rzemiosłem sprawne pióro równie nurtuje: "Nawet nasze blanty palą się ze wstydu. Kto prowadzi moje życie kiedy siedzę z tyłu. Jak możesz zazdrościć hajsu jeśli nie wiesz co chcesz kupić. Czy chcesz co raz starszych dzieci czy co raz młodszej dupy? I tak wszyscy tracą czas tu. Szukają zatrudnienia z piracka mapą skarbów. Z miną jakbyś płacił za pięć gramów majeranku". Wchodząc na bardziej uniwersalny grunt nie dosięga Nas kazndzoiejski ton, ale gdy do głosu dochodzi prywata, gospodarz nie oszczędza sam siebie: "Pali mnie spotlight, po co chciałem światła? Kto mi to nagrał? Jestem Michael Douglas. Brudne flow, czyste ciuchy, wolny umysł, szybkie ruchy. Sprzedaję emocje, nikt ich nie kupi, muszę być tym, który nic nie musi. Wkręcam w banie tylko to, co przegrałem, nigdy to, co rzeczywiście mam. Po pierwsze to ja, po trzecie to szczęście, po drugie zaraz wymyślę- ja".
W zasadzie każde oblicze Rasa zyskało na wartości jak poczucie luzu lub ironicznej autorefleksji: "Milion dobrych wersów rzucam jak frisbee. Nie dbam o nie i w co to trafi. Tysiąc biletów, ale wiem, po co przyszli. Jebnąć sobie fotę z nami". Choć nic tak nie urzeka jak osobiste wędrówki: "Jak coś źle wymawiam - chyba nie byłeś przy nas tam. W sumie jakbyś był, czemu miałbyś przy nas stać. Patrzyli krzywo jak my na tych z prywatnych szkół Czy jak się najesz wstydu, to zaspokoisz jakiś głód? Karmiły nas marzenia, teraz widzę jak każdy schudł. W tych narracjach z łatwością można zatonąć, jest dojrzale, daleko od naciąganej martyrologii, którą notabene wykpił w "Nie jestem raperem".
Nie lada sztukę wykonali chłopaki z Rasmentalism. Z jednej strony emanując świeżością, z drugiej wykonując krok wstecz do czasów gdy sami jeszcze byli uczniami koledżu. Gdy parę lat temu na "Dolerean" sample z "Jesus Walk" nieśmiało przebijały się z pod wersów o pierwszej miłości do rapu można było brać garściami ten vibe. Od "Hotelu Trzygwiazdkowego" Ment skrupulatnie uzupełniał wachlarz swych umiejętności, odrabiając lekcję po lekcji. Tak obficie jeszcze nigdy nie było. Torpedowanie bębnami, upychanie perkusji tam gdzie tylko się da, samplowanie wokalami, flirtowanie z syntezatorami, zabawa z poziomami. Z pewnością druga część Rasmentalism nie zna umiaru. O monotonni również mowy nie ma, maltretujące tempem "System interwałów" lekko łechcący o The Streets, "Nocny" z wielkomiejskim anturażem pod który mógłby nawinąć Wiz Khalifa do spółki z Curren$y. Jednak prawdziwe apogeum ujawnia się gdy brak kontroli dochodzi do głosu. Przy pełnym akompaniamencie chóru gospel wodzącego z przymrożeniem oka w "Nie jestem raperem", ciepłe sample w "Nie jest tak"- mamy wszystko co fabryka dała.
Zupełnie przekonuje mnie Ment w tym wydaniu. Te wszystkie rytmiczne partię, zmienna dynamika, wielogłosowe wstawki, zestawione z subtelną elektroniką przypominającą, że to rok 2015 i już drugie LP na koncie. Być może wyrafinowanie Menta wychodzi momentami na jaw, maltretowanie w końcówkach utworów, jakby ten ład i gładkie produkcje miały drobne rysy. Mimo wszystko ten sam Ment daje tyle przyjemności podczas odsłuchu, że ciężko nie oddać mu respektu. Bo "Wyszli coś zjeść" nie traci na rutynie, wręcz przeciwnie. Bogactwo dźwięków dowodzi, że łańcuch na szyi z okładki (co prawda Rasa) jest zasadny.
Zasadne jest również konsumowanie tej płyty w całości. Brak słabszych numerów ale i wtórnych. Z drugiej strony, jest to materiał zróżnicowany, pozwalający złapać wytchnienie by później znów wpaść w dziki bieg. Wprawdzie zapowiedź szefa Asfalt Records o tym, że najlepsze kawałki nie należały do singli jest dyskusyjna. Forma gości jest co najmniej zadowalająca, nie zakrywa popisów gospodarz ale i nie powoduje obniżenia poziomu jak chociażby charakterystyczne dla Dwóch Sław wersy lub przyjemny dla ucha refren od Klaudii Szafrańskiej. 
Gdy w mainstream wchodzi się z albumem niemal perfekcyjnym, szybko okrzykniętym mianem "Klasyka" przez duże "K" to każdy słabszy ruch jest podkreślany do wielokrotnych rozmiarów, a zachowanie wcześniejszej pozycji jest uznawane za porażkę. Gdzieś po środku zawiśnie ten album. Bez kropki nad "i" tracący przy zetknięciu z poprzednikiem bądź momentami nieco przekombinowany. Nawet jeśli ten ostatni argument najbardziej trafia w sedno to chłopaki z Rasmentalism pracą frycowe za wcześniejszej sięgnięcie piedestału. Dobitnie udowadniający swoją pozycję na scenie Ras brzmi jeszcze lepiej niż na debiutanckim albumie. Metafory wypuszczane jakby mimowolnie, flow najwyżej jakości, wyzbyte sztampowych patentów pomysły na rap. Chemia między raperem a beatmakerem charakterystyczna dla tej dwójki potwierdza fakt, że mamy do czynienia z najlepszy klasycznym duetem na krajowej scenie od lat. A mając ochotę na apetyczną porcję colllege dropout nie będę sięgał po nieco przykurzony debiut Kanye Westa lecz świeży, pełnokrwisty, po prostu dobry rap od dwóch gości którzy wyszli coś zjeść.

