Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sarius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sarius. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Open Bar...... czyli recenzja Rasmentalism- Wyszli coś zjeść

Dekadę temu hip-hop wyglądał inaczej. "College Dropout" tętniło żywiołowością i autentyczną zajawką daleką od narcystycznej lanserki, OutKast brzmiał szalenie jak stylówki Andre 3000, a Cee Lo-Green.. no cóż, jego czas nie rusza. To właśnie ten etap w historii rapu okiełznał dwóch typów ze wschodu Polski. Kolebka to iście zacna, oparta na mocnych fundamentach, pełna żywych monumentów, której żadna moda nie zabije i żaden raper nie strawi. Nie strawi również drugi album Rasmentalism który wyciąga wszystko co najlepsze w tej konwencji, jednocześnie udowadniając, że świetny debiut nie był wypadkiem przy pracy, a naturalną konsekwencją.
Po debiutanckich "Herodach" obsypywani laurami, tarzający się w propsach, okupujący trasy koncertowe niczym mityczna czwórka z Liverpoolu, wolni od hateów jak mało kto. Ten błogi stan mógł rozleniwić, bo trudno było się oprzeć wrażeniu, że scena wpadła w sidła tej dwójki dobrowolnie abdykując koronę, a otwieranie nowo powstałych mostów i nadawanie nazw ulic nazwiskami dwóch gości którzy wyszli coś zjeść jest kwestią czasu. Wpychani na siłę w ramiona syndromu "drugiej płyty" po raz kolejny wykazali się przebiegłością a`la wytrawny kieszonkowiec. Już po pierwszych singlach można było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że A- obawy Ras`a z "Ładnego życia" o poróżnieniu i spornej naturze mamony okazały się bezpodstawne, B- obniżeniu lotów nad Zamościem nie było i długo nie będzie.
Progres w formie Ras`a wita Nas u progu: "Pytają pod nosem czy Arek się zmienił? Jak w nowej furze wiozę stare problemy. Po najgorszym mam najlepszy rok w życiu. Boję się chujowej płyty, czuję wzrok typów. Ale spoko, nie wyplułem jeszcze ton syfu". Nie tyle same linijki, a gładkie poruszanie po bicie urzeka od początku. Ta lekkość w wbijaniu ironicznych szpilek: "Sprawdziłem zwykłe życie jak Hetman dno. Co? To nie dla mnie, wystarczy, że miasto w tym tonie dla mnie. W dobrym tonie były drogie restauracje. Takie nazwy w karcie, że jadę po niej palcem", ta zdolność w subtelne wtapianie emocji budzące niewymuszoną empatię, to nie rzecz nabyta, a jedynie podszlifowana, tak dobitnie obecna na tym albumie.
Błyszcząca już na "Herodach" czystość flow nawet nie dające powodu do podważania formy oscyluje wokół czołówki krajowej. Lekkość w rzucaniu rymów, z finezją budowane zmiany tempa, błyskotliwe przyspieszenia, gra na rymach, aż prosi się o więcej. Idące w zgodzie z wokalnym rzemiosłem sprawne pióro równie nurtuje: "Nawet nasze blanty palą się ze wstydu. Kto prowadzi moje życie kiedy siedzę z tyłu. Jak możesz zazdrościć hajsu jeśli nie wiesz co chcesz kupić. Czy chcesz co raz starszych dzieci czy co raz młodszej dupy? I tak wszyscy tracą czas tu. Szukają zatrudnienia z piracka mapą skarbów. Z miną jakbyś płacił za pięć gramów majeranku". Wchodząc na bardziej uniwersalny grunt nie dosięga Nas kazndzoiejski ton, ale gdy do głosu dochodzi prywata, gospodarz nie oszczędza sam siebie: "Pali mnie spotlight, po co chciałem światła? Kto mi to nagrał? Jestem Michael Douglas. Brudne flow, czyste ciuchy, wolny umysł, szybkie ruchy. Sprzedaję emocje, nikt ich nie kupi, muszę być tym, który nic nie musi. Wkręcam w banie tylko to, co przegrałem, nigdy to, co rzeczywiście mam. Po pierwsze to ja, po trzecie to szczęście, po drugie zaraz wymyślę- ja".
