Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasmentalism. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasmentalism. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Open Bar...... czyli recenzja Rasmentalism- Wyszli coś zjeść

Dekadę temu hip-hop wyglądał inaczej. "College Dropout" tętniło żywiołowością i autentyczną zajawką daleką od narcystycznej lanserki, OutKast brzmiał szalenie jak stylówki Andre 3000, a Cee Lo-Green.. no cóż, jego czas nie rusza. To właśnie ten etap w historii rapu okiełznał dwóch typów ze wschodu Polski. Kolebka to iście zacna, oparta na mocnych fundamentach, pełna żywych monumentów, której żadna moda nie zabije i żaden raper nie strawi. Nie strawi również drugi album Rasmentalism który wyciąga wszystko co najlepsze w tej konwencji, jednocześnie udowadniając, że świetny debiut nie był wypadkiem przy pracy, a naturalną konsekwencją.
Po debiutanckich "Herodach" obsypywani laurami, tarzający się w propsach, okupujący trasy koncertowe niczym mityczna czwórka z Liverpoolu, wolni od hateów jak mało kto. Ten błogi stan mógł rozleniwić, bo trudno było się oprzeć wrażeniu, że scena wpadła w sidła tej dwójki dobrowolnie abdykując koronę, a otwieranie nowo powstałych mostów i nadawanie nazw ulic nazwiskami dwóch gości którzy wyszli coś zjeść jest kwestią czasu. Wpychani na siłę w ramiona syndromu "drugiej płyty" po raz kolejny wykazali się przebiegłością a`la wytrawny kieszonkowiec. Już po pierwszych singlach można było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że A- obawy Ras`a z "Ładnego życia" o poróżnieniu i spornej naturze mamony okazały się bezpodstawne, B- obniżeniu lotów nad Zamościem nie było i długo nie będzie.
Progres w formie Ras`a wita Nas u progu: "Pytają pod nosem czy Arek się zmienił? Jak w nowej furze wiozę stare problemy. Po najgorszym mam najlepszy rok w życiu. Boję się chujowej płyty, czuję wzrok typów. Ale spoko, nie wyplułem jeszcze ton syfu". Nie tyle same linijki, a gładkie poruszanie po bicie urzeka od początku. Ta lekkość w wbijaniu ironicznych szpilek: "Sprawdziłem zwykłe życie jak Hetman dno. Co? To nie dla mnie, wystarczy, że miasto w tym tonie dla mnie. W dobrym tonie były drogie restauracje. Takie nazwy w karcie, że jadę po niej palcem", ta zdolność w subtelne wtapianie emocji budzące niewymuszoną empatię, to nie rzecz nabyta, a jedynie podszlifowana, tak dobitnie obecna na tym albumie.
Błyszcząca już na "Herodach" czystość flow nawet nie dające powodu do podważania formy oscyluje wokół czołówki krajowej. Lekkość w rzucaniu rymów, z finezją budowane zmiany tempa, błyskotliwe przyspieszenia, gra na rymach, aż prosi się o więcej. Idące w zgodzie z wokalnym rzemiosłem sprawne pióro równie nurtuje: "Nawet nasze blanty palą się ze wstydu. Kto prowadzi moje życie kiedy siedzę z tyłu. Jak możesz zazdrościć hajsu jeśli nie wiesz co chcesz kupić. Czy chcesz co raz starszych dzieci czy co raz młodszej dupy? I tak wszyscy tracą czas tu. Szukają zatrudnienia z piracka mapą skarbów. Z miną jakbyś płacił za pięć gramów majeranku". Wchodząc na bardziej uniwersalny grunt nie dosięga Nas kazndzoiejski ton, ale gdy do głosu dochodzi prywata, gospodarz nie oszczędza sam siebie: "Pali mnie spotlight, po co chciałem światła? Kto mi to nagrał? Jestem Michael Douglas. Brudne flow, czyste ciuchy, wolny umysł, szybkie ruchy. Sprzedaję emocje, nikt ich nie kupi, muszę być tym, który nic nie musi. Wkręcam w banie tylko to, co przegrałem, nigdy to, co rzeczywiście mam. Po pierwsze to ja, po trzecie to szczęście, po drugie zaraz wymyślę- ja".
