Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kękę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kękę. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

„Rap dla 30-latków”.... czyli recenzja Kękę- „Nowe Rzeczy”

Już na samej okładce debiutanckiego LP można było poznać czym są owe, tytułowe „Takie rzeczy”. Bliźniaczo podobny front drugiego legala mógłby zwiastować kontynuację obranej ścieżki. Niektóre rzeczy pozostały: charyzma, unikalny styl, bezkompromisowa nawijka, kipiące z głośników emocje. Coś jednak się zmieniło, po ponad roku od debiutu raper z Radomia powraca. Dojrzalszy, z bardziej dopracowanym materiałem ale nie zepsuty mainstreamem. 
 
Ta analogia ma pewien smaczek. Miejsce winyla zajął najwierniejszy kompan ostatnich miesięcy- majk, zamiast róży serce zagościło, kieliszki zamieniły się biegunem, a i zwinięta kolęda martwych ziomków jest wymowna. Nawet jeśli ta symbolika jest nad wyraz to zmiany u rapera z Radomia słyszane są aż nadto. Przy takim materiale jak „Takie rzeczy” nie dało się przejść obojętnie. Rzecz to charakterystyczna i mocno wyróżniająca się na tle krajowej przeciętności, czego dowodem jest pokrycie złotem. Szybki fame, fala propsów, jak sam przyznał w luźnym traku po premierze pierwszego albumu, wejście na szerokie wody przewróciło życie. Można by się obawiać o formę, bo nie jednej udane wejście zgubiło. Można by się obawiać ale nie w przypadku Kękiego. Po ponad roku, „Nowe rzeczy” przed premierą doczekały się statusu jednej z najbardziej oczekiwanych płyt tego roku, ba nawet kandydata do płyty roku.
Jednej rzeczy oczekiwałem po tym albumie- uwolnienia się od nierozłącznego elementu który towarzyszył na poprzednim albumie- surowości, jakby materiał był nagrywany „za pięć 12-sta”. O ile szorstkie, brudne i nie zawsze czyste flow miało swój unikalny wydźwięk dający wrażeniem żywcem wyrwanego z undergroundu świeżego kota to pośpiech w pisaniu linijek był wyraźnie odnotowany- prawo debiutanta. Już jako zawodnik z określoną pozycją i rzeszą fanów reprezentant Radomia pokazuje, że odrobił lekcję. Nie słychać pośpiechu, wersy są traktowane z rozwagą i wyczuciem. Gdy bit ponagla przyspieszenia wypadają na szkolną „szóstkę”, gdy potrzeba zwolnić forma również się zgadza. Zresztą, ucho do bitów Kękiego nie jest żadną nowością, jak mało kto na naszej scenie reprezentant Prosto potrafi wyciągnąć maksimum z produkcji. Wszelkie dopieszczanie słów, trafne akcentowanie, balansowanie tempa lub nonszalanckie wyrzucanie linijek jak w „W dół kieliszki” pokazują, że syndrom drugiej płyty nie dosięgnął autora „Takich Rzeczy”. Dodając do tego nienaganną formę flow i patent na czerpanie z prostoty tego co najlepsze dostajemy rapera bez spiny, ogarniętego i wiedzącego co chce zrobić z kawałkiem.
Wracając do kwestii prostoty, nie da się ukryć, że w tym rapie jest ona wpisana w DNA. I w żadnym wypadku nie stanowi ona o słabości tej płyty. Często padająca w opiniach teza o braku rymów nijak się ma gdy gospodarz sięga po takie perełki: „Historia uczy na faktach czystych bez polityki. Fakty takie, że od dawna chcą nas ciągle zawłaszczać. Myślę o tym na przykład stawiając znów polskie znaki. Jak ja bardzo się cieszę, że to nie jest grażdanka. Patrz na orła w koronie, mógł być cały czerwony. Jakby w połowie napełnił się krwią traconą przez naszych. Ciągle biały i dumny niech mocniej wbija te szpony. W kościach czuje zapewne niedługo znowu się zgłoszą!”. Słowo perełka nieco gryzie się ze spectrum tego krążka. To właśnie percepcja dojrzałego patrioty stanowi credo „Nowych Rzeczy”. Obyło się bez łatwo nośnych wersów a`la populus, to nie rap na wiec wyborczy, poglądy mocno osobiste, napiętnowane prywatnymi wnioskami i doświadczeniami ale i podparte sprawnym piórem. Rzecz która cieszy, Kęki nie ma ambicji do uprawiania polityki: „Z imieniem Polski umrzeć, swoją śmiercią ją uświęcić. Jestem gotowy na to, moment kiedy wznoszę hasło. Setki gardeł razem ze mną rzuca swą codzienność na bok”. Sporo w tym emocji ale i dojrzałości oddalonej od ułańskiej mitomanii: „Masz na sercu los ojczyzny no to oddaj głos. Takiego wała! Robię swoje, se nie pozwalaj. Politykuj, a ja pisze wersy, trzymam się z dala. Paru myśli coś o ludziach, reszta raczej nie. Twoja partia, banda chuja i ta druga też. Nie ma gadki, na fejsie lajki posty za hajsy. Drobne przysługi, brudne łapy. Oni grają ty tańczysz. Podziękuję, co ja niby z tobą mam. Wyjebane mam na ruskich, to mi mówisz brat”.
Wysoka forma liryczna sięga dużo dalej. Równie dobrze wypadają luźne wersy, gdzie momentami można uleć wrażeniu, że rapuje zupełnie nowy Kękę: „Alkoholicy, bracia, kurwa, chceta to se pijta. Chceta to wracajta rano, czwarta, kierma pusta. Zima, minus, bary, burdy, długi, kurwy, bordo buzia. Zgubione ciuchy, obrzygane buty. Masz numer od tej grubej? Te, alvaro, jesteś ósmy. YOLO, mordeczko, YOLO, życze Ci dużo szczęścia. Byłem poza kontrolo, powodzenia na zakrętach. Czy będę mówił: życie to jest sukinsyn. Gram dla normalnych ludzi, wzloty, doły - cały Kiki”. Zwolnienie tempa także owocuje w dobre linijki: „Mam dosadność, lapidarność, styl ma trafiać zawsze w punkt. Setki książek, lata z alko, studia, meliny, radość, ból. Zapierdalania czasy, odpierdalania czasy. Dzieciństwo z rodzicami, dzieciństwo obok mamy. Ojcostwo na doskoku, ojcostwo z walką o nie. Koleżków mnóstwo z bloków, tylko ja i moje paranoje. Lata samotne, gorzkie noce, mocne przygody, setki wrażeń. Dziś tylko z tobą kotek - deklaruje facet. Każde słowo waży, każde z tych wszystkich haseł. Nie miewam pustych wersów, wiem co robię i wiem co jadę”. I choć forma nawet na moment nie ucieka.
Przyznam, że nie byłem do końca przekonany singlami, a w zasadzie pracą producentów. Na szczęście album zweryfikował obawy. Przeciętny, wręcz dedykowany blokowiskom bit z „Pamięć Zostaje zostaje” już nie bije tak po uszach, chilloutowe „Fajnie”, stadionowy „Młody Polak” z funkującą perkusją, przywołujące skojarzenia z Kendrickowym, nie tylko za sprawą wersów bangerem „W dól kieliszki”, bądź żywiołowe „Zmysły”. Nadające się na soundtrack dla gangsterskich klasyków (gangsterka a`la Praga) dźwięki z „Niezrzeszony” lub singlowe „Wyjebane (Tak mocno)”, było na czym się oprzeć i na czym nawinąć. Osobiście preferuje wolniejsze momenty „Nowych Rzeczy”, gdzie wcześniej wspominane ucho do bitów wychodzi na jaw.
Zanim sprawdziłem cały album wierzyłem, że słowo „sztos” stanie się product placement tej recenzji. Z premedytacją używam go na końcu by nie straciło na mocy. Drugi album to zdecydowanie level up pod każdym względem. Znów bez gości i tak jak na debiutanckim albumie silna i barwna osobowość gospodarza potwierdziła banalną prawdę, że dobre wersy same się obronią. Siłą rapu reprezentanta Radomia nadal jest „swojskość”, której nie zaszkodziły dojrzalsze wersy. Brudne flow, które dzięki swojej określonej specyfiki nigdy nie będzie perfekt traktuje jako wartość dodatnią tego krążka. Jest klimatycznie gdy bit do tego skłania, jest z pompą gdy basy tego wymagają i co najważniejsze są emocje.
W zasadzie jest to album wolny od słabych stron. Być może znajdą się niezadowoleni którym będzie brakować taki bangerów jak „Zostaję” z pierwszego LP. A tendencja do rzucania bez zahamowań wersów kosztem dykcji nigdy nie przekona szerokich mas. W tym rzecz, choć „Nowe Rzeczy” mają w sobie bakcyl uniwersalizmu lecz w głównej mierze to album dla słuchacza dojrzałego, będącego w podobnym etapie życia co gospodarz tego albumu. Podobnie jak debiutancka płyta tak i złoto dla drugiego krążka to jedynie kwestia czasu. W pełni zasłużenie, sztos to za mało. Czapki z głów Panie Piotrze!