W zasadzie każde oblicze Rasa zyskało na wartości jak poczucie luzu lub ironicznej autorefleksji: "Milion dobrych wersów rzucam jak frisbee. Nie dbam o nie i w co to trafi. Tysiąc biletów, ale wiem, po co przyszli. Jebnąć sobie fotę z nami". Choć nic tak nie urzeka jak osobiste wędrówki: "Jak coś źle wymawiam - chyba nie byłeś przy nas tam. W sumie jakbyś był, czemu miałbyś przy nas stać. Patrzyli krzywo jak my na tych z prywatnych szkół Czy jak się najesz wstydu, to zaspokoisz jakiś głód? Karmiły nas marzenia, teraz widzę jak każdy schudł. W tych narracjach z łatwością można zatonąć, jest dojrzale, daleko od naciąganej martyrologii, którą notabene wykpił w "Nie jestem raperem".
Nie lada sztukę wykonali chłopaki z Rasmentalism. Z jednej strony emanując świeżością, z drugiej wykonując krok wstecz do czasów gdy sami jeszcze byli uczniami koledżu. Gdy parę lat temu na "Dolerean" sample z "Jesus Walk" nieśmiało przebijały się z pod wersów o pierwszej miłości do rapu można było brać garściami ten vibe. Od "Hotelu Trzygwiazdkowego" Ment skrupulatnie uzupełniał wachlarz swych umiejętności, odrabiając lekcję po lekcji. Tak obficie jeszcze nigdy nie było. Torpedowanie bębnami, upychanie perkusji tam gdzie tylko się da, samplowanie wokalami, flirtowanie z syntezatorami, zabawa z poziomami. Z pewnością druga część Rasmentalism nie zna umiaru. O monotonni również mowy nie ma, maltretujące tempem "System interwałów" lekko łechcący o The Streets, "Nocny" z wielkomiejskim anturażem pod który mógłby nawinąć Wiz Khalifa do spółki z Curren$y. Jednak prawdziwe apogeum ujawnia się gdy brak kontroli dochodzi do głosu. Przy pełnym akompaniamencie chóru gospel wodzącego z przymrożeniem oka w "Nie jestem raperem", ciepłe sample w "Nie jest tak"- mamy wszystko co fabryka dała.
Zupełnie przekonuje mnie Ment w tym wydaniu. Te wszystkie rytmiczne partię, zmienna dynamika, wielogłosowe wstawki, zestawione z subtelną elektroniką przypominającą, że to rok 2015 i już drugie LP na koncie. Być może wyrafinowanie Menta wychodzi momentami na jaw, maltretowanie w końcówkach utworów, jakby ten ład i gładkie produkcje miały drobne rysy. Mimo wszystko ten sam Ment daje tyle przyjemności podczas odsłuchu, że ciężko nie oddać mu respektu. Bo "Wyszli coś zjeść" nie traci na rutynie, wręcz przeciwnie. Bogactwo dźwięków dowodzi, że łańcuch na szyi z okładki (co prawda Rasa) jest zasadny.
Zasadne jest również konsumowanie tej płyty w całości. Brak słabszych numerów ale i wtórnych. Z drugiej strony, jest to materiał zróżnicowany, pozwalający złapać wytchnienie by później znów wpaść w dziki bieg. Wprawdzie zapowiedź szefa Asfalt Records o tym, że najlepsze kawałki nie należały do singli jest dyskusyjna. Forma gości jest co najmniej zadowalająca, nie zakrywa popisów gospodarz ale i nie powoduje obniżenia poziomu jak chociażby charakterystyczne dla Dwóch Sław wersy lub przyjemny dla ucha refren od Klaudii Szafrańskiej. 
Gdy w mainstream wchodzi się z albumem niemal perfekcyjnym, szybko okrzykniętym mianem "Klasyka" przez duże "K" to każdy słabszy ruch jest podkreślany do wielokrotnych rozmiarów, a zachowanie wcześniejszej pozycji jest uznawane za porażkę. Gdzieś po środku zawiśnie ten album. Bez kropki nad "i" tracący przy zetknięciu z poprzednikiem bądź momentami nieco przekombinowany. Nawet jeśli ten ostatni argument najbardziej trafia w sedno to chłopaki z Rasmentalism pracą frycowe za wcześniejszej sięgnięcie piedestału. Dobitnie udowadniający swoją pozycję na scenie Ras brzmi jeszcze lepiej niż na debiutanckim albumie. Metafory wypuszczane jakby mimowolnie, flow najwyżej jakości, wyzbyte sztampowych patentów pomysły na rap. Chemia między raperem a beatmakerem charakterystyczna dla tej dwójki potwierdza fakt, że mamy do czynienia z najlepszy klasycznym duetem na krajowej scenie od lat. A mając ochotę na apetyczną porcję colllege dropout nie będę sięgał po nieco przykurzony debiut Kanye Westa lecz świeży, pełnokrwisty, po prostu dobry rap od dwóch gości którzy wyszli coś zjeść.

