Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski rap. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski rap. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Rentgen vol. 1..... czyli wywiad z Ńemym

W tekście o najbardziej niedocenionych raperach na naszej scenie był jednym z pierwszych wyborów. Napisać, że reprezentant Sierpca to nietuzinkowa postać to jak odkryć, że Ekstraklasie daleko do poziomu Bundesligi. W natłoku premier być może niektórym umknęła premiera debiutanckiego „Ń”- duży błąd. Dla osób głodnych świeżego rapu to pozycja obowiązkowa. A co sam zainteresowany ma do powiedzenia? Zapraszam do rozmowy z Ńemy`m. 
(zachowano oryginalną pisownie)  
Krzywa Krooopa: Legalny debiut w postaci „Ń” to już historia. Słuchając tego materiału miałem wrażenie, że dostaję płytę od faceta, który swoim myśleniem o muzyce wychodzi daleko poza rap.
Ńemy: Rzeczywiście, od premiery minęło już pół roku, ale sądzę, że „Ń” nadal kryje niewykorzystany potencjał. Może przypomnę jeszcze słuchaczom o tym materiale, jednak teraz pracuję już nad następnym. Chyba czas na podsumowania i weryfikację dotychczasowych wyborów. Wykraczam poza rap, bo nazwałbym się raczej artystą crossoveru, niż po prostu - hip-hopowcem…

K: „Ń” jawi mi się również jako materiał, w którym hamujesz się by nie dać na „dzień dobry” pełnej dawki siebie. A Ty jak to widzisz?
Ń: Jedyne przed czym się hamowałem, to bylejakość. Płyta jest zwieńczeniem tego, co oferuję w danym momencie swojego rozwoju. Chciałem, żeby była jak najlepsza i dałem z siebie wszystko. Jasne, teraz zrobię to lepiej – nie umniejszając takim numerom jak „Sick Pro”, czy „Żyć wietrznie” etc.

K: Myślisz, że przeciętny słuchacz polskiego rapu jest gotowy na rap oderwany od przetartych ścieżek, sprawdzonych patentów, po prostu - nowatorski?
Ń: Zależy co rozumiesz w kontekście „przeciętności” słuchacza? Dla mnie to ktoś nie poszukujący. Konsumujący wyłącznie to, co dotrze do niego najbardziej popularnym, lub przypadkowym kanałem. Niestety, takie rzeczy rzadko okazują się naprawdę wartościowe. Myślę, że media zatraciły rolę trend setera. Chcą dogadzać odbiorcy idąc po najmniejszej linii oporu. Oczywiście, chciałbym się mylić i kiedyś móc powiedzieć, że zgromadziłem setki tysięcy fanów nie naginając swojej estetyki. #c.r.e.a.m.

K: Wystarczy przesłuchać kilka Twoich kawałków by zauważyć, że w swoich tekstach sięgasz po różnorakie inspiracje. Masz jakieś granicę w tworzeniu? Coś czego nie poruszyłbyś w swoich wersach lub gatunków muzycznych z którymi nie wszedłbyś w „romans”?
Ń: Szeroko pojęta muzyka biesiadna nie leży w kręgu moich zainteresowań (śmiech). Jest dużo złego hip-hopu, złego popu, złego rocka ale i dużo dobrych kapel. Lubię oryginalne postaci, które zarówno w tekstach, jak i muzyce pokazują mi świat z zupełnie nowej perspektywy – nie boją się być unikalni.

K: Od debiutu „Ń” minęło kilka miesięcy. Pracujesz już nad nowym materiałem. Czego można się spodziewać po Twoim drugim LP? –
Ń: Tak pracuję, ale nie chcę zdradzać za dużo. Spodziewać się można czegoś lepszego niż na „Ń” póki co.

K: I na koniec psychologiczna rozkminka. Gdybyś miał dokonać autocharakterystyki to w pierwszej kolejności nawał byś się producentem, raperem?
Ń: Jeśli mam generalizować, to artystą, po prostu. Dzięki za wywiad, pozdrawiam! 
 

Krzywa Krooopa
Pozdro 
  

środa, 25 marca 2015

„Parszywa siódemka”.... czyli najbardziej niedocenieni raperzy w Polsce vol.1


Długo nie mogłem strawić niszowej pozycji kilku ekip jak choćby Dwa Sławy bądź Rasmentalism. W zasadzie rap gra jest jak korporacja z logiem koniczynki- hierarchia z dupy wzięta. Popularność nie ma nic wspólnego ze skillsami- banał. Ale jeszcze większym banałem jest podochodzeniu do polskiego rapu jak do jednej, wielkiej kserokopiarki gdzie opcje kopiuj/wklej są popularne jak żubr w puszczy i na tyłach osiedlowych sklepów. Scena jak niemal wszystko w życiu (jeszcze większy banał) ma swoje słabe i mocne strony. Także graczy które ciągną tą kulturę za ucho do przodu i tych którzy obniżają rangę. Ale dziś o tych którzy na majku zostawiają siebie, pasję, zdrowie, a zasłużonego fame`u.... no właśnie.

Jeżozwierz- Oj Jeżu, Jeżu, Panie Jeżu. Po „Panu Kolczastym” liczyłem, że brama do Ekstraklasy została właśnie „wyjebana w kosmos”. Kosmosu nie ma, za to jest brud, bezkompromisowa nawijka, charakterystyczne flow, stylówką którą można by obdarzyć gromadkę raperów z pewnej dużej wytwórni. Stołeczny MC chyba już na stałe wdarł się do annałów undergroundu. Co prawda, nie wróże Jeżowi rychłego końca kariery. Sam liczę na nowe projekty lecz Jeżozwierz to taki typ co nigdy brokatem błyszczeć nie będzie i nigdy mainstream go nie porwie. Na szczęście.

Wyga- W moim prywatnym TOP10 krajowych nawijaczy zakotwiczył na stałe ostatnią solówką. Trochę czasu minęło, nowy album w nowej wytwórni, z lepszą promocją może zaowocować zasłużonym, większym zainteresowaniem. No właśnie, jedynie może. Wyga jak sama ksywka wskazuje to taki zawodnik który potrafi skraść kawałek niemal każdemu na scenie, subtelnie z wrodzoną zadziornością potrafi bawić się bitem, przyspieszać jak bolid F1 lub zwalniać nie tracąc na mocy. Brak słabych stron więc skąd ta niska popularność?

Ńemy- Niedawno Kękę na FB napisał o reprezentancie Sierpca: „Wydaję mi się że ten gość jest artystą. Ja jestem raperem On jest artystą”. Z Ńemy`m jest jak niemal z każdym pionierem. Nie doceniony w czasach gdy tworzył by odkryć ścieżki dla innych, którzy pod cudzym sztandarem zbiorą plony. No cóż, life is bitch. Ale to za mało, producent niebywale zdolny choć z newschoolem za pan brat to klasyka tętni w żyłach. Ale nie o beatmakerach mowa tutaj. Techniczny kot, zdolny tekściarz, szybko wkręcający się do głowy. Debiutanckie „Ń” to solidna wizytówka najmocniejszych stron Marcina Niemczyka, ale nie pokazująca w pełni potencjału. W moim odczuciu, kompletnie niedoceniony materiał jak i jego autor. Shame on Nigga...