Ocena: 9/10
Krzywa Krooopa
Pozdro
 
 

czwartek, 9 października 2014

Niebo 2.0..... czyli recenzja Paluch/Chris Carson- Made in Heaven

Tytułem wstępu, napisanie czegokolwiek o raperze o ugruntowanej pozycji zahacza o banalność. Tym bardziej o tak charakterystycznym MC. Jednak na pierwszy rzut oka, rzucająca się pracowitość zdominuje pierwsze linijki. Płodność w rap grze to temat rzeka. Gros zawodników rok w rok wydaje nowe albumy, topornie brnąc w te same schematy. Część romansuje z nowymi trendami co przynosi różnorakie owoce. Inni od świetnie pojawiają się na rynku wydawniczym, dozując dawki swojego rapu. Pierwsza jak i druga postawa nie gwarantuje wysokiego poziomu. Bo i łatwo rozdrobić się na drobne lub obijać na backstage`u sceny. Paluchowi to jednak nie grozi. Od wejścia na dużą scenę w postaci albumu „Pewniak”wciąż pozostaje głodny. Napisać, że forma pozostała to skłamać, progres poszukiwany ale nie tylko w samej nawijce. W tym sedno krążka „Made in Heaven”, tutaj Paluch pokazał, że raper nagrywający często może nie zatracić formy i odnaleźć nowe inspiracje.
Stopniowo zwiększający pozycje na scenie i poziom swoich wydawnictw, Paluch po wydaniu albumu „Niebo” doszedł do krytycznego miejsca. Propsy od sceny, dobre przyjęcie przez fanów, marsz na OLiS. Bezsprzecznie, członek B.O.R. stał się czołowym graczem na scenie. W pewnym sensie, Paluch ze swoją brudną, uliczną, pełną szczerości stylistyką stał się więźniem własnego rapu. Nieco słabsze kolabo z Kalim bądź poprzedni krążek- „Lepszego Życia Diler” mogły sprawiać wrażenie, że reprezentant poznańskiego Piątkowa osiągnął apogeum swych możliwości. I choć na wspominanych wydawnictwach słychać było, że sukcesu albumu „Niebo” nie ma zamiaru kopiować, odcinając kupony to pewny spadek formy słyszany był aż nadto. O ile dobór bitów, z całą gamą klimatów, świeżych dźwięków zawsze był mocną stroną to swoista Idylla spowodowała, że rap Palucha zatracił zadziorny ząb. LŻD nieco usypiało swym spokojem, w tekstach, Łukasz wciąż był ten sam ale o swoim życiu i postrzeganiu świata opowiadał dużo mniej intrygująco niż na poprzednich wydawnictwach.
Styl Palucha to spadek po starej szkole. Brudne flow, posiadające pewne niedociągnięcia ale porywające, liryka w której uwagę skupia się na mocy, szczere pióro, bezkompromisowe podejście do sceny. W roli obrońcy rapu czujący się ryba w wodzie, sprawie przez lata rozliczał poszczególnych MC za swoje działania. Taki typ nie do końca przekonuje jako Sean Connery sceny, ze spokojem monitorujący działania konkurencji. „Piątkowski autentyk” w pełni zasłużenie dorobił się swojej pozycji dzięki prostocie, unikaniu iluzji w tekstach i brnięciu pod prąd.
Zapowiada po premierze ŁŻD roczna przerwa od rapu szybko przestała być aktualna. Współpraca ze zdolnym, nie zepsutym jeszcze przez mainstream producentem stała się na tyle atrakcyjne by kolejny raz wejść do studia czy może Paluch na tyle wrósł w grę, by w kolejny rok puścić rap w miasto? Seryjni, dotychczasowi dostarczyciele bitów jak So`Drumatic, Julas lub Donatan w połączeniu z wersami od Palucha przestali zaskakiwać. Z mixtapu do pełnego albumu, ze współpracy z dobrze znanymi producentami do album z jednym, nie laikiem lecz i nie okrzepniętym na scenie beatmakerem. Zamiast powtarzać przyjęte schematy, reprezentant B.O.R. poszedł za ciosem i na pewno tego nie pożałował.
Udane, pierwsze single dowodziły, że współpraca między raperem z Poznania, a Chrisem Carsonem ma się co najmniej dobrze. O ile „Amstaff” nie zapowiadał wielkich zmian w stylistyce Palucha to chilloutowe „Daleko stąd” pokazało, że bity producenta z Brukseli przenoszą rap poznaniaka poza wcześniejsze ramy. Lirycznie słychać, że lekkie złagodzenie z LŻD odeszło w niepamięć: „Dzisiaj miałem sen, chciałbym wymazać go z pamięci. Bo wiem że spełni się, wacków ćwiartowałem jak rzeźnik. Łapanka słabych MC, do biurka przykuci za język, ja patrząc im w oczy odprężony pisze teksty”. Choć i melancholia na „Made In Heaven” ma swój klimat: „Wchłaniam kolejną porcję łychy, obok płonie amnezja paląca sesja, jointy z dychy. Kierunek mikronezja. Ten rejs to poezja, szklana podłoga jachtu. Kilka metrów pode mną rafa w kolorach kilkunastu”. To co na poprzednim albumie było piętą Achillesową, a więc przesyt koncepcji, tutaj dozowane jest w zjadliwych proporcjach. Równie klimatyczny kawałek- „Magma” z nocną aurą i sporym ciężarem emocji bliźniaczo mocno intryguje.