W zasadzie każde oblicze Rasa zyskało na wartości jak poczucie luzu lub ironicznej autorefleksji: "Milion dobrych wersów rzucam jak frisbee. Nie dbam o nie i w co to trafi. Tysiąc biletów, ale wiem, po co przyszli. Jebnąć sobie fotę z nami". Choć nic tak nie urzeka jak osobiste wędrówki: "Jak coś źle wymawiam - chyba nie byłeś przy nas tam. W sumie jakbyś był, czemu miałbyś przy nas stać. Patrzyli krzywo jak my na tych z prywatnych szkół Czy jak się najesz wstydu, to zaspokoisz jakiś głód? Karmiły nas marzenia, teraz widzę jak każdy schudł. W tych narracjach z łatwością można zatonąć, jest dojrzale, daleko od naciąganej martyrologii, którą notabene wykpił w "Nie jestem raperem".
Nie lada sztukę wykonali chłopaki z Rasmentalism. Z jednej strony emanując świeżością, z drugiej wykonując krok wstecz do czasów gdy sami jeszcze byli uczniami koledżu. Gdy parę lat temu na "Dolerean" sample z "Jesus Walk" nieśmiało przebijały się z pod wersów o pierwszej miłości do rapu można było brać garściami ten vibe. Od "Hotelu Trzygwiazdkowego" Ment skrupulatnie uzupełniał wachlarz swych umiejętności, odrabiając lekcję po lekcji. Tak obficie jeszcze nigdy nie było. Torpedowanie bębnami, upychanie perkusji tam gdzie tylko się da, samplowanie wokalami, flirtowanie z syntezatorami, zabawa z poziomami. Z pewnością druga część Rasmentalism nie zna umiaru. O monotonni również mowy nie ma, maltretujące tempem "System interwałów" lekko łechcący o The Streets, "Nocny" z wielkomiejskim anturażem pod który mógłby nawinąć Wiz Khalifa do spółki z Curren$y. Jednak prawdziwe apogeum ujawnia się gdy brak kontroli dochodzi do głosu. Przy pełnym akompaniamencie chóru gospel wodzącego z przymrożeniem oka w "Nie jestem raperem", ciepłe sample w "Nie jest tak"- mamy wszystko co fabryka dała.
Zupełnie przekonuje mnie Ment w tym wydaniu. Te wszystkie rytmiczne partię, zmienna dynamika, wielogłosowe wstawki, zestawione z subtelną elektroniką przypominającą, że to rok 2015 i już drugie LP na koncie. Być może wyrafinowanie Menta wychodzi momentami na jaw, maltretowanie w końcówkach utworów, jakby ten ład i gładkie produkcje miały drobne rysy. Mimo wszystko ten sam Ment daje tyle przyjemności podczas odsłuchu, że ciężko nie oddać mu respektu. Bo "Wyszli coś zjeść" nie traci na rutynie, wręcz przeciwnie. Bogactwo dźwięków dowodzi, że łańcuch na szyi z okładki (co prawda Rasa) jest zasadny.
Zasadne jest również konsumowanie tej płyty w całości. Brak słabszych numerów ale i wtórnych. Z drugiej strony, jest to materiał zróżnicowany, pozwalający złapać wytchnienie by później znów wpaść w dziki bieg. Wprawdzie zapowiedź szefa Asfalt Records o tym, że najlepsze kawałki nie należały do singli jest dyskusyjna. Forma gości jest co najmniej zadowalająca, nie zakrywa popisów gospodarz ale i nie powoduje obniżenia poziomu jak chociażby charakterystyczne dla Dwóch Sław wersy lub przyjemny dla ucha refren od Klaudii Szafrańskiej. 
Gdy w mainstream wchodzi się z albumem niemal perfekcyjnym, szybko okrzykniętym mianem "Klasyka" przez duże "K" to każdy słabszy ruch jest podkreślany do wielokrotnych rozmiarów, a zachowanie wcześniejszej pozycji jest uznawane za porażkę. Gdzieś po środku zawiśnie ten album. Bez kropki nad "i" tracący przy zetknięciu z poprzednikiem bądź momentami nieco przekombinowany. Nawet jeśli ten ostatni argument najbardziej trafia w sedno to chłopaki z Rasmentalism pracą frycowe za wcześniejszej sięgnięcie piedestału. Dobitnie udowadniający swoją pozycję na scenie Ras brzmi jeszcze lepiej niż na debiutanckim albumie. Metafory wypuszczane jakby mimowolnie, flow najwyżej jakości, wyzbyte sztampowych patentów pomysły na rap. Chemia między raperem a beatmakerem charakterystyczna dla tej dwójki potwierdza fakt, że mamy do czynienia z najlepszy klasycznym duetem na krajowej scenie od lat. A mając ochotę na apetyczną porcję colllege dropout nie będę sięgał po nieco przykurzony debiut Kanye Westa lecz świeży, pełnokrwisty, po prostu dobry rap od dwóch gości którzy wyszli coś zjeść.