Flint- Sam nie wiem co sprawiło, że Flint nie jest jedną z najbardziej gorących ksywek. Ksywek która by rozgrzewała klawisze hejterów i zbierała zasłużone propsy u ogarniętych fanów. Rymów przesyt- zgadza się, ucho do bitów- z tym to nie zawsze bywało dobrze, ale ostatnio jest się czym jarać, flow agresywnie zwracające uwagę słuchacza, talent do pisania, czego chcieć więcej? Jako Czarny Charakter przekonywał, że jest kompletny już jako Zła Sława groził, że woli rozwalić się furą niż przeżyć klapę z nowym albumem. Pewności siebie i wyrazistości reprezentantowi Koka Beats odmówić nie można, skillsów tym bardziej.

Laikkie1- Jeden z najbardziej hejtowanych raperów znad Wisły. Jeden z niewielu graczy który w tej kulturze nie uznaje wszelkich przejawów konformizmu i kolesiostwa. Lirycznie- kot, swymi wersami potrafi obnażyć słabość polskiego rapu. Flow może i nieczystością często afirmowane ale swą techniką raper z Bogatyni wszystko nadrabia.

Sarius- Widzę w nim czołowego rapera najbliżej dekady. Kogoś kto porwie tłum. Choć obecnie, ten młody, zdolny raper z Częstochowy jest raczej pozycją znaną wytrawnym znawcą gatunku, a masy w sporym odsetku nie skumały fenomenu tego gracza. O ile pierwszy legal był spokojnym wejściem na scenę to drugim krążkiem Sarius wyraźnie wskazuje co znaczy nowa szkoła rapu.

Vixen – Ostatni krążek to jedno z największych zaskoczeń polskiego rapu. Były już reprezentant RPS Enterteyment puścił lejce, bardziej szalony niż spokojny, jak drink Jamesa Bonda wstrząśnięty niezmieszany. Na swych bitach groźny jak Luis Suarez w polu karnym. Rzuca metaforami bez kontroli, a swym flow udowadnia, że może nawinąć pod niemal wszystko. Talent do budowania intrygujących wizji, plastycznych obrazów może zagwarantować palę pierwszeństwa wśród rodzimych wizjonerów.


Pozdro
Krzywa Krooopa

niedziela, 22 marca 2015

„Rap dla 30-latków”.... czyli recenzja Kękę- „Nowe Rzeczy”

Już na samej okładce debiutanckiego LP można było poznać czym są owe, tytułowe „Takie rzeczy”. Bliźniaczo podobny front drugiego legala mógłby zwiastować kontynuację obranej ścieżki. Niektóre rzeczy pozostały: charyzma, unikalny styl, bezkompromisowa nawijka, kipiące z głośników emocje. Coś jednak się zmieniło, po ponad roku od debiutu raper z Radomia powraca. Dojrzalszy, z bardziej dopracowanym materiałem ale nie zepsuty mainstreamem. 
 