W punktowaniu sceny, tradycyjnie już Paluch nie ma sobie mocnych. I tradycyjnie już nie owija w bawełnę, wypadając przy tym w 100% autentycznie. Nagrania jak „NGO”, „RIP” bądź „Ostatni telefon” okraszone mocną elektroniką kpią z bolączek krajowej sceny. Przez pieniądze w rapie po kwestię kserówek w grze, roczny bilans B.O.R. bez wazeliny. Po tym co Paluch nawinął na poprzednich krążkach, obecne wersy o branży mogą być uznawane za rap ze znieczuleniem, bo i po ksywach nie jeździ i nie koncentruje uwagi na pewnych kwestiach jak niegdyś. Niemal zawsze po premierze nowego krążka Palucha kurz długo opadał, podobna sytuacja powinna mieć miejsce obecnie. Biuro Ochrony Rapu ma się jednak dobrze co „Made in Heaven” udowadnia.
Zawsze bogate w grube sztosy wydawnictwa Łukasza i tym razem nie rozczarują. Singlowy „Kastet” gdzie słychać „team spirit” między raperem a producentem, „M5” z udziałem Que gdzie różnica stylów wzbogaca numer. Prawdziwe, liryczne "kopy" będące kwintesencją rapu Palucha jak „Amstaff” lub „Ostatni telefon” w których to ciężkie bity ze świeżym brzmieniem i bezkompromisowymi linijkami i brudnym flow pozostają na długo w pamięci. Na „Made in Heaven” nie brakuje mocnych tracków gdzie produkcje Chrisa Carsona dają „kopa” i przenoszą rap poznaniaka na wyższy poziom.
Jeśli już padła ksywa Chrisa Carsona to pochwały o klasie światowej bitów ze strony Palucha przed premierą albumu nie były jedynie kurtuazją ze strony współautora produkcji. Spokojne dźwięki, z gustownymi klawiszami w „Daleko stąd”, stricte trapowe sztosy jak wcześniej wspominane „Amstaff” czy „RIP”, kąśliwe, rasowe o spójnej koncepcji lecz o zróżnicowanym klimacie. Chris Carson udanie wyczuł nawijkę Palucha. Bit przyspiesza we właściwym momencie, muzyczne „pierdolnięcie” nie wyprzedza linijek Łukasza, klimatyczne tracki nie usypiają. Wyzbywając się błędów swych poprzedników Chris Carson, a więc zbyt zbliżonych w brzmieniu bitów być może wybudziło Palucha z letargu.
Przy tak wyrazistym i w wysokiej formie gospodarzu, goście z góry mieli wskazany drugi plan. Wyraźnego obniżenia poziomu krążka z całą pewnością nie ma. Tau z wersami w swoim stylu przejął track podobnie jak Quebonafide, Kękę wstrzelił się w klimat, jeszcze lepsze wrażenie po sobie zostawili przedstawiciele SB Maffia, szczególnie TomB popisujący się ciekawymi linijkami o Step Records.
Po pewnym rozczarowaniu jakim były ostatnie dwa wydawnictwa, Paluch wraca w odświeżonym stylu. Choć rewolucji w wersach i flow poznaniaka nie ma, to ta swoista wiosna jaką przyniósł albumu MiN to w całkowicie udany eksperyment. Duet Paluch/Chris Carson znalazł złoty środek, przez co obaj wygrali na tej współpracy. Członek B.O.R. znów brzmi jak groźny amstaff. Szorstkie flow znowu intryguje, tematyka nie męczy, a klimat daje szansę, że kilka odsłuchów jest pewnych. Bity Chrisa Carsona nie przewrócą sceny do góry nogami, świeżość, stylowe produkcje to za mało by wkraść się do ścisłej czołówki producentów na Polskiej scenie. Dźwięki na „Made In Heaven” nie są na tyle charakterystyczne by mówić o pojawieniu się producenta wybijającego się na tle sceny. Progres muzyczny słyszalny był już po pierwszych singlach. Od kawałka „Moja pierwsza dziewczyna” PZWNW producent z Brukseli zabrał do swojego warsztatu wszystko to co bardziej ciekawe w obecnej muzyce, wybijając się z grona krajowych producentów od lat tworzących wciąż to samo.
Na swoim już siódmym legalu, Paluch pokazuje, że płodność w rap grze nie musi prowadzić do wypalenia. „Made in Heaven” mimo kilku słabszych chwil jak wiejące nudą i pewną banalnością „Mam skrzydła”, gdzie Kali z całym szacunkiem do niego staje się jedynie tłem czy też słabsza momentami dykcja, nie psują ogółu. Świeże bity od Chrisa Carsona to główny powód zwyżki formy reprezentanta Piątkowa. Z całą pewnością nie mogę napisać, że MiN jest najlepszym wydawnictwem w dyskografii Łukasza, ale dotychczasowy, osobisty faworyt- „Niebo” doczekał się solidnej konkurencji.