Ocena: 9/10
Krzywa krooopa
Pozdro

"Wyszli coś zjeść" dostępne na Preorder.pl

poniedziałek, 30 marca 2015

Ma swój Lewiatan..... czyli recenzja Quebonafide- Ezoteryka/Erotyka

Ze świecą szukać drugiego takiego gracza który wywołuje podobne zamieszanie. Featy szeroko komentowane, akcja z frazą roku „to nie jest hip-hop”, jawny zamach stanu na płytę roku w postaci sześciu klipów w kilka godzin. Ten raper jeszcze przed legalnym debiutem zatrząsł sceną. Z przylepioną łatką rapera dla gimbazy (daj Boże by te gimby skumały wszystkie podjazdy Que) i pędem do nawijania jakby miał się zaraz skończyć świat musi się czuć jak ser mascarpone w tiramisu- sami to rozkmincie..
Lud go wybrał. Grzmią komentarze, wszelkie rankingi podsumowujące poprzedni rok. Jakakolwiek obecność Que na bicie w ostatnich miesiącach była jak objawienie duchowe. Niemal zawsze wrzucana do worka o randze „BREAKING”, wzbudzająca emocje i dzieląca środowisko. Przypisując sobie monopol na uwagę jak Russell Westbrook w świetlne LeBrona Jamesa, Que w krótkim czasie zbudował sobie „małe Imperium” które nawet nie śniło się niejednemu weteranowi. W tej całej Quebomanii trudno nie odnaleźć charakterystycznego symptomu. Opus Dei dla sceny, która w symboliczny sposób w przyszłości wyklnie swego inkwizytora? Kilka ksywek przez lata musiało doznawać piętna krzewiciela nowych trendów. Coś podobnego doświadcza obecnie Rasmentalism po singlu „Nie jestem raperem”. I jestem skłonny zaryzykować, że podobny scenariusz może dopaść „Ezoterykę” i jej autora...
Podobieństw jest kilka. Podejście do rapu wychodzące poza przeciętną krajową sceny i sorry za truizm- powinność rodaków do ściągania w dół tych co tronu zasmakowali. W realiach hip-hopu A.D. 2015 gdzie Rap Genius zastępuje samodzielne myślenie słuchacza, a raperzy częściej posługują się hashtagami na Instagramie, starannym dobieraniem metek i uprawianiem Szwajcarii na FB niż bawieniem się wołowiną ten rap się broni. A sama „Ezoteryka” wskazuje na właśnie proporcje między skillsami a popularnymi trendami.
Być może odbiór legalnego debiutu Quebonafide byłby jeszcze bardziej przyjemny gdyby nieznajomość ze znaczną częścią materiału na kilka tygodni przed premierą. Na świeżości co prawda ten materiał nie traci lecz jakby wyciąga na światło dzienne pewien schemat w rzemiośle Que: posługiwanie się słowem „jak” na potęgę, które z czasem zaczyna bić po uszach, chwilami ciągnięcie metafor na siłę, budowanie górnolotnych wersów kiedy wypadałoby w prostej formie pojechać. Daleki jestem od określenia nawijki na Ezoteryce mianem przewidywalnej, bo jak mało kto na polskiej scenie potrafi utrzymać szczytową dyspozycję flow przez cały numer. Są kawałki gdzie gospodarz nie żałuje polotu i bez kontroli wyrzuca wersy: „Nie ma emocji, nie ma rapu, nie mam dość. Jest rap, odczuwam lęk, żal, złość. Samozachwyt, dlaczego jeszcze nie podzielasz? Mój ziomek obrócił się w proch, mamy do czego strzelać”. Z wokalną czystością dziewicy z miejsca można go wpisać do czołówki najczystszych wokali w branży, z prędkością TGV prześcigający topornych nawijaczy o randze PKP. Warsztat na tyle bogaty, że grzechem było by zepsucie tego materiału.