Ta analogia ma pewien smaczek. Miejsce winyla zajął najwierniejszy kompan ostatnich miesięcy- majk, zamiast róży serce zagościło, kieliszki zamieniły się biegunem, a i zwinięta kolęda martwych ziomków jest wymowna. Nawet jeśli ta symbolika jest nad wyraz to zmiany u rapera z Radomia słyszane są aż nadto. Przy takim materiale jak „Takie rzeczy” nie dało się przejść obojętnie. Rzecz to charakterystyczna i mocno wyróżniająca się na tle krajowej przeciętności, czego dowodem jest pokrycie złotem. Szybki fame, fala propsów, jak sam przyznał w luźnym traku po premierze pierwszego albumu, wejście na szerokie wody przewróciło życie. Można by się obawiać o formę, bo nie jednej udane wejście zgubiło. Można by się obawiać ale nie w przypadku Kękiego. Po ponad roku, „Nowe rzeczy” przed premierą doczekały się statusu jednej z najbardziej oczekiwanych płyt tego roku, ba nawet kandydata do płyty roku.
Jednej rzeczy oczekiwałem po tym albumie- uwolnienia się od nierozłącznego elementu który towarzyszył na poprzednim albumie- surowości, jakby materiał był nagrywany „za pięć 12-sta”. O ile szorstkie, brudne i nie zawsze czyste flow miało swój unikalny wydźwięk dający wrażeniem żywcem wyrwanego z undergroundu świeżego kota to pośpiech w pisaniu linijek był wyraźnie odnotowany- prawo debiutanta. Już jako zawodnik z określoną pozycją i rzeszą fanów reprezentant Radomia pokazuje, że odrobił lekcję. Nie słychać pośpiechu, wersy są traktowane z rozwagą i wyczuciem. Gdy bit ponagla przyspieszenia wypadają na szkolną „szóstkę”, gdy potrzeba zwolnić forma również się zgadza. Zresztą, ucho do bitów Kękiego nie jest żadną nowością, jak mało kto na naszej scenie reprezentant Prosto potrafi wyciągnąć maksimum z produkcji. Wszelkie dopieszczanie słów, trafne akcentowanie, balansowanie tempa lub nonszalanckie wyrzucanie linijek jak w „W dół kieliszki” pokazują, że syndrom drugiej płyty nie dosięgnął autora „Takich Rzeczy”. Dodając do tego nienaganną formę flow i patent na czerpanie z prostoty tego co najlepsze dostajemy rapera bez spiny, ogarniętego i wiedzącego co chce zrobić z kawałkiem.
Wracając do kwestii prostoty, nie da się ukryć, że w tym rapie jest ona wpisana w DNA. I w żadnym wypadku nie stanowi ona o słabości tej płyty. Często padająca w opiniach teza o braku rymów nijak się ma gdy gospodarz sięga po takie perełki: „Historia uczy na faktach czystych bez polityki. Fakty takie, że od dawna chcą nas ciągle zawłaszczać. Myślę o tym na przykład stawiając znów polskie znaki. Jak ja bardzo się cieszę, że to nie jest grażdanka. Patrz na orła w koronie, mógł być cały czerwony. Jakby w połowie napełnił się krwią traconą przez naszych. Ciągle biały i dumny niech mocniej wbija te szpony. W kościach czuje zapewne niedługo znowu się zgłoszą!”. Słowo perełka nieco gryzie się ze spectrum tego krążka. To właśnie percepcja dojrzałego patrioty stanowi credo „Nowych Rzeczy”. Obyło się bez łatwo nośnych wersów a`la populus, to nie rap na wiec wyborczy, poglądy mocno osobiste, napiętnowane prywatnymi wnioskami i doświadczeniami ale i podparte sprawnym piórem. Rzecz która cieszy, Kęki nie ma ambicji do uprawiania polityki: „Z imieniem Polski umrzeć, swoją śmiercią ją uświęcić. Jestem gotowy na to, moment kiedy wznoszę hasło. Setki gardeł razem ze mną rzuca swą codzienność na bok”. Sporo w tym emocji ale i dojrzałości oddalonej od ułańskiej mitomanii: „Masz na sercu los ojczyzny no to oddaj głos. Takiego wała! Robię swoje, se nie pozwalaj. Politykuj, a ja pisze wersy, trzymam się z dala. Paru myśli coś o ludziach, reszta raczej nie. Twoja partia, banda chuja i ta druga też. Nie ma gadki, na fejsie lajki posty za hajsy. Drobne przysługi, brudne łapy. Oni grają ty tańczysz. Podziękuję, co ja niby z tobą mam. Wyjebane mam na ruskich, to mi mówisz brat”.
Wysoka forma liryczna sięga dużo dalej. Równie dobrze wypadają luźne wersy, gdzie momentami można uleć wrażeniu, że rapuje zupełnie nowy Kękę: „Alkoholicy, bracia, kurwa, chceta to se pijta. Chceta to wracajta rano, czwarta, kierma pusta. Zima, minus, bary, burdy, długi, kurwy, bordo buzia. Zgubione ciuchy, obrzygane buty. Masz numer od tej grubej? Te, alvaro, jesteś ósmy. YOLO, mordeczko, YOLO, życze Ci dużo szczęścia. Byłem poza kontrolo, powodzenia na zakrętach. Czy będę mówił: życie to jest sukinsyn. Gram dla normalnych ludzi, wzloty, doły - cały Kiki”. Zwolnienie tempa także owocuje w dobre linijki: „Mam dosadność, lapidarność, styl ma trafiać zawsze w punkt. Setki książek, lata z alko, studia, meliny, radość, ból. Zapierdalania czasy, odpierdalania czasy. Dzieciństwo z rodzicami, dzieciństwo obok mamy. Ojcostwo na doskoku, ojcostwo z walką o nie. Koleżków mnóstwo z bloków, tylko ja i moje paranoje. Lata samotne, gorzkie noce, mocne przygody, setki wrażeń. Dziś tylko z tobą kotek - deklaruje facet. Każde słowo waży, każde z tych wszystkich haseł. Nie miewam pustych wersów, wiem co robię i wiem co jadę”. I choć forma nawet na moment nie ucieka.
Przyznam, że nie byłem do końca przekonany singlami, a w zasadzie pracą producentów. Na szczęście album zweryfikował obawy. Przeciętny, wręcz dedykowany blokowiskom bit z „Pamięć Zostaje zostaje” już nie bije tak po uszach, chilloutowe „Fajnie”, stadionowy „Młody Polak” z funkującą perkusją, przywołujące skojarzenia z Kendrickowym, nie tylko za sprawą wersów bangerem „W dól kieliszki”, bądź żywiołowe „Zmysły”. Nadające się na soundtrack dla gangsterskich klasyków (gangsterka a`la Praga) dźwięki z „Niezrzeszony” lub singlowe „Wyjebane (Tak mocno)”, było na czym się oprzeć i na czym nawinąć. Osobiście preferuje wolniejsze momenty „Nowych Rzeczy”, gdzie wcześniej wspominane ucho do bitów wychodzi na jaw.
Zanim sprawdziłem cały album wierzyłem, że słowo „sztos” stanie się product placement tej recenzji. Z premedytacją używam go na końcu by nie straciło na mocy. Drugi album to zdecydowanie level up pod każdym względem. Znów bez gości i tak jak na debiutanckim albumie silna i barwna osobowość gospodarza potwierdziła banalną prawdę, że dobre wersy same się obronią. Siłą rapu reprezentanta Radomia nadal jest „swojskość”, której nie zaszkodziły dojrzalsze wersy. Brudne flow, które dzięki swojej określonej specyfiki nigdy nie będzie perfekt traktuje jako wartość dodatnią tego krążka. Jest klimatycznie gdy bit do tego skłania, jest z pompą gdy basy tego wymagają i co najważniejsze są emocje.
W zasadzie jest to album wolny od słabych stron. Być może znajdą się niezadowoleni którym będzie brakować taki bangerów jak „Zostaję” z pierwszego LP. A tendencja do rzucania bez zahamowań wersów kosztem dykcji nigdy nie przekona szerokich mas. W tym rzecz, choć „Nowe Rzeczy” mają w sobie bakcyl uniwersalizmu lecz w głównej mierze to album dla słuchacza dojrzałego, będącego w podobnym etapie życia co gospodarz tego albumu. Podobnie jak debiutancka płyta tak i złoto dla drugiego krążka to jedynie kwestia czasu. W pełni zasłużenie, sztos to za mało. Czapki z głów Panie Piotrze!



Ocena: 9/10
Krzywa Krooopa
Pozdro
 
 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

„Rap okupanci”.... czyli 5 najbardziej obleganych płyt w drugiej dekadzie XXI wieku. Vol. 1

Co słuchacz to inny gust, co słuchacz to zupełnie inna kolekcja na półce. Zakładam, że każdy fan wydaje corocznie swoje ciężko zarobione pieniądze na dziesiątki długo oczekiwanych nowości. Część z nich, szybko po premierze na wiekuiste czasy przykryje kurz. Okrojone grono CD spotyka odmienny los- katowanie na okrągło. Rysy utrudniające czytanie płyty, zjechana okłada daleka od świeżego, specyficznego pobłysku i zapachu nowości. Dziś na blogu królują prywatni „okupanci”. A więc albumy które przez ostatnich 5-lat najczęściej słuchałem. 

Parias- Parias. Jeden z najbardziej niedocenionych albumów ostatnich lat. Kolaboracja weteranów warszawskiej sceny- Włodi, Eldo, Pelson zapowiadała się jako jeden z ważniejszych materiałów XI wieku. W recenzjach przebijające się rozczarowanie, zastrzeżenie do wtórności Eldoki, słabej formy Pelsona, odgrzewanych kotletach tematycznych bądź zbyt przeciętnej warstwy muzycznej sprawiały wrażenie, że projekt „Parias” to niewypał. Dopiero po kilku podejściach w pełni wpadłem w sidła tej płyty. Surowy w warstwie muzycznej jak i tekstowej, w ściśle zamkniętej formie, daleki od mainstreamowych konceptów, ujmując wprost- to materiał dla wybranych. Ok, może żaden z trójki nie jest w życiowej formie, być może kilka rzeczy należało bardziej dopracować. Bądź co bądź, sporo rzeczy wypaliło, brudne flow Włodka idealne pasujące do bitów Szczura, prosta nawijka reszty ekipy skupiona na przemyceniu emocji. Włodi, Eldo, Pelson- kolejność nieprzypadkowa, to album gdzie prym wiedzie właśnie ten pierwszy. I to właśnie Włodi sprawia, że „Pariasi” potrafią intrygować. Dojrzałe wersy, dojrzałych ludzi dla dojrzałego słuchacza. Album wydany w gorącym okresie dla każdego z trójki- beef z Peją, dziś traktowany jest raczej jako epizod w karierze warszawskich legend. Jednak warto raz od czasu wrócić do 2011 roku i Pariasów. 
Rasmentalism- Za młodzi na Herodów. W częstotliwości odtwarzania polskich płyt wydanych w XXI wieku absolutne podium. Na swoje „5 minut” czekali całkiem sporo. I słuchając „Herodów” można poczuć, że presja była jedną z ostatnich rzeczy jaka była obecna w studio. W swojej recenzji użyłem wyrażenia- „team spirit”, które w pełni określało współprace Rasa i Menta. Stylowe bity z klimatycznymi samplami, subtelnymi bębnami potwierdzający czołową pozycję Menta wśród krajowych beatmakerów. Ras pełen świeżości, z flow niebudzącym jakichkolwiek zarzutów, dziecinną łatwością w składaniu wersów, tekstowo zwracający uwagę jak mało kto w ostatnich latach. Bez grama niepewności– KLASYK 
  
Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Pierwszy owoc współpracy jednego z najbardziej zaskakujących duetów w historii polskiego rapu. Wzbudzający mieszanie odczucia przed premierą, po singlach wręcz stawiający pytanie „gdzie ten stary, dobry Sokół?”. Sam w tym projekcie doszukiwałem się nowego otwarcia Nocnego Narratora, wodzonego przez damski wokal w zupełnie nowe rewiry. W rzeczywistości CBP okazała się dominacją warszawskiej ikony. Daleki jestem od marginalizowania roli Marysi Starosty w tym jak i w późniejszym wydawnictwie. Delikatne, klimatycznie, łagodzące liryczne brudy Sokoła partie wokali, bity na najwyższym poziomie. Sam Sokół jak za najlepszej czasów, wciąż potrafiący mocnymi metaforami wbić słuchacza w fotel, mający w sobie sporą dawkę refleksji, storytelling intrygujący jak zawsze. O formie Sokoła na CBP można rozpisywać się do usranej śmierci. Ograniczenie się jedynie do stwierdzenia- bezsprzecznie, absolutna czołówka XXI wieku. A prywatny egzemplarz od częstotliwości użytkowania nie nadaje się do publicznej ekspozycji. 
 W.E.N.A.- Daleki Zbliżenia. Mainstremowy debiut WuDoe który wzbudził niemałe emocje wśród słuchaczy. Wchodzący na dużą scenę z mianem jednego z najbardziej wyjątkowych graczy w podziemiu, z jednym z najlepszych nielegali ostatnich lat. Po agresywnym „Wyższym dobru” pióro jakby złagodniało. Wprawdzie zamiast S.A.L.U.T.U.J. mamy równie kategoryczny manifest- „Podstawowe instrukcje”, a motywem przewodnim są nadal osobiste przeżycia WuDoe to jednak flow straciło na pazurze jak i  same linijki. W opiniach przeważająca łatka „klątwy Aptaun” była nad wyrost. „Dalekie zbliżenia” to materiał na tyle zróżnicowany by każdy znalazł coś dla siebie. Począwszy od emocjonalnych i osobistych tracków jak "Bez uczuć" po dojrzałe i klasyczne "Do dnia w którym". Nawet jeśli to monotonny rap to ma to „coś” 
Paluch- Niebo. Osobiście uznaje „Niebo” za szczyt formy reprezentanta poznańskiego Piątkowa. Będący naturalną konsekwencją obranej na poprzednich albumach drogi. Brudny, bezkompromisowy, uliczny styl, liryczna wena owocująca w mocne linijki, goście ewidentnie punktujący na plus. Mimo wszystko, moc tego albumu opiera się na bitach. To one dodały skrzydeł Paluchowi, których zabrakło chociażby na następnym krążku. O ile „Syntetyczna mafia” wnosiła sporo świeżości to z perspektywy czasu można uznać ją jako preludium do piątej solówki. So`Drumatic czy też Matheo wywindowali Poznaniaka na wyższy level. Tekstowo „Niebo” potrafi intrygować,a w połączeniu z charakterystycznym i wyrazistym flow tworzą rzecz na tyle wyjątkową by wracać do niej co pewien czas.


Krzywa kroopa
PS. Wkrótce recenzja nowego J. Cole oraz Noize From Dust 
 

 