Ocena 8/10
Krzywa kroopa
Pozdro 
 

środa, 3 września 2014

„Sanktuarium nieświętości” czyli recenzja: Żyto- Wiry

Ostatnio zastanawiałem się nad fenomenem hip-hopu. Kultura która wyrosła w betonowym zakamarku ludzkości, w miejscu „drugiej kategorii”, stworzona przez osoby nie uwzględnione w systemie, dziś jest obecna niemal pod każdą szerokością geograficzną. Wpisana w rap cząstka uniwersalizmu i epidemia globalizacji doprowadziła do obecnego stanu rzeczy. Rap śmiga wszędzie. Od początku swojej przygody z hip-hopem zawsze sięgałem po towar od typów i ekip które sprawiają wrażenie wiarygodnych i autentycznych. Coś jak w kawałku Gang Starr: „It's the, true enliven with a youthful vengeance and I'm a judge rap is your ass give you a crucial sentence”. I choć rok w rok, rap gra wzbogaca się o kolejnych raperów to na palcach jednej ręki można wyliczyć tych którzy budzą zaufanie w swych kawałkach. Choć osobiście styczności z częstochowskim śniegiem nie miałem i reprezentanta Prosto znam jedynie z jego tracków to po przesłuchaniu albumu „Wiry” wiem przynajmniej jedno. Ale o tym pod koniec recenzji...
Jak pisałem w jednej z wcześniejszych recenzji, moda na debiuty trwa. Mainstream rośnie i sam nie wiem czy to dobrze. Możliwość wydania na legalu dostaje liczna grupa, lecz nie wielka część potrafi wykorzystać swoje „5 minut”. Sukces Kękę pokazał, że z legalnym debiutem nie ma co się spieszyć. Czy dla kolegi z wytwórni czas na debiut przypadł we właściwym momencie? Podobieństw szukać nie trzeba, same stają w szeregu. Charyzma, styl, oryginalność, młodym wilkiem też już nie jest. Wiekowo mógłby pełnić rolę starszego brata (choć jest jedynakiem) dla większości debiutantów. Bezczelny, niemoralny, bez ceregieli nawijających... Wypisz, wymaluj powtórka z rozrywki z poprzedniego roku która, notabene odbyła się właśnie w przypadku członka Prosto.
Projekt „Żyto” niewątpliwe narobił niemałego szumu w podziemiu. Z miejsca raper z Częstochowy stał się jedną z bardziej wyrazistych postaci w undergroundzie. Brudna stylistyka, flow zimne, liryka realizmem przesiąknięta. Na „dzień dobry”, po sprawdzeniu Żyta z podziemia miałem deja vu- WWO? Na szczęście nie ma mowy o kserokopii. Żyto to zawodnik z własnym stylem mocno wpisany w nurt uliczny z metką Jasnogórskich krajobrazów. W rap grze zdominowanej przez postacie z dużych miast, głos typa z podwórek i miejsc nie pasujących do obrazka medialnego zawsze ma swój smak- swojski. I być może przez to Żyto przestaje być jedynie raperem z płyty, a staje się typem którego znamy od lat, który przez swoje spostrzeżenia i historię wydaje się być bliski. Głos mas: szczery, wyzbyty złudzeń, goniący za robotą, zmęczony realiami, marzący za Pannami z lepszych sfer, nie skalany populizmem i infantylną wizją świata. Pierwsze wydawnictwo w dyskografii rapera z Częstochowy a stylu więcej niż u 1/4 mainstreamu. A to wszystko jeszcze długo przed wydaniem krążka„Wiry”....
„Wiry” szybko stały się jednym z bardziej oczekiwanych debiutów tego roku. Kontrakt z wytwórnią która ogarnęła już nie jednego kota, dobrze przyjęty album w podziemiu. Po takim zawodniku jak Żyto wymagania automatycznie idą w górę. Puki co tytuł MVP wśród tegorocznych debiutantów piastuje Kuba Kanp, czy Żyto przebije „Podniebnego kota”? Raczej nie ale i tak jest dobrze. „Wiry” to album z dłuższą historią. Krążek którym trzeba przesiąknąć. Muzycznie? Słychać, że pobyt na Wyspach nie był zmarnowanym czasem. Grime zaskakujący z każdym odsłuchem, ostre i chłodem wiejące beaty, dobry balans basu. Dobra robota producentów, a w szczególności Lower Entrance który popisał się świeżym brzmieniem prosto z UK.
Otwierający „Wiry” kawałek „Ładna była” szybko wciąga w świat Częstochowskich rewirów. Dynamiczny beat, ostre flow, soczyste wersy: „Ładna była, ja o bar oparty, jakby to był, kurwa, bilardowy stół. Chciałem jej wbić bile tam, gdzie piękna dupka dzieli się na pół. Kolorów snów my tu nie śpimy”. Mocne wejście w postaci swoistego introtracka, brud, metafory trafione w sedno. Przy ciężkiej elektronice Żyto czuje się jak ryba w wodzie. Z kolejnymi tracki stylówka reprezentanta Prosto brzmi jeszcze bardziej dosadnie. „Droga do raju”z udanym nawiązaniem do poprzedniego projektu, udanymi wersami: „prawdziwy rap bardziej dziwy niż enter, nadal urodziwy bardziej rajd niż Eter” i co najmniej poprawnym refrenem. Jeśli już jestem przy temacie refrenów to akurat jest to słabsza strona tego krążka. Słabe refreny to nie nowość w rapie Częstochowianina, podobnie było na pierwszej płycie. Refreny oparte na prostocie, powtórzenia kilkakrotne muszą (?) prowadzić do zmęczenia. Charakterystyczne flow, wolne, nie bez wad, choć lepsze to niż nieudane próby śpiewania. Tak, Jerzy Sthur jednak się mylił, nie każdy może śpiewać.
Choć jest to krążek o dość spójnej stylistyce to jednak mamy klika momentów zwrotnych. „Moja muzo” z jedną z ciekawszych produkcji na krążku i lżejszym flow, podobną historie mamy w numerze „To prawda”. W tych kawałkach słychać, że Żyto nie czuje się do końca dobrze w takich klimatach, flow jakby nie pasujące do dźwięków i słabości techniczne wychodzące na wierzch. Mocne strony w rapie Żyta podkreślają chociażby „Parmezan”, tytułowe „Wiry” bądź „Ceny”, gdzie połączenie agresywnych dźwięków, soczystego flow i brudnych metafor znakomicie ze sobą współgra. Singlowe „Zrobiłem ją” z błyskotliwym przemiałem tematu branży i relacji damsko-męskich: „Zawsze trzeba jakoś to rozegrać, wiesz ocb jeśli grasz, nie wiesz jak nie grasz czyli nie rzucać się jak gówno w sedesie. Bo wieść się szybko niesie, plotkują nawet kolesie. Dobrze, że w pewnych kręgach mam łatwiej. Wiedzą już, nie zamulam, płynę z wiatrem. Nie przypadkiem jestem tu kontrakt. Kolejny kompakt, od kompa do kąta” oraz „Mały balecik” z udanymi featami prosto z Radomia wyrastają na prywatnych faworytów. Również „Nie psa wina” z ciekawą grą słów z czasem wpada do głowy.
„Spowiedź” z nielegalu miała specyficzny smak. Smak ten nabrał na wartości na leganym debiucie. Co prawda Żyto nie ustrzegł się błędów. Wspominane wcześniej słabe refreny jak chociażby „Całe życie w tarapatach jak góral w Tatrach” w kawałku „Tarapaty” który brzmi słabo. Słabości w flow aż nadto widoczne przy spokojniejszych beatach ale nie na tyle męczące by do nich nie wracać. Zresztą, Żyto to taki raper u którego nawet słabości techniczne stają się zaletami. Brudne i nieczyste flow w połączeniu z ostrym i agresywnym beatem przemyca masę emocji, dodając do tego brudne opowieści i historie o relacjach z kobietami oraz ostre jak brzytwa metafory, mamy rapera z intrygującym stylem. „Wiry” to album na którym z każdym odsłuchem odkrywamy coś nowego. Być może to aktor jednej roli, którego wrogiem może być zbyt klarowna stylistyka. Lecz w tej jednej roli odnajduje się znakomicie. Konkretny materiał okraszony świetnymi beatami, udanymi popisami gości i co najważniejsze wyjątkowym, autentycznym klimatem. Chaos kontrolowany który pojawia się w pewnych momentach nie grozi rutyną. Nieład na okładce, nieład w rapie, ale w tym wszystkim jest metoda.
Żyto z pewnością nie jest raperem kompletnym o ile ktoś taki w ogóle istnieje. Wracając do początku recenzji. „Wiry” to dobry przykład, że raper mimo słabszych stron ale z intrygującą stylistką potrafi wciągnąć w swój świat. Można się przyczepić od niedoskonałości w technice, słabszych refrenów, topornych przyspieszeń, flow które czasami traci na czystości ale w tych brudnych wersach jest rap z klimatem. Z miasta znanego głównie z kultu religijnego raper z świętością nie mający zbyt wiele wspólnego wchodzi do mainstreamu w dobrym stylu i jest na dobrej drodze by powtórzyć sukces kolegi z wytwórni z poprzedniego roku.