Nie da się ukryć, że bragga to najsilniejsza broń Quebonafide nie od dziś. Wersy nie są nadąsane, dalekie od Ułańskich przechwałek, sprawiające wrażenie jakby przychodziły raperowi z Ciechanowa z wielką łatwością: „Poznasz mnie po ciuchach, ruchach. Jak na PS Move Stalker, mam korzenie pod ziemią. Tu gdzie sukces ma wiele imion. Czasem mu powiem na "ty" przez zapomnienie; wóda. W imię czego znowu pęka ten Smirnoff. Chyba pora na przedstawienie; Kuba, Crossing over, nowe stillo, robię to, poza tym hołduję zmianom. Chcą mi wchodzić z butami w moje. Tylko teraz Valentino i Ferragamo. Pierdolę modę, nagrywam wave za wavem, co się ze mną stało? W szafie nie mam miejsca na więcej i nie wiem. Bez zarzucenia mam na bani to samo parano”. Ta zabawa słowem ma w sobie coś wyjątkowego, żonglowanie różnorakimi inspiracjami lub dla smakoszy tematu sprytnie przemycone punche mogą cieszyć: „Wpadłem tutaj zrobić sajgon, nie myl z Carenardem. Mam straszną frajdę, mój psycho-fanbase działa jak Hiden” lub udane metafory: „Scena jest świeża, ja umieram z głodu. Nawet nie chce mi się otwierać cudzysłowu. Nawet nie chce mi się otwierać cudzysłowu. Bo zjadam ich jak, yyy, czy jest opcja na dowóz?”.
„Ezoteryka” jak i „Erotyka” to taki materiał gdzie miszmasz braggi, skillsów i głodnej natury MC przenika się nawzajem. Dla wyznawców rapu z przekazem ten album może być toksycznym ukąszeniem. Momentami bardziej „poważne” linijki subtelnie wypływają na wierzch pozwalając na lepsze poznanie rapera który mimochodem sprawnie kamufluje się na bicie: „Żadnych problemów, depresji przy gniewie. Chyba, że odpalam C30-C39. Żyje zwiewnie, tylko dzisiaj i tu. Już nie wiem czy to Epikur czy filozofia Misia Baloo. Zawijam parę monet i dzionek witam jak król”.
Sporo w tym wszystkim finezji, błyskotliwego poruszania się po bicie bądź po prostu właściwych wyborów muzycznych. To, że gospodarz „Ezoteryki” nie przebiera w środkach jest w sporej części zasługą producentów. Zarówno album i mixtape trzymają równy poziom, zaskakująca jak na warsztat produkcja od Soulpete, agresywne newschoolowe bity od Chris`a Carsona to zaledwie przedsmak. Szeroka paleta świeżego brzmienia od petardy Matheo po równie mocny sztos od Lanka w „Jackass” aspirujący do tytułu bangera roku, nisko zawieszonej delikatnie elektroniki i z żywiołowymi bębnami od Bob Air`a w „Vanilla Sky”, mroczne „Kryie Eleison” od ka-metal w której prostota procentuje lub osadzona w na lekkich bębnach produkcja od Essex`a.
W zasadzie Erotykę traktuje jako odrzut Ezoteryki, udany, zupełnie przyjemny z kilkoma bangerami jak „Sukces” lub „Jackass” ale jednak odrzut. Ezoteryka broni się sama, długo oczekiwany album, zapowiadany na debiut roku nie zawiódł. Co raz częściej pojawiające się głosy o końcu rapera z Ciechanowa jeszcze przed pierwszym LP można wyrzucić do kosza. „Ezoteryka” dowodzi, że hype na Quebonafide nie jest jedynie chwilową modą. Jak mało kto na naszej scenie potrafi sprawnie poruszać się po bicie, bragga nie brzmi topornie, a łatwość z jaką operuje flow musi zwracać uwagę. Nawet ciągotki do popowych refrenów jak ten w „Ile mogłem?” stają się znośne, a grube bangery jak „VooDoo” rekompensują zbyt górnolotne momentami wersy.
Zapewne znajdą się osoby które na samych pochwałach zakończą swoją przygodę z legalnym debiutem Que. Nad kilkom elementami jednak należało by popracować. Przesyt i szybka nawijka nie zawsze się sprawdza- patrz gościnna zwrotka Rasa kradnąca uwagę w wspólnym kawałku, czy też wcześniej wspominana schematyczność może z czasem obniżyć notowania „Ezoteryki”. Jak na debiutancki materiał nie ma co wybrzydzać, „Ezoteryka” nieokazała się mistyfikacją zdolnego rapera lecz udanym wejściem w mainstream jednego z najciekawszych raperów ostatniej dekady. I choć nie jest to rap po który bym sięgał mimowolnie to intrygująca moc Quebonafide okazała się zaraźliwa.  A to dopiero początek.