czwartek, 15 stycznia 2015

„Pół żartem, pół serio”.... czyli recenzja: Dwa Sławy- Ludzie sztosy

 
Charles Chaplin mawiał- „Ci, co rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, co każą im płakać”. W naszym ogródku częściej możemy natrafić na tych drugich. Choć łzy są raczej efektem ich przeciętnego poziomu i braku stylu, a nie brutalnej deklasacji konkurencji. Smutne, płaczliwe historie przy uniwersalnych, patetycznych partiach fortepianu z chropowatym flow, jakie to modne. A SWAG? Wyglądający jak sprowadzone „Igły” po kilku liftingach. Na tle tendencyjnego pejzażu Dwa Sławy z miejsca stają się headlinerem rodzimego newschoolu mocno zapatrzonego na Amerykę.
Zaczynają od szczerego wyznania: „Weź to sobie zapamiętaj - robię muzykę, nie performance. Nie chce być jebany pajacykiem na językach jak Air Jordan. Jeśli masz mnie za kabareciarza, a potem za rapera, to ssij wora. Chuj, że lubimy polecieć se w kulki czasem; figloraj. Fani zawiedzeni "Co to za klimat? Gdzie beka? Gdzie pompa?"- to znaczy, że z wiekiem poważnieją? Nic bardziej mylnego. Jakie są Dwa Sławy każdy widzi, a jeśli nie to szybko zauważy. Spora dawka inteligencji, kąśliwej ironii, błyskotliwego humoru, dystansu oraz groteskowego spojrzenia na rap i rzeczywistość. Kolektyw jak Lato-Szarmach lub Batman i Robin ale to za mało. Na swym legalnym debiucie Dwa Sławy chcą nas przekonać, że status- „Ludzie sztosy” to coś więcej niż chwytliwy hashtag. Tym razem „Ludzie sztosy” to „ludzie wspaniali, wyśmienici, zjawiskowi”. A przynajmniej takie było założenie.
Rok temu Rasmentalim i ich „Herodzi”, dziś Dwa Sławy wchodzą w mainstream we właściwym czasie i z właściwym materiałem. „Ludzie sztosy” nie obroniłyby się jeszcze parę lat temu, a i słuchacz nie przyjąłby takiego materiału z entuzjazmem. SWAG zdążył się już przejeść, a trendy z USA stały się na tyle oklepane, że wypunktowanie kserówek można uznać za wprowadzenie standardów BHP na backstage`u. Nie oszukujmy się, branie całymi garściami z rapsów zza wielkiej wody na ślepo, samo w sobie wygląda słabo. Polski Hustler w furze z grubym przebiegiem i porządną dawkę szpachli, w ciuchach od sponsora. I właśnie to najbardziej koli w oczy...
Po debiucie tej ekipy oczekiwałem zamieszania, kilku buńczucznych przechwałek na FB, zaczepek w wywiadach, proposów od połowy sceny, długoterminowego fame`u. Nie da się przejść obojętnie obok takiego albumu. Aluzji rzuconych w stronę kolegów z branży, sarkastycznego ujęcia rap gry czy też po prostu wysokich umiejętności samych zawodników. Momentami można tutaj zatracić granicę, między ironicznym ugryzieniami, a gorzkimi łykami goryczy: „Mój szef jak polski raper rzadko daje wolne. Kurwa, co za debil, ja pierdolę. Chcę dzień na żądanie, czy jakkolwiek ten dzień zwie się. Wypierdalam stąd, tylko jeszcze F5”. Nawet gdy podejmują się drażliwego tematu jak dziedzina hejtingu, to konwencja, forma i treść idą w jednym rzędzie: „I jesteś w centrum wydarzeń; bukkake. Reklama ciastek i oczywiście z dupy. Jak lepię hasz akceptuję politykę cookies. Telezakupy na tym marnuj swój czas”.
Pod względem nawijki to idealna para nie tylko na zdjęciu. Zarówno Rado i Astek zaliczają zwrotkę za zwrotką bez wpadki. Przyspieszenia, wielokrotne rymy, zmienna intonacja głosem do której nie można się przyczepić, flow w równej, wysokiej formie, składanie zwrotek iście mistrzowskie, wyzbyte pustych linijek, bezsensowych metafor bądź nietrafionych zmian tempa, i wreszcie masa hashtagów. Skoro dotarliśmy do tematu „płotka” to można go uznać za orędownika tego albumu. Dwa Sławy powinni wydać podręcznik dla reszty sceny jak posługiwać się tym cennym narzędziem. Niemal z kwiatka na kwiatek, z wersu na wers gama błyskotliwych powiązań: „Taxi, policja, taxi, policja, taxi, policja; walka kogutów. Mówią, że Radek się tu na złe generalnie zmienił. A ja wiem swoje, man, dobrze się zachowałem; #Lenin. Ludzie sztosy, mamy szacun u bliskich. A więc morda szmato; #Całun Turyński”.
Skoro są Sławy, skoro są rapy a`la z USA, skoro są SWAGi to i trap nie może być niespodzianką. Przepych w linijkach, a w warstwie muzycznej nieco ubogo. Rodzinny kolektyw- Marek Dulewicz i Dulewicz junior czyli- DJ Filip postawił na minimalizm. Mainstreamowe brzmienie ameryki lecz wyzbyte przepychu, za to subtelnie przemycające nowoczesne brzmienie. Produkcje wspominanego rodzinnego duetu sprawiają wrażenie, jakby to z premedytacją muzyka miała być jedynie drugorzędnym dodatkiem, który, aż nadto nie odciąga uwagi od głównego performance`u. Całe szczęście to materiał na tyle zróżnicowany by rozruszać głodnych raperów. Typowe newschoolowe „Człowiek sztos”, w stylu T.I. „Ciężki zawód”, zaskakujące końcówką „Hate- watching” lub ciepły sampel w „O sportowcu, któremu nie wyszło”.
W efekcie „Ludzie Sztosy” to kompilacja kandydatów bangera karnawału, a co tam, nawet 2015 roku. Wspólnym numer z Quebonafide, nieco ASAPowy singlowy track „Ciężki zawód”, damsko-męskie „Kobiety sztosy”, konkretne „SMGŁSK”. Wymieniać można dalej. Gdy trzeba, wówczas chilloutowy klimat nieco temperuje zapędy głównych bohaterów.
Być może te groteskowe rozkminianie rzeczywistości długo blokowało fame dla tej niebanalnej ekipy, a słuchacz nie był gotowy by przetrawić jazdy po swoich idolach. Bo „Ludzie sztosy” obok popisów technicznych, dziesiątek hashtagów i w mistrzowski sposób poskładanych zwrotek tak, że mogliby udzielać korepetycji kolegom z branży, dostarczają nam nagiej prawdy o SWAGu w wydaniu polskim. Retoryka tego rapu jest bliska koncepcji komedii starogreckiej. To co może śmieszyć między wierszami zawiera gorzką prawdę. Z pewnością nie jest to klasyczna wersja rap-kabaretu. Prędzej świetnie rozumiejących się wodzirejów, którzy z wrodzonym luzem nie wysilają się by porwać tłum, a chwilami przebijająca się powaga nie brudzi dzieła. Efekt- płyta w pełni autentyczna, której piętno Ameryki nie budzi kompleksów.
Wciąż obecna charakterystyczna doza humoru i prześmiewczego tonu nadal porywa. Przy wysokiej, wręcz miażdżącej formie powalający jak oddech żula nad ranem, tej czysto technicznej jak i lirycznej „Ludzie sztosy” aspirują do roli klasyka, nawet jeśli ten materiał potrzebuje czasu by zostać docenionym. Recenzję nie mogę nie zakończyć stwierdzeniem, że jakby nie patrzeć, póki co- PŁYTA ROKU! S. jak SWAG, s. jak Sztosy, s. jak Sławy!


Ocena: 9/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam 



piątek, 9 stycznia 2015

„2+2=5”... czyli recenzja Hades/Emade/DJ Kebs- „Czasoprzestrzeń”