Ocena: 9/10
Krzywa krooopa
Pozdro

"Wyszli coś zjeść" dostępne na Preorder.pl

środa, 25 marca 2015

„Parszywa siódemka”.... czyli najbardziej niedocenieni raperzy w Polsce vol.1


Długo nie mogłem strawić niszowej pozycji kilku ekip jak choćby Dwa Sławy bądź Rasmentalism. W zasadzie rap gra jest jak korporacja z logiem koniczynki- hierarchia z dupy wzięta. Popularność nie ma nic wspólnego ze skillsami- banał. Ale jeszcze większym banałem jest podochodzeniu do polskiego rapu jak do jednej, wielkiej kserokopiarki gdzie opcje kopiuj/wklej są popularne jak żubr w puszczy i na tyłach osiedlowych sklepów. Scena jak niemal wszystko w życiu (jeszcze większy banał) ma swoje słabe i mocne strony. Także graczy które ciągną tą kulturę za ucho do przodu i tych którzy obniżają rangę. Ale dziś o tych którzy na majku zostawiają siebie, pasję, zdrowie, a zasłużonego fame`u.... no właśnie.

Jeżozwierz- Oj Jeżu, Jeżu, Panie Jeżu. Po „Panu Kolczastym” liczyłem, że brama do Ekstraklasy została właśnie „wyjebana w kosmos”. Kosmosu nie ma, za to jest brud, bezkompromisowa nawijka, charakterystyczne flow, stylówką którą można by obdarzyć gromadkę raperów z pewnej dużej wytwórni. Stołeczny MC chyba już na stałe wdarł się do annałów undergroundu. Co prawda, nie wróże Jeżowi rychłego końca kariery. Sam liczę na nowe projekty lecz Jeżozwierz to taki typ co nigdy brokatem błyszczeć nie będzie i nigdy mainstream go nie porwie. Na szczęście.

Wyga- W moim prywatnym TOP10 krajowych nawijaczy zakotwiczył na stałe ostatnią solówką. Trochę czasu minęło, nowy album w nowej wytwórni, z lepszą promocją może zaowocować zasłużonym, większym zainteresowaniem. No właśnie, jedynie może. Wyga jak sama ksywka wskazuje to taki zawodnik który potrafi skraść kawałek niemal każdemu na scenie, subtelnie z wrodzoną zadziornością potrafi bawić się bitem, przyspieszać jak bolid F1 lub zwalniać nie tracąc na mocy. Brak słabych stron więc skąd ta niska popularność?