Ocena- Ezoteryka: 8,5/10
Ocena- Erotyka: 7/10
Pozdro
Krzywa krooopa



Album dostępny na preorder.pl

 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

„Rap okupanci”.... czyli 5 najbardziej obleganych płyt w drugiej dekadzie XXI wieku. Vol. 1

Co słuchacz to inny gust, co słuchacz to zupełnie inna kolekcja na półce. Zakładam, że każdy fan wydaje corocznie swoje ciężko zarobione pieniądze na dziesiątki długo oczekiwanych nowości. Część z nich, szybko po premierze na wiekuiste czasy przykryje kurz. Okrojone grono CD spotyka odmienny los- katowanie na okrągło. Rysy utrudniające czytanie płyty, zjechana okłada daleka od świeżego, specyficznego pobłysku i zapachu nowości. Dziś na blogu królują prywatni „okupanci”. A więc albumy które przez ostatnich 5-lat najczęściej słuchałem. 

Parias- Parias. Jeden z najbardziej niedocenionych albumów ostatnich lat. Kolaboracja weteranów warszawskiej sceny- Włodi, Eldo, Pelson zapowiadała się jako jeden z ważniejszych materiałów XI wieku. W recenzjach przebijające się rozczarowanie, zastrzeżenie do wtórności Eldoki, słabej formy Pelsona, odgrzewanych kotletach tematycznych bądź zbyt przeciętnej warstwy muzycznej sprawiały wrażenie, że projekt „Parias” to niewypał. Dopiero po kilku podejściach w pełni wpadłem w sidła tej płyty. Surowy w warstwie muzycznej jak i tekstowej, w ściśle zamkniętej formie, daleki od mainstreamowych konceptów, ujmując wprost- to materiał dla wybranych. Ok, może żaden z trójki nie jest w życiowej formie, być może kilka rzeczy należało bardziej dopracować. Bądź co bądź, sporo rzeczy wypaliło, brudne flow Włodka idealne pasujące do bitów Szczura, prosta nawijka reszty ekipy skupiona na przemyceniu emocji. Włodi, Eldo, Pelson- kolejność nieprzypadkowa, to album gdzie prym wiedzie właśnie ten pierwszy. I to właśnie Włodi sprawia, że „Pariasi” potrafią intrygować. Dojrzałe wersy, dojrzałych ludzi dla dojrzałego słuchacza. Album wydany w gorącym okresie dla każdego z trójki- beef z Peją, dziś traktowany jest raczej jako epizod w karierze warszawskich legend. Jednak warto raz od czasu wrócić do 2011 roku i Pariasów. 
Rasmentalism- Za młodzi na Herodów. W częstotliwości odtwarzania polskich płyt wydanych w XXI wieku absolutne podium. Na swoje „5 minut” czekali całkiem sporo. I słuchając „Herodów” można poczuć, że presja była jedną z ostatnich rzeczy jaka była obecna w studio. W swojej recenzji użyłem wyrażenia- „team spirit”, które w pełni określało współprace Rasa i Menta. Stylowe bity z klimatycznymi samplami, subtelnymi bębnami potwierdzający czołową pozycję Menta wśród krajowych beatmakerów. Ras pełen świeżości, z flow niebudzącym jakichkolwiek zarzutów, dziecinną łatwością w składaniu wersów, tekstowo zwracający uwagę jak mało kto w ostatnich latach. Bez grama niepewności– KLASYK 
  
Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Pierwszy owoc współpracy jednego z najbardziej zaskakujących duetów w historii polskiego rapu. Wzbudzający mieszanie odczucia przed premierą, po singlach wręcz stawiający pytanie „gdzie ten stary, dobry Sokół?”. Sam w tym projekcie doszukiwałem się nowego otwarcia Nocnego Narratora, wodzonego przez damski wokal w zupełnie nowe rewiry. W rzeczywistości CBP okazała się dominacją warszawskiej ikony. Daleki jestem od marginalizowania roli Marysi Starosty w tym jak i w późniejszym wydawnictwie. Delikatne, klimatycznie, łagodzące liryczne brudy Sokoła partie wokali, bity na najwyższym poziomie. Sam Sokół jak za najlepszej czasów, wciąż potrafiący mocnymi metaforami wbić słuchacza w fotel, mający w sobie sporą dawkę refleksji, storytelling intrygujący jak zawsze. O formie Sokoła na CBP można rozpisywać się do usranej śmierci. Ograniczenie się jedynie do stwierdzenia- bezsprzecznie, absolutna czołówka XXI wieku. A prywatny egzemplarz od częstotliwości użytkowania nie nadaje się do publicznej ekspozycji. 
 W.E.N.A.- Daleki Zbliżenia. Mainstremowy debiut WuDoe który wzbudził niemałe emocje wśród słuchaczy. Wchodzący na dużą scenę z mianem jednego z najbardziej wyjątkowych graczy w podziemiu, z jednym z najlepszych nielegali ostatnich lat. Po agresywnym „Wyższym dobru” pióro jakby złagodniało. Wprawdzie zamiast S.A.L.U.T.U.J. mamy równie kategoryczny manifest- „Podstawowe instrukcje”, a motywem przewodnim są nadal osobiste przeżycia WuDoe to jednak flow straciło na pazurze jak i  same linijki. W opiniach przeważająca łatka „klątwy Aptaun” była nad wyrost. „Dalekie zbliżenia” to materiał na tyle zróżnicowany by każdy znalazł coś dla siebie. Począwszy od emocjonalnych i osobistych tracków jak "Bez uczuć" po dojrzałe i klasyczne "Do dnia w którym". Nawet jeśli to monotonny rap to ma to „coś” 
Paluch- Niebo. Osobiście uznaje „Niebo” za szczyt formy reprezentanta poznańskiego Piątkowa. Będący naturalną konsekwencją obranej na poprzednich albumach drogi. Brudny, bezkompromisowy, uliczny styl, liryczna wena owocująca w mocne linijki, goście ewidentnie punktujący na plus. Mimo wszystko, moc tego albumu opiera się na bitach. To one dodały skrzydeł Paluchowi, których zabrakło chociażby na następnym krążku. O ile „Syntetyczna mafia” wnosiła sporo świeżości to z perspektywy czasu można uznać ją jako preludium do piątej solówki. So`Drumatic czy też Matheo wywindowali Poznaniaka na wyższy level. Tekstowo „Niebo” potrafi intrygować,a w połączeniu z charakterystycznym i wyrazistym flow tworzą rzecz na tyle wyjątkową by wracać do niej co pewien czas.