W zasadzie, ten album mógłby posłużyć jako soundtrack do pierwszego lepszego filmu o bezsensie egzystencji pokolenia współczesnych 20-parolatków bądź służyć jako substytut antydepresantów. Niby nic odkrywczego, system nadal jest zepsuty, rzeczywistość dobija, a przeciętny nastolatek marnuje kolejną godzinę w „internetach” zatracając własne „ja”. Sprawdzanie tego albumu w okresie świątecznym to jak bezalkoholowy weekend- coś sprzecznego z naturą. A jednak ma to sens.
Jeszcze parę tygodni temu umieszczanie nowego wydawnictwa członka HiFi Bany w czubie rocznego podsumowania wydawało się anomalią. Niemal rok po nieudanym albumie RH- i wcześniejszej, równie przeciętnej współpracy z O.S.T.R. nastroje są zupełnie inne. Ten który zdaniem wielu jest już skończony, a jego pozycja w rodzimej rap gdzie to hipokryzja branży powraca . Powtarzana jak mantra klasyka o przehypowanych graczach w tym przypadku wpada w własną pułapkę.
W stylu mainstreamowych MC czyli tendencyjnie- Mroczne zapowiedzi ze wstępu recenzji nieco mydlą oczy. „Czasoprzestrzeń” to nie kolejna pseudo epicka kultywacja wszechobecnego zła, zepsucia popkultury i słabości człowieka. Zresztą, nigdy nie posądzałem Łukasza o takie zapędy. Traktowanie tego albumu jako kontynuacji pierwszego solowego LP byłoby nadużyciem, choć niedaleko pada jabłko od jabłoni tak i w tym przypadku można z miejsca znaleźć masę pokrewieństw: brudne, surowe ale jednocześnie rozbudowane aranże, szorstkie monotonne flow przykuwające uwagę czy też mętna aura zza oknem.
Wyprzedzając fakty- udany powrót Hadesa mógł dojść do skutku jedynie przy bitach z najwyżej półki, przy bitach wpisujących się w brudne, plastyczne wokale, kipiące szarzyzną przeciętnej Polski. Takich które wycisną ostatnie poty z możliwości warszawskiego rapera, z szorstkiego flow uczynią klimatyczny środek przekazu emocji, a wszelkie niedostatki zakryją niepozorne parte basów i bębnów. Właśnie tego brakowało Hadesowi w ostatnim czasie. „Czasoprzestrzeń” to kolejny diament w koronie Emade. 1/2 Tworzywa Sztucznego w ponurych, ciężkich, wolno tętniących podkładach osadzonych w scenerii robotniczych blokowisk dużych miast, błota zmieszanego ze śniegiem i mechaniczności ślepego tłumu w pełni oddaje klimat ostatnich tygodnii. Staranne rzemiosło, gdzie wyrażenie- doskonałe proporcje nabiera na znaczeniu.
Bo jak inaczej określić sekwencje krótkich sampli, proste a jednak chwytające bębny w „Muzyka z brodą”, ciężkie basy w „Dilerzy i dziwki” bądź zupełnie przeciwstawne w nastroju- subtelne gitary z równie lekkim samplem w „Nigdy w życiu”. Gama użytych środków jest na tyle bogata by zapełnić nie jedną dyskografię. Momentami kunszt tych produkcji przewyższa możliwości Hadesa, te wokalne jak i liryczne obniżając rangę albumu z „klasyka” na jedynie lub „aż”- „dobry album”.
Wystawianie wzorowej laurki warszawskiemu producentowi to jedno. Drugie, to kunszt ostatniego z autorów tego projektu. Ustawiony na końcu w tytule choć jego rola na tej płycie jest bezsprzecznie niepodważalna. DJ Kebsa można potraktować jak sędziego na ringu, pilnującego by obaj nie poszli za daleko. Cuty zaskakujące jak ten z „Dziewiećdziesiątki”, bądź liczne scratche ożywiające atmosferę, wszystko we właściwych proporcjach.
Nie bez przyczyny w tytule recenzji zawarłem Orwella. Przed sprawdzeniem tego albumu obawiałem się, że główny współwinowajca będzie próbował mącić, kolejny raz odcinając kupony. Kulejący na poprzednich projektach Hades, na „Czasoprzestrzeni” jakby zyskujący skrzydła.: „Budzę się w nocy na pomoc (hardcor). Idę na balkon ochłonąć. Otwieram oczy widzę na zielono. Jak komandos długopis białą bronią. On tnie gardło, bujaj głową. Już Nie jesteś sobą, jesteś sową, słowo. Lunatycy chodzą po podwórkach. Donnie Darko gdzie twoja pigułka. Moje miasto to dżungla agresja. I dzikie zwierzęta w szczękach twoje żebra”.
Liryczne powstanie z kolan jest niepodważalne. Czego w swej nawijce nie poruszy to sprawdza się, plastyczne obrazy: „Wpadnę w ocean głęboki jak kosmos. Skaczę na głowę z jachtu, gwiazdy wyławiam jak perły. Moje prywatne, ogromne akwarium. Góra, dół, błędnik robi mnie w chuj, dawaj Valium, baby, zanim nerwy zjedzą mój mózg. Koniec imprezki, zbieraj confetti. Kilometry dróg, setki tysięcy. Bagażnik pełny hajsu za rap, chciałbym”, jest dobrze, lekkie metafory i skrupulatnie budowane opisy: „Ikar syn Dedala, ojciec uczył go spadać. Niech złote słońce zawsze na naszych bladych twarzach. Będzie co ma być, wiem ze to żaden hit. FB chce się żyć, enter – nie mów nic” nie ma do czego się przyczepić. Im dłużej trwa spędzony czas z „Czasoprzestrzenią” tym bardziej grudniowy monolog nabiera na smaku.
O ile, toporna, monotonna i prosta nawijka na poprzednich projektach mogła irytować to w tych posępnych produkcjach w pełni się sprawdza. Głos członka HiFi Bandy nigdy nie będzie umożliwiał takiego rozwoju by flow było uniwersalne, przynajmniej na poziomie naszego podwórka. Rzecz w tym, że w swojej dyscyplinie potrafi brylować jak mało kto. „Robo Ty” gdzie bez popisów rzucający jakby z przymusu wersy Hades wręcz wymusza uwagę, w „Nie przestaniemy” gdzie leniwa nawijka świetnie wpisuje się w bit lub w pojedynczych chwilach udane przyspieszenia, przy stricte miejskich, nocnych produkcjach te flow staje się złotym środkiem.
Pogłoski o końcu Hadesa można odłożyć do lamusa. Nie ma tu zaskoczeń ze strony Hadesa, jest za to rap o określonej dacie ważności, nieco przewidywalny ale gwarantujący solidność, skuteczne wykorzystywanie bitu, wyczucie klimatu, „chemię” z DJ i producentem, i ostatecznie-wysoką formę samego gracza. Na „Czasoprzestrzeni” nie spotyka nas żaden, „nowy” Hades, po prostu ten „stary” trafił na właściwą drogę. Ciężki haust życia, odrzucenie różowych okularów, sinusoida emocji ostatecznie zaprowadza w cieplejsze rejony, przynajmniej bit sprawia takie wrażenie.
„Czasoprzestrzeń” traktuje jako imperium młodszego z braci Waglewskich, potwierdzenie klasy DJ Kebsa i w ostateczności- udany powrót samego Hadesa. Wreszcie trafiający na idealnego dla siebie producenta, wreszcie nagrywający rap w zgodzie ze swoimi predyspozycjami. Choć Konsensus idealny- Hades nie przeszkadza Emade. Emade nie stoi na drodze DJ Kebsowi, a DJ Kebs do spółki z Emade skutecznie prowadzi Hadesa. 

 
Ocena: 8/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam

 

piątek, 2 stycznia 2015

Happy New Year!...czyli subiektywne podsumowanie 2014 roku


Tytułem  wstępu. Witamy 2015 roku, mam nadzieje, że lepszym dla polskiego rapu. Dziś podsumowanie tego co działo się na krajowym podwórku i na głównej scenie w USA. 