Ńemy- Niedawno Kękę na FB napisał o reprezentancie Sierpca: „Wydaję mi się że ten gość jest artystą. Ja jestem raperem On jest artystą”. Z Ńemy`m jest jak niemal z każdym pionierem. Nie doceniony w czasach gdy tworzył by odkryć ścieżki dla innych, którzy pod cudzym sztandarem zbiorą plony. No cóż, life is bitch. Ale to za mało, producent niebywale zdolny choć z newschoolem za pan brat to klasyka tętni w żyłach. Ale nie o beatmakerach mowa tutaj. Techniczny kot, zdolny tekściarz, szybko wkręcający się do głowy. Debiutanckie „Ń” to solidna wizytówka najmocniejszych stron Marcina Niemczyka, ale nie pokazująca w pełni potencjału. W moim odczuciu, kompletnie niedoceniony materiał jak i jego autor. Shame on Nigga...

Flint- Sam nie wiem co sprawiło, że Flint nie jest jedną z najbardziej gorących ksywek. Ksywek która by rozgrzewała klawisze hejterów i zbierała zasłużone propsy u ogarniętych fanów. Rymów przesyt- zgadza się, ucho do bitów- z tym to nie zawsze bywało dobrze, ale ostatnio jest się czym jarać, flow agresywnie zwracające uwagę słuchacza, talent do pisania, czego chcieć więcej? Jako Czarny Charakter przekonywał, że jest kompletny już jako Zła Sława groził, że woli rozwalić się furą niż przeżyć klapę z nowym albumem. Pewności siebie i wyrazistości reprezentantowi Koka Beats odmówić nie można, skillsów tym bardziej.

Laikkie1- Jeden z najbardziej hejtowanych raperów znad Wisły. Jeden z niewielu graczy który w tej kulturze nie uznaje wszelkich przejawów konformizmu i kolesiostwa. Lirycznie- kot, swymi wersami potrafi obnażyć słabość polskiego rapu. Flow może i nieczystością często afirmowane ale swą techniką raper z Bogatyni wszystko nadrabia.

Sarius- Widzę w nim czołowego rapera najbliżej dekady. Kogoś kto porwie tłum. Choć obecnie, ten młody, zdolny raper z Częstochowy jest raczej pozycją znaną wytrawnym znawcą gatunku, a masy w sporym odsetku nie skumały fenomenu tego gracza. O ile pierwszy legal był spokojnym wejściem na scenę to drugim krążkiem Sarius wyraźnie wskazuje co znaczy nowa szkoła rapu.

Vixen – Ostatni krążek to jedno z największych zaskoczeń polskiego rapu. Były już reprezentant RPS Enterteyment puścił lejce, bardziej szalony niż spokojny, jak drink Jamesa Bonda wstrząśnięty niezmieszany. Na swych bitach groźny jak Luis Suarez w polu karnym. Rzuca metaforami bez kontroli, a swym flow udowadnia, że może nawinąć pod niemal wszystko. Talent do budowania intrygujących wizji, plastycznych obrazów może zagwarantować palę pierwszeństwa wśród rodzimych wizjonerów.