Ocena: 7/10
krzywa kroopa 

 

piątek, 27 czerwca 2014

Letni beat... czyli subiektywny przegląd wakacyjnych kawałków #1


Dzisiaj miliony uczniów rozpoczynają wakacje, także sezon urlopowy stał się faktem. W żarze słońca, goryczy chłodnego piwa i grillowanych wybryków natury najbliższe tygodnie będą „pauzą” od wkurzającego szefa, szkolnych męczarni (swoją drogą zapomniałem już jako to jest siedzieć w szkolnej ławce) itp. Wakacyjne rok w rok owocują tandetną muzykę. Komercyjne stację będą nam serwować tanią popową papkę, gwiazdki będą nagrywać kolejne kawałki łudząco podobne do zachodnich hitów. Jaki kraj taki plagiat. Dzień przerwy na Mundialu więc można zaznać nieco luzu, tym bardziej że pogoda sprzyja ku temu. Skoro wstęp mam już za sobą to można przejść do sedna sprawy. W letnie miesiące sięgamy zazwyczaj po inną muzykę. Przekaz mniej istotny, liczy się klimat, letni beat i szeroko rozumiany wakacyjny light... Pierwsza część prywatnej, letniej playlisty. Spokojnie, obejdzie się bez agro-rapu w wydaniu słowian... 

Jay- Z feat. UGK- Big Pimpin. Banger na całego! Teledysk przypominający starego Cartera, jeszcze bez Beyonce. Orientalny beat od Timbalada i chwytliwy refren, można wracać do tego kawałka setki razy. Nigdy się nie przeje!

Smagalaz feat. WFD- Czillen am grillen. Tej pozycji nie mogło zabraknąć. Beat rozkołysze każdego, prosta nawijka.... pozycja na każdy dzień i wieczór!