Płyta roku (Polska)- Włodi- Wszystko z Dymem. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy rok 2014 dał nam jakikolwiek album na miano "klasyka" i czy w połowie drugiej dekady XXI wieku kondycja krajowej sceny jest lepsza niż parę lat temu. Silna Alkopoligamia- Mes, który jednak w moim odczuciu przegrał z Włodkiem ale jednocześnie zajął miejsce na podium, Kuba Knap? Na niego przyjdzie jeszcze czas. Asfalt? Byli solidni i równi, ale i im zabrakło rapera który by dostarczył album roku. Prosto? Sorry, ale Hadesowi przyznaje "zaledwie" pudło. "Wszystko z Dymem"- owoc w pełni dopracowany będąc kwintesencją stylu członka Molesty, a więc mocnej liryki, dojrzałych przemyśleń w otoczce rasowych bitów.  Włodi jak wino, im starszy tym lepszy.
W czubie peletonu pozostali:

2.Ten Typ Mes- Trze`ba było zostać dresiarzem
3.Sarius- Daleko jeszcze?
4. Kuba Knap- Lecę, chwila, spadam
5. PRO8L3M- Art Brut
6. DJ Eprom&Sensi- Boom Bap Bogie
7.Hades/Emade/DJ Kebs- Czasoprzestrzeń
8. Flint- Zła sława
9. Tede- Kurt Rolson
10. Abel- Ostatni Sarmata



Rookie Of The Year- Kuba Knap. WIelu słuchaczy spodziewało się, że to Quebonafie rozjebie 2014 roku. Udanie rozpoczęcie roku w duecie z Eripe lecz na pierwsze LP na legalu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. "Podniebny kot" mimo statusu debiutanta wszedł w mainstream z wielkim przytupem pozostawiając resztę "świeżaków" daleko z tyłu. Już na ostatnim nielegalu ogromny potenchał "następcy Mesa" zwracał uwagę. Charakterystyczne flow, trafne socjologiczne wywody, zmysł do wyborów gustownych bitów, umiejętność porywania słuchaczy. Kogoś ten opis przypomina? "Knap kiedyś fan, dziś mówią spadkobierca. Kiedyś chciałem zdjęcia z tymi trzema. Dziś piję wódę z tymi trzema w ich furze i nadal nie dowierzam".
.Debiutami wartymi odnotowania są ponadto: LJ Karwel- Niepotrzebne skreślić, solówka Abel-Ostatni Sarmata oraz Żyto- Wiry.


Nielegal roku- PRO8L3M- Art Brut. Wybór zupełnie oczywisty. Waszawski duet poszedł krok dalej od ostatniej EP-ki. Projekt oparty niemal wyłącznie na polskich samplach, intrygująca moc rapu Oskara. Od dawna żadne podziemne wydawnictwo nie narobiło takiego szumu. KLASYK


Kolabo roku- VNM, Kuba Knap, W.E.N.A., Kuban- Tour of Year. To kawałek w którym wszystko zagrało na szkolną "szóstkę". Bit- respekt So`Drumatic, i jak nawinął Kuba Knap- nie jeden raper nawet nie wiedziałby jak kiwać do niego głową. Czterech raperów w pełni czujących klimat. Co nie jest przypadkiem, Venom lub Kuba Knap zdążyli już wcześniej udowodnić, że z praca z producentem Prosto Label owocuje w dobre kawałki. Współpraca roku i jednocześnie jedno z lepszych nagrań.


Producent roku- Emade. To był rok dobrych produkcji. DJ Eprom odkurzający oldschoolowym styl, Soulpete wydający rzecz niespotykaną jak dotąd, jednocześnie cholernie dobrą, Sir Mich będąc świadomy nowych trendów i świetnie poruszający się w nowoczesnych brzmieniach, czy też wracający w ostatnich tygodniach Noon do spółki z HV lub Czarny HiFi mocnym akcentem zaznaczyli swoją obecność w polskim rapie A.D.2014. Mało kto potrafi z posępnych, niepozornych dzwięków stworzyć epopeję która rozbudziła skazanego przez wielku na koniec Hadesa. Co prawda, sukces "Czasoprzestrzeni" to nie tylko dzieło jednego z braci Waglewskich ale bez solidnych fundamentów ten projekt legł by w gruzach.
Album producencki roku- Soulpete- Soul Raw. Na temat tego albumu można rozpisywać się godzinami.  Na przekór napisze krótko- pozycja obowiązkowa!


Wtwórnia nr 1.- Alkopoligamia/Asfalt Records. Pierwsze półrocze wskazywało na to, że sotłeczna Alkopoligamia zgarnie palmę pierwszeństwa wśród hiphopowych wytówrni. Mocne pozycje w drugiej części roku jak DJ Eprom&Sensi i Sarius na bitach O.S.T.R. ostatecznie pokazały, że to dwie wytwórnie wiodły prym wśród labeli.


Klip roku (Polska)- Fisz/Emade- Pył feat. Justyna Święs. W tej kwesti nasza rapowa scena się nie popisała. Przytoczone przez Popkiller.pl zestawienie najpopularniejszych teledysków na YouTube rozczarowało. Choć mam świadomość, że YouTube okupują głównie młodsi słuchacze to owe zestawienie okazuje jeden smutny trend- #Gimb_money. "Pył" video promujące ostatni album duetu Fisz/Emade, wyróżniony Yachem za najlepszy polski teledysk będący prostym, a zarazem nurtujący obrazem w pełni oddaje klimat nagrania.


MVP- PRO8L3M. Jak napisałem w swojej recenzji, ten duet to największe zaskoczenie na plus w ostatnich latach. Muzycznie rzecz dla wybranych, mających w Polskiej muzyce utopione sentymenty, emocje bądź lata młodości. Ale i sama muzyka nie wystarczyła by gdyby nie rap. Mało kto spodziewał się, że typ o soczystym flow, momentami skrajnie niewyraźnym zastrzęśnie całą sceną. Oskar ma jedną cechę która wyróżnia wybitnych raperów, a której brakuje tak wielu- haryzmę. Bez promocji, głośnych featów, lokowania produktu w tanich klipach PRO8L3M zawstydził przehypowanych nudziarzy.


Kawałek roku (Polska)- DJ Tuniziano feat. JWP, Warszafski Deszcz, Sir Mich. Klasyk Wu-Tang odświeżony przez czołowego DJ w kraju, z doświadczonymi wyjadaczami. Efektem jest mistrzowski track. Żaden z MC nie zawiódł, a sam kultowy kawałek nabrał świeżości.Tak się robi hip-hop...


Najważniejszy beef- (-) Kategoria którą odpuszczam. W tej dziedzinie na ziemi Polskiej jak i na matczynym terenie hip-hopu było delikatnie mówiąc...słabo.

Zaskoczenie roku- Vixen. Poprzednie wydawnictwa byłego już członka RPS poza przyzwoitym poziomem niczego nie wnosiły. "Loco Tranquilo" to zupełnie nowe otwarcie w karierze i zupełnie nowy Vixen. Pełen wirtuozerii, charyzmy, wyczucia smaku. I oby bardziej szalona część wzięła górę w tym nietuzinkowym alter ego. 