Ocena: 9/10
Krzywa krooopa
Pozdro

"Wyszli coś zjeść" dostępne na Preorder.pl

poniedziałek, 30 marca 2015

Ma swój Lewiatan..... czyli recenzja Quebonafide- Ezoteryka/Erotyka

Ze świecą szukać drugiego takiego gracza który wywołuje podobne zamieszanie. Featy szeroko komentowane, akcja z frazą roku „to nie jest hip-hop”, jawny zamach stanu na płytę roku w postaci sześciu klipów w kilka godzin. Ten raper jeszcze przed legalnym debiutem zatrząsł sceną. Z przylepioną łatką rapera dla gimbazy (daj Boże by te gimby skumały wszystkie podjazdy Que) i pędem do nawijania jakby miał się zaraz skończyć świat musi się czuć jak ser mascarpone w tiramisu- sami to rozkmincie..
Lud go wybrał. Grzmią komentarze, wszelkie rankingi podsumowujące poprzedni rok. Jakakolwiek obecność Que na bicie w ostatnich miesiącach była jak objawienie duchowe. Niemal zawsze wrzucana do worka o randze „BREAKING”, wzbudzająca emocje i dzieląca środowisko. Przypisując sobie monopol na uwagę jak Russell Westbrook w świetlne LeBrona Jamesa, Que w krótkim czasie zbudował sobie „małe Imperium” które nawet nie śniło się niejednemu weteranowi. W tej całej Quebomanii trudno nie odnaleźć charakterystycznego symptomu. Opus Dei dla sceny, która w symboliczny sposób w przyszłości wyklnie swego inkwizytora? Kilka ksywek przez lata musiało doznawać piętna krzewiciela nowych trendów. Coś podobnego doświadcza obecnie Rasmentalism po singlu „Nie jestem raperem”. I jestem skłonny zaryzykować, że podobny scenariusz może dopaść „Ezoterykę” i jej autora...
Podobieństw jest kilka. Podejście do rapu wychodzące poza przeciętną krajową sceny i sorry za truizm- powinność rodaków do ściągania w dół tych co tronu zasmakowali. W realiach hip-hopu A.D. 2015 gdzie Rap Genius zastępuje samodzielne myślenie słuchacza, a raperzy częściej posługują się hashtagami na Instagramie, starannym dobieraniem metek i uprawianiem Szwajcarii na FB niż bawieniem się wołowiną ten rap się broni. A sama „Ezoteryka” wskazuje na właśnie proporcje między skillsami a popularnymi trendami.
Być może odbiór legalnego debiutu Quebonafide byłby jeszcze bardziej przyjemny gdyby nieznajomość ze znaczną częścią materiału na kilka tygodni przed premierą. Na świeżości co prawda ten materiał nie traci lecz jakby wyciąga na światło dzienne pewien schemat w rzemiośle Que: posługiwanie się słowem „jak” na potęgę, które z czasem zaczyna bić po uszach, chwilami ciągnięcie metafor na siłę, budowanie górnolotnych wersów kiedy wypadałoby w prostej formie pojechać. Daleki jestem od określenia nawijki na Ezoteryce mianem przewidywalnej, bo jak mało kto na polskiej scenie potrafi utrzymać szczytową dyspozycję flow przez cały numer. Są kawałki gdzie gospodarz nie żałuje polotu i bez kontroli wyrzuca wersy: „Nie ma emocji, nie ma rapu, nie mam dość. Jest rap, odczuwam lęk, żal, złość. Samozachwyt, dlaczego jeszcze nie podzielasz? Mój ziomek obrócił się w proch, mamy do czego strzelać”. Z wokalną czystością dziewicy z miejsca można go wpisać do czołówki najczystszych wokali w branży, z prędkością TGV prześcigający topornych nawijaczy o randze PKP. Warsztat na tyle bogaty, że grzechem było by zepsucie tego materiału.