Warszafski Deszcz- gdzie tamte dziewczyny? TDF i Numer Raz mogą się pochwalić nie jednym wakacyjnym kawałkiem ale do listy na pierwsze letnie słuchanie trafia luźna nawijka o byłych niewiastach.


Eldo – Miasto słońca. Najmłodszy kawałek w tym zestawieniu. Ok. Prędzej Ms. Batory mógłby zagościć w letnich ramówkach słuchaczy rapu. Ale wielkomiejski klimat


VNM – Mega. Stary „V” jeszcze na nielegalu. Po latach brzmi jeszcze świeżej. Średnio mi leżą nowe rzeczy od rapera z Elbląga. Podśpiewane refreny nie zawsze się sprawdzają. W przypadku VNM-a lekkie wspomnienia zawsze świetnie wypadają.


Eis- Najlepsze dni. Rap Eis`a ma w sobie wakacyjny ząb. Luźniejsze przemyślenia, branie chwili, olewka jutra. Polecę banałem- Eis wyprzedził mentalność polskiej sceny. Dzisiaj byłby na topie, teraz w kategorii klasyk brzmi jakby nagrywał ten numer wczoraj.


Kid Ink- Time Your Life. Popowy reprezentant Kalifornii czym może popisywać się na majku jak nie lekkim kawałkami w wakacyjnym klimacie. Teledysk wciągający ale to zasługa aktorki. Jest klimat.


Kękę- Trasa (BraKaKa). Na legalnym debiucie reprezentanta Prosto Label mamy kilka luźnych tracków. Do jazdy w dłuższe trasy jak ulał!


Fabolous feat. Jeremith – My time. Popowy beat jak i cały numer nie wymaga większej koncentracji przy słuchaniu. Dobra opcja dla tych co lubią gdy coś leci przy porządkach w ogródku.


The Game- Let`s ride. Dr. Dre miał swoje Let Me Ride. Młodszy kolega po fachu ma swoje Let`s ride. West coastowy beat, brudne flow. W letnie miesiace odsłuch na YouTube zapewne wzrośnie.


Redman- Let`s get dirty. Tego wariata przedstawiać nie trzeba. Numer kozacki, na poranki po nieprzespanej nocy lepszy niż mocna kawa.


Zipera- Bez ciśnień. Kolejny dobrze znany numer każdemu słuchaczowi rapu. Wybór banalny, ale ciężko ominąć taki kawałek w lecie. Na szczęście bez przymusu w lecie sam wkręca się na playlistę.


Wiz Khalifa feat. Berner- Chapo. Kolejna świeżynka. Chilloutowy klimat, w sam raz na wieczory przy czymś zielony.


Płomień 81 feat. Marta L.- Letniak. Stary kawałek ale jary. Lato, dziewczyny, oszalało nie tylko serce...

Ludacris - Act A Fool. Choć rzadko sięgam po tracki MC o końskiej szczęce to w letnie popołudnia flow tego typa szybko się wkręca.


LL Cool J -Doin' It. Działa na wyobraźnie! Spokojne flow i ten czarny „kot” w klipie. Magia trwa!



Mr. Brown- Margarita. Jeśli ktoś nie zna to duży błąd. Warto sprawdzić!


Mobb Deep feat. Nas- It`s mine. Nowy York przenosi się nad cieplejsze tereny. Life is mine. Chyba nie tylko legendy NY tak uważają...



50 Cent feat. Mobb Deep – Outta control. Hipnotyczny beat, dobrze zaranna ekipa. Poza flow wszystko poza kontrolą.... 
 

Big L - Holdin it Down – sam nie wiem dlaczego słońce sprawia że po Big L sięga jedynie w letnie miesiące. Może jedynie latem ale wówczas nawijka Big L płynie jak pot po plecach.... 

 


Ten Typ Mes- Będę na działce. Kolejna produkcja z tego roku. Wkrótce teledysk do tego numeru choć wyobraźnia rysuje równie ciekawe obrazy. 
 

Ja Rule - Between Me & You feat. Christina Milian. Letnie dźwięki, bansujące panny w klipie, przyjemny damski wokal w refrenie 

 

Warren G - Lookin' At You. G-funk na wieczorowe pory pasuje idealnie. Kolejny track z kobiecym refrenem, kolejna pozycja obowiązkowa!



2Pac feat. Dr. Dre- California love. Mało oryginalny wybór. Oldschool w dobrym wydaniu zawsze się sprawdzi! 
 

Cassidy feat. R. Kelly – Hotel. Refren wpada jak śliwka w kompot. Zorro nie tylko w teledysku ale i z motywem w produkcji. Buja jak cholera 

 


Kurupt feat. Daz Dillinger -Who Ride Wit' Us. Kolejny refren który długo trzyma i nie chce odpuścić. Legenda w najwyższej formie. Klasyk przez duże „K”! 
 

Rick Ross- Amsterdam. Może sam numer wakacyjno-letni średnio na jeża. Za to klip jak najbardziej tak. Jak to w produkcjach od lider MMG przepych obecny, piękne niewiasty również. 
 


Miłego słuchania. Wkrótce kolejna część letnich propozycji. Balujcie, pijcie z umiarem i uważajcie!

Krzywa kroopa
Pozdrawiam

czwartek, 12 czerwca 2014

Subiektywne urodziny Prosto #2

Zapewne każdy zauważył że w tym roku przypada 15-lecie istnienia warszawskiej wytwórni- Prosto Label. Życzenia urodzinowe od Krzywej kroopy już były więc nie ma sensu się powtarzać. Tym razem przedstawię osobisty bilans tejże wytwórni.

Ulubiony album Prosto- WWO- Witam was w rzeczywistości. Szczyt możliwości grupy, przynajmniej w moim odczuciu, a zarazem jeden z ostatnich momentów współpracy Sokoła z Jędkerem. Album na którym palmę pierwszeństwa przejął Nocny Narrator pokazując kto w WWO wybija się przed szereg. Świetne beaty od Magiery, L.A., Shuko bądź Deszczu Strugi, trafne featy od Małolata, Firmy, Pono lub Jurasa. Uliczny realizm plus deklaracja drogi do celu. Klasyk przez duże „K”. 