Rozczarowanie- Tau/Ab-Soul. Z całym szacunkiem, w pełni szanuje postać Tau, jego przemianie i chęć ewangelizacji rapu i młodzieży. "Oddaje płytę tym którzy szukają Boga"- ok, tylko zamiast poszukiwań Boga, dojrzałych rozważań na temat egzystencji i relacji ze Stwórcą, mamy do czynienia z intensywnym kazaniem. Nie odmawiam "Remedium" wysokiego poziomu. Dla wielu jest to czołówka roku i trudno odmówić im racji bo i argumenty się poniekąd zgadzają. Muzycznie spójna i porywająca, orygnialnością wręcz kipiąca, a sam gospodarza pokazujący że raperem jest z wysokiej półki. Lecz momentami zahaczające o taniość wnioski, wyświechtane hasła bądź po prostu słabsze wersy jak o antyglobaliście w Nike obniżają rangę tego wydawnictwa. Szkoda, bo przy odejściu od bycia bardziej Papieskim od Papieża Tau mógłby roznieść scenę.

Ab-Soul- od pierwszego zetknięcia się z reprezentantem Black Hippy miałem przekonanie, że w rap grze pozostawi swój ślad jak mało kto. O "These Days..." co prawda można napisać sporo pozytywnych rzeczy lecz przy potencjale członka TDE to i tak za mało. Nie do końca sprawdziła się koncepcja albumu podobnie jak i sam gospodarz monotonnie wodzący. Mimo wszystko, nadal widzę w tym typie szansę na lepsze czasy dla brudnego, stylowego rapu.


Powrót-Noon. Zaraz, zaraz jaki powrót? A tak, kilka lat Noon trzymał się na uboczu, powrót być może nie przyniósł albumu wybitnego lecz pokazał, że nie bez przyczyny byłego członka składu Grammatik uznajemy za legendę sceny. 


Klip roku (USA)-  Schoolboy Q- Break The Bank. Klipy w mainstreamie zza Wielką Wodą opanowała epidemia. Dupy, dupy, dupy i jeszcze raz dupy wszędzie. Ok, kobiece pośladki były obecne w teledyskach nie od wczoraj lecz takiego nawału damskich "zderzaków" jeszcze nie grali. Między innymi dzięki tylnej części ciała Nicki Minaj może zawdzięczać sukces w 2014 roku. Klipem roku w prywatnym zestawieniu zostaje gruby sztos- "Break The Bank". Oxymoron nie do końca przekonał, o czym świadczą recenzję w USA, jednak osobiście widzę ten krążek w czołówce roku. Video z córką Quincy`ego zrealizowany w rodzinnym L.A. szybko zachęca do ponownego sprawdzenia.


Album roku (Świat)- Big K.R.I.T.- Cadillictica. Rap w USA roku 2014 do szczególnie udanych zaliczyć nie może lecz kilka dobrych albumów mainstreamowi amerykańskiego odmówić nie można. Run The Jewels2, Schoolboy Q, J.Cole, powrót w dobrym stylu weteranów czyli A Better Tomorrow ekipy Wu-Tang Clan lub w niezłym stylu potwiedzający duży potencjał Fabolous.Dlaczego akurat Cadillictica? W prywatnym rankingu minimalnie wyprzedziła RTJ2. Na nowym legalu gracza z Missisipi nie ma słabych momentów. Flow wbijające w fotel, tekstowo intrygująca, muzycznie wprowadzająca w klimat. To jeden z tych albumów co okupuje przez długie tygodnie odtwarzacz.Z czystym sumieniem- KLASYK.


Hot16 Challenge-Kękę. Nie przekonała mnie taka "forma" rapu. Ale wolę raperów wrzucajacych swoje często wymuszone, nieogarnięte i mało orygnialne 16tki niż polewających się zimną wodą. Miano "Króla" gorących szesnastek przyznaje reprezentantowi Radomia- Kękę. Jako jeden z niewielu podszedł do tematu na luzie i bez spiny w zgodzie ze swoją prostą aczkolwiek charakterystyczną nawijką potwierdził wysoką formę z ostatnich miesięcy- obecność na Kodex V bądź kilka świetnych featów. Warto czekać na marzec i drugi legal dla Prosto.
Na podium również widzę- Tede`go i Sariusa.
 


Kawałek roku (USA)- Big K.R.I.T.- Cadillictia. Przypominam, to ranking subiektywny więc pewnie niewiele osób zgodzi się z moimi wyborami. Tytułowe nagranie z ostatniego LP Big K.R.I.T.`a  to kwintesencja stylu 28-letniego rapera z Missisipi. Nienaganna technika, świetne przyspieszenia, lirycznie wybijający się przed szereg, refrem na długo wpadający do głowy. "Replay" w ciągłym użyciu.
Również Yelawolf z kawałkiem "Till It`s gone" zasługuje na pochwały.


MVP (USA)- J.Cole. Pochwały o albumie roku okazały się być nad wyraz. Od urodzonego we Frankfurcie rapera lepsze albumy wydali wcześniej wspominani Big K.R.I.T. oraz RTJ. "2014 Forest Hills Drive" pozostawia po sobie niedosyt, a zarazem pokazującym progres i że obrana droga okazała się właściwa. 


Mixtape roku (USA)- (-). Lepiej przemilczeć, tzn. ominąć tą kategorie. 

Producent roku (USA)- Statik Selektah. Wybór mocno subiektywny. Co prawda, z łatwością można znaleźć grono beatmeakerów o których było głośniej. W tych stricte eastcoastowych beatach można znaleźć wszystko to co najlepsze w rapie z NY. Nic dziwnego że debiut Joey Bada$$`a budzi takie emocje.


Debiut USA- YG. Nie jest to mój faworyt. I pewnie nigdy nie będzie. Wybór mocno naciągnięty. Konkurencji w zasadzie brak. Ale to nie powód do dumy...




Skoro nowy rok to i czas na życzenia noworoczne. Życzył bym sobie wszystkim którzy w tej kulturze tkwią by rap w wydaniu Polskim jak i globalnym był lepszy niż ten z ostatnich 12 miesięcy, by przybyło Nam kilka klasyków, grubych sztosów, beefy były oparte na argumentach i dalekie od fochów a`la gimbus, na scenie było mniej kserówek, a wykonawcy nie kopiowali wszystkiego na ślepo. Czego można się spodziewać po 2015 roku? Joey Bada$$ w pierwszej połowie roku narobi wielkiego szumu, a K.Dot będzie najgłośniejszą ksywką sprawiając ból głowy wielu osobom. Na naszym "podwórku" mam wielkie oczekiwania co do nowy wydawnictw Rasmentalim, Dwa Sławy, Kękę, kolejnej solówki TDF-a, legalnego debiutu Quebonafide. "Życie depcze wyobraźnie" więc tak dobrze zapewne nie będzie. Mimo wszystko kozackiego rapu A.D. 2015! 

Krzywa Kroopa

Pozdrawiam