Krzywa kroopa
PS. Wkrótce recenzja nowego J. Cole oraz Noize From Dust 
 

 

czwartek, 3 lipca 2014

Sound of summer..... czyli subiektywny przegląd wakacyjnych kawałków #2

Początek wakacji wygląda jak reprezentacja Brazylii na Mundialu. Początek może i był przyjemny, słońce gdzieś wyszło jednak jak u Canarinhos- im dalej, tym gorzej to wygląda. Co prawda dzisiejsze niebo było łaskawe w ciepłe promienie słońca. Jednak z pogodą w tej części Europy jest jak z Jackiem Gmochem, nigdy nie wiadomo co wypadnie...
W dzisiejszej, drugiej części wakacyjnych dźwięków będzie podobnie jak u Pana Jacka, trochę bujania, trochę wariactwa...

Cypress Hill- Whats` Your Number. Banger który w 2004 roku leciał wszędzie. Garść rytmów latino (daleka od shitu jakie serwuje marny Pitbull) przemycona w beatcie plus chwytliwy tekst. Na lato pozycja obowiązkowa! 
 
Bolec- Żeby było miło. „Spoko spoko, teraz w górze Maroko” a na beatcie polski chłopaczyna żywcem wyjęty z lat 90-tych. Ś.P. Bolec stworzył klimat który nawet po latach ma swój smak i może zarazić kolejne pokolenie słuchaczy. 

OutKast – Southernplayalisticadillacmuzik. „bez narkotyków by mieć czysty sygnał”- warto sięgnąć po to hasło podczas wakacyjnych akcji. Warto również odpalać wydawnictwa szalonego duetu z Atlanty. 


Proceente feat. Łysonżi- Wakacje bez endu. Jak sam tytuł wskazuje kawałek przeznaczony do wakacyjnych odsłuchów. Zapewne każdy w tekście znajdzie coś dla siebie, a wakacyjny stan wybije każdego doła: „Lenię się przy basenie, czytam listy Mrożka z Lemem, czuję się najlepiej. Nic nie muszę, mam słowiańską duszę...”


Kanye West feat. Lupe Fiasco- Touch the Sky. Energetyczny beat, flow pełne świeżości.... Kanyeu z początków XXI wieku łatwo uwierzyć... 
 

PCP – Globtroter. Skoro wakacje to i podróże. Orient na beacie, wytrawni „melanżowicy”, PKP, turystyka i te sprawy. Klimat nie do podrobienia! 
 

Snoop Dogg- Gin and Juice. Leniwy, letni czas bez G-funku? Lipa. Doggy jeszcze bez komercyjnego zepsucia za to z lekkością bycia. Sezon na Doggystyle trwa w najlepsze! 
 