Nie da się ukryć, że bragga to najsilniejsza broń Quebonafide nie od dziś. Wersy nie są nadąsane, dalekie od Ułańskich przechwałek, sprawiające wrażenie jakby przychodziły raperowi z Ciechanowa z wielką łatwością: „Poznasz mnie po ciuchach, ruchach. Jak na PS Move Stalker, mam korzenie pod ziemią. Tu gdzie sukces ma wiele imion. Czasem mu powiem na "ty" przez zapomnienie; wóda. W imię czego znowu pęka ten Smirnoff. Chyba pora na przedstawienie; Kuba, Crossing over, nowe stillo, robię to, poza tym hołduję zmianom. Chcą mi wchodzić z butami w moje. Tylko teraz Valentino i Ferragamo. Pierdolę modę, nagrywam wave za wavem, co się ze mną stało? W szafie nie mam miejsca na więcej i nie wiem. Bez zarzucenia mam na bani to samo parano”. Ta zabawa słowem ma w sobie coś wyjątkowego, żonglowanie różnorakimi inspiracjami lub dla smakoszy tematu sprytnie przemycone punche mogą cieszyć: „Wpadłem tutaj zrobić sajgon, nie myl z Carenardem. Mam straszną frajdę, mój psycho-fanbase działa jak Hiden” lub udane metafory: „Scena jest świeża, ja umieram z głodu. Nawet nie chce mi się otwierać cudzysłowu. Nawet nie chce mi się otwierać cudzysłowu. Bo zjadam ich jak, yyy, czy jest opcja na dowóz?”.
„Ezoteryka” jak i „Erotyka” to taki materiał gdzie miszmasz braggi, skillsów i głodnej natury MC przenika się nawzajem. Dla wyznawców rapu z przekazem ten album może być toksycznym ukąszeniem. Momentami bardziej „poważne” linijki subtelnie wypływają na wierzch pozwalając na lepsze poznanie rapera który mimochodem sprawnie kamufluje się na bicie: „Żadnych problemów, depresji przy gniewie. Chyba, że odpalam C30-C39. Żyje zwiewnie, tylko dzisiaj i tu. Już nie wiem czy to Epikur czy filozofia Misia Baloo. Zawijam parę monet i dzionek witam jak król”.
Sporo w tym wszystkim finezji, błyskotliwego poruszania się po bicie bądź po prostu właściwych wyborów muzycznych. To, że gospodarz „Ezoteryki” nie przebiera w środkach jest w sporej części zasługą producentów. Zarówno album i mixtape trzymają równy poziom, zaskakująca jak na warsztat produkcja od Soulpete, agresywne newschoolowe bity od Chris`a Carsona to zaledwie przedsmak. Szeroka paleta świeżego brzmienia od petardy Matheo po równie mocny sztos od Lanka w „Jackass” aspirujący do tytułu bangera roku, nisko zawieszonej delikatnie elektroniki i z żywiołowymi bębnami od Bob Air`a w „Vanilla Sky”, mroczne „Kryie Eleison” od ka-metal w której prostota procentuje lub osadzona w na lekkich bębnach produkcja od Essex`a.
W zasadzie Erotykę traktuje jako odrzut Ezoteryki, udany, zupełnie przyjemny z kilkoma bangerami jak „Sukces” lub „Jackass” ale jednak odrzut. Ezoteryka broni się sama, długo oczekiwany album, zapowiadany na debiut roku nie zawiódł. Co raz częściej pojawiające się głosy o końcu rapera z Ciechanowa jeszcze przed pierwszym LP można wyrzucić do kosza. „Ezoteryka” dowodzi, że hype na Quebonafide nie jest jedynie chwilową modą. Jak mało kto na naszej scenie potrafi sprawnie poruszać się po bicie, bragga nie brzmi topornie, a łatwość z jaką operuje flow musi zwracać uwagę. Nawet ciągotki do popowych refrenów jak ten w „Ile mogłem?” stają się znośne, a grube bangery jak „VooDoo” rekompensują zbyt górnolotne momentami wersy.
Zapewne znajdą się osoby które na samych pochwałach zakończą swoją przygodę z legalnym debiutem Que. Nad kilkom elementami jednak należało by popracować. Przesyt i szybka nawijka nie zawsze się sprawdza- patrz gościnna zwrotka Rasa kradnąca uwagę w wspólnym kawałku, czy też wcześniej wspominana schematyczność może z czasem obniżyć notowania „Ezoteryki”. Jak na debiutancki materiał nie ma co wybrzydzać, „Ezoteryka” nieokazała się mistyfikacją zdolnego rapera lecz udanym wejściem w mainstream jednego z najciekawszych raperów ostatniej dekady. I choć nie jest to rap po który bym sięgał mimowolnie to intrygująca moc Quebonafide okazała się zaraźliwa.  A to dopiero początek.