Najważniejszy album- Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Moment przełomowy dla samego Sokoła jak i dla całej wytwórni. Po odejściu od TPWC Sokół poszedł krok dalej dostawiając do swojego wyrazistego stylu kobiecy wokal. Efektem tej koncepcji to klasyk i płyta dekady. 
 

Najciekawszy teledysk- WWO- Sen. Polski hip-hop trochę czekał na to by dostać się do stacji muzycznych. Może nie trwało to wieczność i postacie które budowały scenę od podstaw zdążyły się załapać ze swoimi klipami na pierwszy czas emisji rapu w polskich stacjach muzycznych. Że Prosto zawsze przodowało w dobrych klipach wiadomo nie od dziś. Nie raz wyprzedzali konkurencje choć to akurat sztuką nie było. Szare blokowiska, zakapturzone typki, gdzieś w bramie na siłę pozorujący swych idoli zza wielkiej wody. Słabo było z klipami rodzimego rapu przez długie lata. Obecnie kanał Prosto Label bije rekordy popularności na YouTube a obrazy do kawałków „Egzotyczna przygoda”, „W sieci” lub „Alter ego” przekroczyły po kilka milionów wyświetleń. Czarno- biały obraz, z drugiej strony tak daleki od rapowych klipów. Choć powstał ponad 10lat temu wciąż wygląda bardzo świeżo. Zaskakujące przyspieszenia, dojazdy i odjazdy kamery, ciekawie prowadzona akcja. Jak sam kawałek jest klimatycznie i oryginalnie. Autorami klipu byli: Kuba Lubiniewski oraz Wojciech Zieliński. Ich świetna praca doczekała się YACHA 2004 za najlepsze zdjęcia. PS: warto oglądnąć klip, Sokół w wersji soft, w ulicznym stylu wierzchnim. 


Moment przełomowy dla labelu- Kontrakt z VNM. Bardzo subiektywny wybór. No dobra, wszystko tutaj jest subiektywne, na tym polega między innymi prowadzenie bloga. „V” na nielegalu osiągnął dużo. Dla wielu stał się twarzą polskiego undergroundu. Dołączenie członka 834 do składu warszawskiej wytwórni wywołało niemałe emocje. Pewny siebie raper z Elbląga swoją stalówką nie pasował do Prosto. Uliczny styl wytwórni, gdzie tu miejsce dla takiego oryginału? Błąd. Po 3 latach od debiutu można stwierdzić, że był to jeden z najlepszych ruchów Sokoła w 15-leciu istnienia labelu. „Za parę lat w Polsce te flow nie będzie kojarzyło sie z mainstreem'em im. Zostawiam po sobie łez padół wielu raperów. Chcesz zobaczyć jak słone są? to zejdź na dół. Biorę fejm, ej, jadę synu do miej lej. W studiu robię flame I czekam synu na pay day tak, Prosto Label, lamy tu mówią mayday. Bo mam promocje, a wiedza ile zrobiłem bez niej już czas odliczać, moja kariera to bomba z zegarem, który zaraz przestaje tykać i czuje zapach victorii”- te wersy stały się ciałem...


Najciekawsza współpraca- Los Sicarios feat. Sokol, Palacio– Checkeando. Prosto kilkakrotnie zaskoczyło ciekawymi współpracami. Był numer na beatcie od DJ Premiera, była świetna współpraca z Francuzami z Soundkail lub Słowakami z Kontrafakt, a także dziesiątki ciekawych kawałków z krajowymi artystami jak chociażby świetna produkcja od grupy OXY.GEN a wkrótce Rozbójnik Alibaba wyda jeden z bardziej oryginalnych materiałów na polskiej scenie. Jednak połączenie rapu Sokoła z kubańskim stylem zamiast zderzenia kultur wskazało na wspólne sedno obu stylistyk. 


Największe zaskoczenie- Potwierdzone info. Wspólna płyta Tede`go i Diox`a przypadła na rok „duetów”. Niemal wszystkie wypadły blado i ciężko do nich wracać. Kolega z HiFi Bandy – Hades nagrał przyzwoity ale nie powalający HAOS z O.S.T.R., natomiast Diox wspólnie z dobrym ziomkiem- TDF`em nagrał krążek na luzie. Co prawda ich krążek nie przewrócił do góry nogami całej sceny ale stanowił przyjemny moment w 2013 roku. Wydanie tego krążka w Prosto Label było pewnym zaskoczeniem. Dlaczego nie Wielkie Joł? Prosto, Przypadek? Nie sądzę. 
 

Ulubiony kawałek- WWO feat. Orion, Kontrafakt, Włodi, Soundkail - I tak to osiągnę. Kawałek stary i po paru latach do zweryfikowania. Być może nie wszyscy dotarli do wyznaczonego wówczas celu i miejsca. Zwrotka Włodiego to już spełniona przepowiednia podobnie jak u Sokoła. Kilu MC i każdy wyczuł klimat kawałka, nawet po latach ma to swój smak. 
 

Banger nr 1- Zipera- Bez ciśnień. Co prawda skład wytwórni nie jest bogaty w raperów serwujących grube bangery ale jednak kilka kawałków wkręciło się na długo. Klimatyczny teledysk, kręcące się półnagie panny, wakacyjna zajawka, w powietrzu dziedzictwo dzikich pól, nawijki na luzie. Kawałek z całą swoją otoczką w stylu bogatego entourage rapu końca lat 90-tych w USA, a jednocześnie polski klimat. 
 