50 Cent – Pilot. Świeżynka. Sam track daleki do mistrzostwa świata ale po kilku piwach zyskuje na wartości! Prawdopodobnie wkrótce recenzja Animal Ambition. 
 

Ludacris feat. Shawana- What`s Your Fantasy. Po raz drugi w subiektywnym letnim przeglądzie MC z Atlanty. Tym razem z kawałkiem „What`s Your Fantasy”. I tym razem wkręca się na długo.

Chris Brown – Run It! No dobra, nie lubię gościa. Ale kawałek sam w sobie całkiem niezły, w szczególności przy słonecznej aurze. 
 
Tech N9ne- Dont` tweet this. Techniczny nokaut. Podziemny krąg ma jedną zasadę: ani słowa o nim. Także w tym tracku mamy zakaz chwalenia się na mediach społecznych o melanżowych wyskokach. Zero „ćwierkania” na twitterze, zero Facebooka. Dla hipsterki rzecz nie do pomyślenia.


Nate Dogg -All Night Long. Kawałek może nie pozorny ale może bujać całą noc! 
 

MC Hammer – U Can`t Touch This. Dla osób które rapu nie słuchają pewnie człowiek jednego kawłka. Cholerny błąd. W letnie miesiące „pięć ciastek” śmiga na rotacja niemal wszystkich rozgłośni radiowych i jako jedna z niewielu rap pozycji może Nas zaskoczyć nawet w komercyjnych stacjach. 
 

Kool G Rap feat. Nas- Fast Life. Ksywki których przedstawiać nie trzeba. Kawałek miazga. Czy o klimacie wakacyjno-letnim? Może nie dla każdego. Jednak 
 

Ortega Cartel feat. Reno – Dobre Czasy. Stylistyka grupy jest bliska letniej zajawce. Kawałek z każdym odsłuchem nie traci na smaku a wręcz przeciwnie! 
 

Master P- Oohhwee. Kawałek pokręcony jak tytuł. Country krajobrazy w klipie, jest na co popatrzeć, jest czego posłuchać. 
 

Mos Def- Sunshine. Nieziemski kawałek! Jeden z tych numerów w którym wszystko się zgadza. Sympatyczny Dante


Rasmentalism- Ta sobota. Niewidzialna nerka atakuje! Jak to u zacnego duetu z Zamościa jest schludnie, przyjemnie i z klimatem. Niby to tylko muzyka, a przez parę minuta poniedziałek może zamienić się w sobotę!



WC- Just Clownin. West coastowy sztos. Nic więcej, nic mniej... 
 

Alliance Ethnik-Simple & Funky. Dobra. Nawet bez znajomości tekstu, flow from France buja. Funk szybko wpadający w ucho, coś na popołudnie w wersji soft. 
 

Vienio feat. Sobota -Grill te sprawy. Duet luźnych MC w jednym kawałku? Beat masakra co się nie przejada, nawijka co nie wpada na krzywy ryj, pieprzona letnia wkręta! 
 

The Notorious B.IG. - Juicy. Klasyk dobrze znany każdemu. Cokolwiek bym nienapisał o tym tracku pewnie zabrzmi jak banał. Jeden z tych numerów co zawsze będzie porywał.


Jamal – Defto. Beat zdominował kawałek. Choć numer słuchałem stosunkowo często to zaledwie parę wersów z miejsca jestem w stanie sobie przypomnieć. Nie jest to kawałek wysokich lotów ale i tak o kilka levelów wyżej od radiowej sieczki. 
 

Cam`ron feat. Mona Lisa- Girls. Komerchą jedzie na kilometr. Przez długi czas nie znosiłem tego kawałka. Po latach, letnie wspomnienia sprowadzają do ponownego sprawdzania tego tracku. 
 

Miłego słuchania, grubych melanży, lekkich kaców i dobrego rapu...
Do usłyszenia

Krzywa kroopa