Ocena- Ezoteryka: 8,5/10
Ocena- Erotyka: 7/10
Pozdro
Krzywa krooopa



Album dostępny na preorder.pl

 

czwartek, 15 stycznia 2015

„Pół żartem, pół serio”.... czyli recenzja: Dwa Sławy- Ludzie sztosy

 
Charles Chaplin mawiał- „Ci, co rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, co każą im płakać”. W naszym ogródku częściej możemy natrafić na tych drugich. Choć łzy są raczej efektem ich przeciętnego poziomu i braku stylu, a nie brutalnej deklasacji konkurencji. Smutne, płaczliwe historie przy uniwersalnych, patetycznych partiach fortepianu z chropowatym flow, jakie to modne. A SWAG? Wyglądający jak sprowadzone „Igły” po kilku liftingach. Na tle tendencyjnego pejzażu Dwa Sławy z miejsca stają się headlinerem rodzimego newschoolu mocno zapatrzonego na Amerykę.
Zaczynają od szczerego wyznania: „Weź to sobie zapamiętaj - robię muzykę, nie performance. Nie chce być jebany pajacykiem na językach jak Air Jordan. Jeśli masz mnie za kabareciarza, a potem za rapera, to ssij wora. Chuj, że lubimy polecieć se w kulki czasem; figloraj. Fani zawiedzeni "Co to za klimat? Gdzie beka? Gdzie pompa?"- to znaczy, że z wiekiem poważnieją? Nic bardziej mylnego. Jakie są Dwa Sławy każdy widzi, a jeśli nie to szybko zauważy. Spora dawka inteligencji, kąśliwej ironii, błyskotliwego humoru, dystansu oraz groteskowego spojrzenia na rap i rzeczywistość. Kolektyw jak Lato-Szarmach lub Batman i Robin ale to za mało. Na swym legalnym debiucie Dwa Sławy chcą nas przekonać, że status- „Ludzie sztosy” to coś więcej niż chwytliwy hashtag. Tym razem „Ludzie sztosy” to „ludzie wspaniali, wyśmienici, zjawiskowi”. A przynajmniej takie było założenie.
Rok temu Rasmentalim i ich „Herodzi”, dziś Dwa Sławy wchodzą w mainstream we właściwym czasie i z właściwym materiałem. „Ludzie sztosy” nie obroniłyby się jeszcze parę lat temu, a i słuchacz nie przyjąłby takiego materiału z entuzjazmem. SWAG zdążył się już przejeść, a trendy z USA stały się na tyle oklepane, że wypunktowanie kserówek można uznać za wprowadzenie standardów BHP na backstage`u. Nie oszukujmy się, branie całymi garściami z rapsów zza wielkiej wody na ślepo, samo w sobie wygląda słabo. Polski Hustler w furze z grubym przebiegiem i porządną dawkę szpachli, w ciuchach od sponsora. I właśnie to najbardziej koli w oczy...
Po debiucie tej ekipy oczekiwałem zamieszania, kilku buńczucznych przechwałek na FB, zaczepek w wywiadach, proposów od połowy sceny, długoterminowego fame`u. Nie da się przejść obojętnie obok takiego albumu. Aluzji rzuconych w stronę kolegów z branży, sarkastycznego ujęcia rap gry czy też po prostu wysokich umiejętności samych zawodników. Momentami można tutaj zatracić granicę, między ironicznym ugryzieniami, a gorzkimi łykami goryczy: „Mój szef jak polski raper rzadko daje wolne. Kurwa, co za debil, ja pierdolę. Chcę dzień na żądanie, czy jakkolwiek ten dzień zwie się. Wypierdalam stąd, tylko jeszcze F5”. Nawet gdy podejmują się drażliwego tematu jak dziedzina hejtingu, to konwencja, forma i treść idą w jednym rzędzie: „I jesteś w centrum wydarzeń; bukkake. Reklama ciastek i oczywiście z dupy. Jak lepię hasz akceptuję politykę cookies. Telezakupy na tym marnuj swój czas”.