Ulubiony producent Prosto- Czarny HiFi. Przez długi czas to dźwięki o DJ Deszczu Strugi były tymi których wyszukiwałem w produkcjach Prosto. Twórczość HiFi Bandy nie jest w moim klimacie ale odnosi się to jedynie do rapu Dioxa i Hadesa. Produkcje od Czarnego to spadkobierstwo trueschoolowej epopei. Sample świetnie wyselekcjonowane, umiejętnie prowadzenie melodii, wykorzystywanie basu. Jeden z tych producentów którego instrumentalne są nieraz ciekawsze od samych kawałków 

 
Ulubiona zwrotka- WWO – Mogę wszystko. Prawdziwy majstersztyk w rapie. Klimatyczny beat, teledysk zapadający w pamięci i dojrzały tekst. W szczególności pierwsza zwrotka wywołuje emocje: „Mogę przeżyć życie, będąc na jego szczycie. Dostawać śniadania do łóżka i całusa w policzek. Mogę mieć piękną kobietę, co prasuje mi koszule. I cudowne dzieci, które wożę do szkoły Cayenne. Mogę mieć świat u stóp, ja nie przypuszczam - ja to wiem. Mogę mieć takie życie, jaki inni mają sen. Mogę pojechać hen i właśnie tam znaleźć szczęście. Mogę być szczęśliwy tu, mając proste zajęcie. Mogę zostać prezydentem i mieć własne wojsko. Mogę kochać tak mocno, że wszystko inne to nic. Bo po co śnić? Mogę robić to, zamiast tylko marzyć i gnić. Pośród pustych twarzy, przeczekując życie. Przekreślając lepsze czasy, mogę do przodu iść. Olewając drogowskazy, wszystko może się zdarzyć. Mogę przemierzać planetę, nie chcąc żadnych bagaży. Mogę mieć to, co chce, pierdoląc cały materializm. Mogę pomóc bliskim i nigdy ich nie zawieść. Mogę zdobyć fortunę i komuś ją zostawić. Patrzeć z tarasu na morze, z modelkami się bawić. Mogę być tam gdzie ty, do końca naszych dni. Mogę być kimś, będąc jednocześnie sobą. Albo pić od rana Wyborową, bić matkę. Mieć jako dom klatkę schodową. Mogę skończyć się i nie jestem zdziwiony. Mogę wszystko, to ma dwie strony”. Nie ma tu popisów technicznych, przyspieszeń, wszechobecnych dziś hashtagów, wszelkich zabaw językowych, jest za to bagaż emocji i powiewy ekshibicjonizmu. Być wyliczanka w pewnym momencie dla niektórych staję męcząca jednak nie ma rapu bez emocji... 
 

Ulubiony beat z płyt Prosto- VNM- Dym, produkcja So`Drumatic. Nieziemsko klimatyczny beat w połączeniu z kobiecym głosem Marysi odciąga uwagę od gospodarza kawałka czyli członka 834. Wprawdzie kilka innych produkcji od So`Drumatic po pierwszym odsłuchu wywierało większe wrażenie. Beat z „Dymu”hipnotyzuje na tyle, że za każdym razem brzmi świeżo. Nic tylko czekać do album producenckiego So`Drumatic dla Prosto!


Najciekawsza okładka – Sokół & Marysia Starosta- Czarna Biała Magia. Autorem popularnego „oczojeba” jest zacna osoba o pseudonimie Wal&Gura. Prostota wybijająca się z gamy stricte hip-hopowych frontów CD.

MVP- Sokół. Wybór banalny jak scenariusz w Dlaczego ja?. Ulubiony polski raper w prywatnym rankingu. O tym jakim raperem jest Sokół nie ma sensu pisać bo już zbyt wiele o tym napisano. Jedynie dodam, że z grona przeciętnych, wtórnych i podrobionych MC- Sokół zawsze wybijał się trafnymi spostrzeżeniami, prostym ale dogłębnym podejściem do danego tematu, głodem do pokonywania barier w muzyce oraz podnoszeniem jakości w wszelkich aspektach. Bo i w sprawach jakości w wydaniu CD i odzieży wytwórnia ta zawsze wyprzedzała konkurencję. 
 

Najlepszy rok – 2011. W tym roku Prosto wydaje pierwszy wspólny album duetu Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Po ponad 2 latach krążek zyskuje status platynowej płyty. Nie od razu jednak było tak różowo. Fani Sokoła byli w skrajnych emocjach na wieść o takiej współpracy. Być może się mylę ale była to pierwsza platyna dla Prosto. Tego samego roku wychodzą kolejne krążki które namieszały na scenie: debiut VNM-a, również debiutancki Brahu, drugi krążek duetu Pokój z Widokiem na Wojnę. 
 

Rozczarowanie- Nie będę wybielał rzeczywistości. Przez te lata działalności musiały się przydarzyć trudniejsze momenty i niepowodzenia. Jak przyznał Sokół, Prosto nieraz było bliskie bankructwa. Przy obecnej pozycji trudno w to uwierzyć. Na płaszczyźnie muzycznej także słabsze chwile dopadały tą wytwórnie. Nie wszyscy raperzy Prosto powalają na kolana, nie sprawdzam wszystkich płyt jakie wydają, jednak w kolekcji CD, Prosto jest jednym z liderów w osobistej kolekcji. Za największe rozczarowanie uznaje postawę byłego członka WWO i ZIP Składu a więc- Jędkera Co prawda sama wytwórnia nie popchnęła realisty do statusu monopolisty ale współautor „Na melanżu” jest kojarzony z Prosto i jego działalność nie wątpliwiej chluby Prosto nie przynosi. Za rozczarowanie w kategorii CD uznaje całkiem świeże dzieło grupy RH- - Karty sim. 
 

Odkrycie- Kękę. W niektórych komentarzach na YouTube Sokół był nazywany mianem polskiego Dr. Dre. VNM, KaeN, a wkrótce Żyto. Kilka nowych twarz w rapie wyszło od Prosto. Reprezentant Radomia to akurat został odkryty a raczej wprowadzony na szersze wody przez Młode Wilki Popkillera. Jedna zwrotka i #hurrwa poszło. Charyzmatyczny, oryginalny a jednocześnie swojski. Obok VNM-a najbardziej wyrazisty typ którego Prosto wprowadziło na główną scenę. Ale to jednak radomska Iskra stała się dla mnie najciekawszy odkryciem jakie wyszło z wytwórni Sokoła i w ostatnich latach na polskiej scenie. 
 

 Sokół wygrany w prywatnych Fryderykach. Minęło 15-lat, cała wytwórnia jest wygrana. Życzenia już był więc może jedno oczekiwanie na koniec. Oby Prosto Label zaskoczyło jeszcze całą scenę łącznie z najbardziej gorliwymi haterami. 




Krzywa kroopa
Pozdrawiam