Pozdro
Krzywa Krooopa

sobota, 31 stycznia 2015

„Przeżyjmy to jeszcze raz”.... czyli recenzja: Noize From Dust- Ultraakustyka

Nastały dobre czasy dla młodych, zdolnych beatmakerów. Choć pod tym względem zawsze było co najmniej przyzwoicie i grono polskich producentów mogło wysoko nosić czoło to ostatnie miesiące jawią się jako swoista zmiana warty. Do głosu dochodzi raz za razem kolejny gracz, a na tym nie koniec. Idzie nowe, lepsze? Całkiem niedawno Soulpete ze swoim świetnym Soul Raw, odważny Fabster, tym razem Prosto Label rzuca kości i wypuszcza do mainstreamu duet Noize From Dust.
Jeśli komuś brakowało klasycznego brzmienia, żywcem wyrwanego z lat 90-tych, niech się raduje. Trueschoolowe rapsy wracają z odsieczą! Zza wielką wodą Joey Bada$$ na bitach Statik Selektah`a brzmi tak jak niegdyś współczesne legendy płynące na samplach przed jego narodzinami. Na krajowym podwórku DJ Tuiziano biorący na warsztat Wu-Tang Clan, często wspominany na tym blogu Soulpete z niepodrabianą świeżością i stemplowanym znakiem jakości zmienił grę. Leczy czy ze starszą szkołą wypada wchodzić w szranki młodym kotom?
Noize From Dust to inna półka. Z definicji pozycja niszowa, przeznaczona dla smakoszy gatunku, mocno osadzona w klasycznych dźwiękami rodem z Wielkiego Jabłka po Detroit. Siódmy wprawiony w freestyle, znany z działalności w stołeczny podziemiu i nieco ukryty w cieniu WorstCase, dla którego „Ultraakustyka” jest pierwszym, poważnym sprawdzianem. Urodzeni pod lepszym niebem, bo i wytwórnia (lepsza?) dająca lepszy start niż wcześniej przytoczonym kolegom po fachu, w nieco innym układzie bo i Siódmy również w roli rapera. Czegoś jednak zabrakło, by o Noize From Dust pisano jako o przełomowym debiucie.
Przy pierwszym zetknięciu „Ultraakustyka” sprawia co najmniej przyjemne wrażenie. Nic nachalnego, staranie wysmaplowane kompozycje, lekkie bębny, niskie basy, przyjemne trzeszczenie. Spectrum klimatów szerokie, od boom bapu, wielkomiejskiego chillu z jazzowym smogiem, czy też stricte brudne produkcje. Jednak przy głębszym poznaniu nie wszystko zagrało na „pięć”.
Intrygująca lista zaproszonych gości w realu rozczarowała jak powrót LeBron`a do Clevlend. O ile wysoka forma Kuby Knapa i Sariusa z ostatnich solówek potwierdziła się kolejny raz to kilka niewypałów brudzi ten klimat. HuczuHucz ze standardową dla siebie nawijką i męczącym storytellingiem wiadomej treści lub wręcz nie pozostawiające śladu w pamięci zwrotki, jak i same popisy wokalne tak popularnych na scenie graczy jak: VNM, będący na ustach wielu w ostatnim czasie Skorup lub doświadczony przodownik pozytywnych emocji w rap grze- Wujek Samo Zło. Wracając do lepszej strony „Ultraakustyki”, w gąszczu lepszych i słabszych linijek bez trudu można wyłapać pozytywne zaskoczenia. Przypominająca o swojej obecności grupa weteranów- Fenomen i ich charakterystyczny styl: „Wiem co mówię, Ty, Trzeźwy nie jestem. W kit lecę słuchaj słów nie patrz mi na ręce znów. Łapię majka będzie grubo, zrób mi przestrzeń. Boss jak Hugo, tłusty bit, gruby wers masz tu go. Co się strzeżesz jak Miecugow, dawaj. Napierdalam też bez majka do beatboxu, Kiedy zaczynam ty rzucałeś na plecy pawie ojców więc nie mów mi co mówić mam bo to wiem- Propsuj”, emocjonalne wersy Rasa: „Rap mnie bawi, choć rak mnie trawi. Może to stad ta cała chemia miedzy nami. Jak zapytają mnie o zmiany, to co im powiem? Jedyne co doprowadzam do końca to swoje zdrowie”. Jeśli chodzi o samego współgospodarza to 1/2 Noize From Dust nie przekonuje w roli rapera, flow monotonne, brzmiące jakby miało być jedynie zapełnieniem przerw w zwrotkach gości, ujmując krótko- rap Siódmego po prostu nudzi.
Same produkcje, bądź co bądź bronią się. Gruby sztos „Chcieć” w pełni podchodzący pod flow Częstochowskich MC, leniwy chill- „Rozsądek” w sam raz dla „Podniebnego kota” i połówki WFD, bujające „Zanim powiesz” z fankującymi gramofonami i ożywiającymi schratchami, Wu-Tangowe, ciężkie „To dla wszystkich” z porywającym refrenem czy też „Wiem co mówię” z mocnym basem i bezkompromisową nawijką weteranów sceny. Na tym nie koniec, singlowe „Szanty” z subtelnymi samplami i nisko zawieszonym basem lub mroczne „Odnaleźć światło”. Beaty trafione jak same zwrotki, w tym moc tego duetu. Umiejętność wyczucia możliwości zaproszonych gości, momentami daje nadzieje, momentami jednak cała ta zabawa staje się zbyt przewidywalna. Nijaki remix Vienia, nie dający temu kawałowi nowego życia, zupełnie bez historii tracki jak między innymi z featem duetu Dwa Zera. Trochę za dużo tej przeciętności jak na jeden album.
Tam gdzie brud lat 90-tych dochodzi do głosu można stracić poczucie czasu. Ostatecznie „Ultraakustyka” wypada pozytywnie. Wielka w tym zasługa ojców tego projektu, którzy z rapu XX wieku przemycili kwintesencję gatunku. Staranie dobrane sample, nietuzinkowe scratche, klimatyczne gramofony, przekrój od Madlib, Slum Village, Jurasick 5 po kresy wschodniego wybrzeża. Często raperzy zawodzą, czasami poprawność bije po uszach, a nijakość stygnie jak kurz na zapomnianym wosku. Kilku graczy wbija się, dzięki czemu album ma kilku potencjalnych kandydatów na mocne singlowe petardy. Co prawda, do elity krajowych producentów tej dwójce jeszcze daleko ale zmysłu muzycznego i ewidentnej zajawki na rap odmówić nie można. Stary rap? Nawet jeśli tam to wciąż ma moc.