Pod względem nawijki to idealna para nie tylko na zdjęciu. Zarówno Rado i Astek zaliczają zwrotkę za zwrotką bez wpadki. Przyspieszenia, wielokrotne rymy, zmienna intonacja głosem do której nie można się przyczepić, flow w równej, wysokiej formie, składanie zwrotek iście mistrzowskie, wyzbyte pustych linijek, bezsensowych metafor bądź nietrafionych zmian tempa, i wreszcie masa hashtagów. Skoro dotarliśmy do tematu „płotka” to można go uznać za orędownika tego albumu. Dwa Sławy powinni wydać podręcznik dla reszty sceny jak posługiwać się tym cennym narzędziem. Niemal z kwiatka na kwiatek, z wersu na wers gama błyskotliwych powiązań: „Taxi, policja, taxi, policja, taxi, policja; walka kogutów. Mówią, że Radek się tu na złe generalnie zmienił. A ja wiem swoje, man, dobrze się zachowałem; #Lenin. Ludzie sztosy, mamy szacun u bliskich. A więc morda szmato; #Całun Turyński”.
Skoro są Sławy, skoro są rapy a`la z USA, skoro są SWAGi to i trap nie może być niespodzianką. Przepych w linijkach, a w warstwie muzycznej nieco ubogo. Rodzinny kolektyw- Marek Dulewicz i Dulewicz junior czyli- DJ Filip postawił na minimalizm. Mainstreamowe brzmienie ameryki lecz wyzbyte przepychu, za to subtelnie przemycające nowoczesne brzmienie. Produkcje wspominanego rodzinnego duetu sprawiają wrażenie, jakby to z premedytacją muzyka miała być jedynie drugorzędnym dodatkiem, który, aż nadto nie odciąga uwagi od głównego performance`u. Całe szczęście to materiał na tyle zróżnicowany by rozruszać głodnych raperów. Typowe newschoolowe „Człowiek sztos”, w stylu T.I. „Ciężki zawód”, zaskakujące końcówką „Hate- watching” lub ciepły sampel w „O sportowcu, któremu nie wyszło”.
W efekcie „Ludzie Sztosy” to kompilacja kandydatów bangera karnawału, a co tam, nawet 2015 roku. Wspólnym numer z Quebonafide, nieco ASAPowy singlowy track „Ciężki zawód”, damsko-męskie „Kobiety sztosy”, konkretne „SMGŁSK”. Wymieniać można dalej. Gdy trzeba, wówczas chilloutowy klimat nieco temperuje zapędy głównych bohaterów.
Być może te groteskowe rozkminianie rzeczywistości długo blokowało fame dla tej niebanalnej ekipy, a słuchacz nie był gotowy by przetrawić jazdy po swoich idolach. Bo „Ludzie sztosy” obok popisów technicznych, dziesiątek hashtagów i w mistrzowski sposób poskładanych zwrotek tak, że mogliby udzielać korepetycji kolegom z branży, dostarczają nam nagiej prawdy o SWAGu w wydaniu polskim. Retoryka tego rapu jest bliska koncepcji komedii starogreckiej. To co może śmieszyć między wierszami zawiera gorzką prawdę. Z pewnością nie jest to klasyczna wersja rap-kabaretu. Prędzej świetnie rozumiejących się wodzirejów, którzy z wrodzonym luzem nie wysilają się by porwać tłum, a chwilami przebijająca się powaga nie brudzi dzieła. Efekt- płyta w pełni autentyczna, której piętno Ameryki nie budzi kompleksów.
Wciąż obecna charakterystyczna doza humoru i prześmiewczego tonu nadal porywa. Przy wysokiej, wręcz miażdżącej formie powalający jak oddech żula nad ranem, tej czysto technicznej jak i lirycznej „Ludzie sztosy” aspirują do roli klasyka, nawet jeśli ten materiał potrzebuje czasu by zostać docenionym. Recenzję nie mogę nie zakończyć stwierdzeniem, że jakby nie patrzeć, póki co- PŁYTA ROKU! S. jak SWAG, s. jak Sztosy, s. jak Sławy!


Ocena: 9/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam 



czwartek, 9 października 2014

Niebo 2.0..... czyli recenzja Paluch/Chris Carson- Made in Heaven

Tytułem wstępu, napisanie czegokolwiek o raperze o ugruntowanej pozycji zahacza o banalność. Tym bardziej o tak charakterystycznym MC. Jednak na pierwszy rzut oka, rzucająca się pracowitość zdominuje pierwsze linijki. Płodność w rap grze to temat rzeka. Gros zawodników rok w rok wydaje nowe albumy, topornie brnąc w te same schematy. Część romansuje z nowymi trendami co przynosi różnorakie owoce. Inni od świetnie pojawiają się na rynku wydawniczym, dozując dawki swojego rapu. Pierwsza jak i druga postawa nie gwarantuje wysokiego poziomu. Bo i łatwo rozdrobić się na drobne lub obijać na backstage`u sceny. Paluchowi to jednak nie grozi. Od wejścia na dużą scenę w postaci albumu „Pewniak”wciąż pozostaje głodny. Napisać, że forma pozostała to skłamać, progres poszukiwany ale nie tylko w samej nawijce. W tym sedno krążka „Made in Heaven”, tutaj Paluch pokazał, że raper nagrywający często może nie zatracić formy i odnaleźć nowe inspiracje.
Stopniowo zwiększający pozycje na scenie i poziom swoich wydawnictw, Paluch po wydaniu albumu „Niebo” doszedł do krytycznego miejsca. Propsy od sceny, dobre przyjęcie przez fanów, marsz na OLiS. Bezsprzecznie, członek B.O.R. stał się czołowym graczem na scenie. W pewnym sensie, Paluch ze swoją brudną, uliczną, pełną szczerości stylistyką stał się więźniem własnego rapu. Nieco słabsze kolabo z Kalim bądź poprzedni krążek- „Lepszego Życia Diler” mogły sprawiać wrażenie, że reprezentant poznańskiego Piątkowa osiągnął apogeum swych możliwości. I choć na wspominanych wydawnictwach słychać było, że sukcesu albumu „Niebo” nie ma zamiaru kopiować, odcinając kupony to pewny spadek formy słyszany był aż nadto. O ile dobór bitów, z całą gamą klimatów, świeżych dźwięków zawsze był mocną stroną to swoista Idylla spowodowała, że rap Palucha zatracił zadziorny ząb. LŻD nieco usypiało swym spokojem, w tekstach, Łukasz wciąż był ten sam ale o swoim życiu i postrzeganiu świata opowiadał dużo mniej intrygująco niż na poprzednich wydawnictwach.
Styl Palucha to spadek po starej szkole. Brudne flow, posiadające pewne niedociągnięcia ale porywające, liryka w której uwagę skupia się na mocy, szczere pióro, bezkompromisowe podejście do sceny. W roli obrońcy rapu czujący się ryba w wodzie, sprawie przez lata rozliczał poszczególnych MC za swoje działania. Taki typ nie do końca przekonuje jako Sean Connery sceny, ze spokojem monitorujący działania konkurencji. „Piątkowski autentyk” w pełni zasłużenie dorobił się swojej pozycji dzięki prostocie, unikaniu iluzji w tekstach i brnięciu pod prąd.
Zapowiada po premierze ŁŻD roczna przerwa od rapu szybko przestała być aktualna. Współpraca ze zdolnym, nie zepsutym jeszcze przez mainstream producentem stała się na tyle atrakcyjne by kolejny raz wejść do studia czy może Paluch na tyle wrósł w grę, by w kolejny rok puścić rap w miasto? Seryjni, dotychczasowi dostarczyciele bitów jak So`Drumatic, Julas lub Donatan w połączeniu z wersami od Palucha przestali zaskakiwać. Z mixtapu do pełnego albumu, ze współpracy z dobrze znanymi producentami do album z jednym, nie laikiem lecz i nie okrzepniętym na scenie beatmakerem. Zamiast powtarzać przyjęte schematy, reprezentant B.O.R. poszedł za ciosem i na pewno tego nie pożałował.
Udane, pierwsze single dowodziły, że współpraca między raperem z Poznania, a Chrisem Carsonem ma się co najmniej dobrze. O ile „Amstaff” nie zapowiadał wielkich zmian w stylistyce Palucha to chilloutowe „Daleko stąd” pokazało, że bity producenta z Brukseli przenoszą rap poznaniaka poza wcześniejsze ramy. Lirycznie słychać, że lekkie złagodzenie z LŻD odeszło w niepamięć: „Dzisiaj miałem sen, chciałbym wymazać go z pamięci. Bo wiem że spełni się, wacków ćwiartowałem jak rzeźnik. Łapanka słabych MC, do biurka przykuci za język, ja patrząc im w oczy odprężony pisze teksty”. Choć i melancholia na „Made In Heaven” ma swój klimat: „Wchłaniam kolejną porcję łychy, obok płonie amnezja paląca sesja, jointy z dychy. Kierunek mikronezja. Ten rejs to poezja, szklana podłoga jachtu. Kilka metrów pode mną rafa w kolorach kilkunastu”. To co na poprzednim albumie było piętą Achillesową, a więc przesyt koncepcji, tutaj dozowane jest w zjadliwych proporcjach. Równie klimatyczny kawałek- „Magma” z nocną aurą i sporym ciężarem emocji bliźniaczo mocno intryguje.
W punktowaniu sceny, tradycyjnie już Paluch nie ma sobie mocnych. I tradycyjnie już nie owija w bawełnę, wypadając przy tym w 100% autentycznie. Nagrania jak „NGO”, „RIP” bądź „Ostatni telefon” okraszone mocną elektroniką kpią z bolączek krajowej sceny. Przez pieniądze w rapie po kwestię kserówek w grze, roczny bilans B.O.R. bez wazeliny. Po tym co Paluch nawinął na poprzednich krążkach, obecne wersy o branży mogą być uznawane za rap ze znieczuleniem, bo i po ksywach nie jeździ i nie koncentruje uwagi na pewnych kwestiach jak niegdyś. Niemal zawsze po premierze nowego krążka Palucha kurz długo opadał, podobna sytuacja powinna mieć miejsce obecnie. Biuro Ochrony Rapu ma się jednak dobrze co „Made in Heaven” udowadnia.
Zawsze bogate w grube sztosy wydawnictwa Łukasza i tym razem nie rozczarują. Singlowy „Kastet” gdzie słychać „team spirit” między raperem a producentem, „M5” z udziałem Que gdzie różnica stylów wzbogaca numer. Prawdziwe, liryczne "kopy" będące kwintesencją rapu Palucha jak „Amstaff” lub „Ostatni telefon” w których to ciężkie bity ze świeżym brzmieniem i bezkompromisowymi linijkami i brudnym flow pozostają na długo w pamięci. Na „Made in Heaven” nie brakuje mocnych tracków gdzie produkcje Chrisa Carsona dają „kopa” i przenoszą rap poznaniaka na wyższy poziom.
Jeśli już padła ksywa Chrisa Carsona to pochwały o klasie światowej bitów ze strony Palucha przed premierą albumu nie były jedynie kurtuazją ze strony współautora produkcji. Spokojne dźwięki, z gustownymi klawiszami w „Daleko stąd”, stricte trapowe sztosy jak wcześniej wspominane „Amstaff” czy „RIP”, kąśliwe, rasowe o spójnej koncepcji lecz o zróżnicowanym klimacie. Chris Carson udanie wyczuł nawijkę Palucha. Bit przyspiesza we właściwym momencie, muzyczne „pierdolnięcie” nie wyprzedza linijek Łukasza, klimatyczne tracki nie usypiają. Wyzbywając się błędów swych poprzedników Chris Carson, a więc zbyt zbliżonych w brzmieniu bitów być może wybudziło Palucha z letargu.
Przy tak wyrazistym i w wysokiej formie gospodarzu, goście z góry mieli wskazany drugi plan. Wyraźnego obniżenia poziomu krążka z całą pewnością nie ma. Tau z wersami w swoim stylu przejął track podobnie jak Quebonafide, Kękę wstrzelił się w klimat, jeszcze lepsze wrażenie po sobie zostawili przedstawiciele SB Maffia, szczególnie TomB popisujący się ciekawymi linijkami o Step Records.
Po pewnym rozczarowaniu jakim były ostatnie dwa wydawnictwa, Paluch wraca w odświeżonym stylu. Choć rewolucji w wersach i flow poznaniaka nie ma, to ta swoista wiosna jaką przyniósł albumu MiN to w całkowicie udany eksperyment. Duet Paluch/Chris Carson znalazł złoty środek, przez co obaj wygrali na tej współpracy. Członek B.O.R. znów brzmi jak groźny amstaff. Szorstkie flow znowu intryguje, tematyka nie męczy, a klimat daje szansę, że kilka odsłuchów jest pewnych. Bity Chrisa Carsona nie przewrócą sceny do góry nogami, świeżość, stylowe produkcje to za mało by wkraść się do ścisłej czołówki producentów na Polskiej scenie. Dźwięki na „Made In Heaven” nie są na tyle charakterystyczne by mówić o pojawieniu się producenta wybijającego się na tle sceny. Progres muzyczny słyszalny był już po pierwszych singlach. Od kawałka „Moja pierwsza dziewczyna” PZWNW producent z Brukseli zabrał do swojego warsztatu wszystko to co bardziej ciekawe w obecnej muzyce, wybijając się z grona krajowych producentów od lat tworzących wciąż to samo.
Na swoim już siódmym legalu, Paluch pokazuje, że płodność w rap grze nie musi prowadzić do wypalenia. „Made in Heaven” mimo kilku słabszych chwil jak wiejące nudą i pewną banalnością „Mam skrzydła”, gdzie Kali z całym szacunkiem do niego staje się jedynie tłem czy też słabsza momentami dykcja, nie psują ogółu. Świeże bity od Chrisa Carsona to główny powód zwyżki formy reprezentanta Piątkowa. Z całą pewnością nie mogę napisać, że MiN jest najlepszym wydawnictwem w dyskografii Łukasza, ale dotychczasowy, osobisty faworyt- „Niebo” doczekał się solidnej konkurencji.

Ocena 8/10
Krzywa kroopa
Pozdro