Ocena: 6,5/10
Krzywa krooopa 

sobota, 6 grudnia 2014

„Polskie drogi”.... czyli recenzja: Sarius- „Daleko jeszcze?”

Gdybym miał się wybrać w daleką podróż, to zabrał bym ze sobą co najmniej trzy albumy. Nie, owa trójca nie ma polskiej metki lecz w zależności od wielkości bagażu lista muzycznych towarzyszy rosła by jak korek na „Zakopiance” w sezonie. Rok temu nie czułem tej mocy. Co prawda, „Blisko Leży Obraz Końca” sporadycznie pojawiało się w głośnikach ale na daleką podróż Sarius wydawał się jako określony kompan- krótkodystansowiec. Przy kolejnym wydawnictwie to nie kwestia czy zabrać dzieło rapera z Częstochowy ze sobą lecz czy dać się zabrać autostopem w jego drogę.
Solidny, mający świetne ucho do bitów, smykałkę do dojrzałych spostrzeżeń socjologicznych, z natury pewny siebie i budzący ciekawość nieszablowymi narracjami. Nieco przypominający w pierwszym kontakcie WuDoe, może to ta sama tendencja do usypania? Zamiast bawić się w kolejne wyliczenia obrazujące bohatera zdradzę ksywę- Sarius. Co raz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ciekawa osobowość i otwarty umysł zawsze obroni się w rap grze. Podobnie jak w przypadku starszego kolegi po fachu, to rap dla wytrwałych, którzy nie odpuszczą przy pierwszym przystanku.
Zawsze uważałem, że udany dobór producentów to więcej niż połowa sukcesu. Bo i niedociągnięcia we flow bądź brak weny nie biją tak po uszach. DJ Eprom był niczym Scottie Pippen dla MJ23, ciągnący za uszy na wyższy level. W pełni podkreślający wszystkie mocne strony, starannie odciągający uwagę od niedociągnięć. Na „plecach” rasowych produkcji rap Sariusa zyskał na wartości. Klimat rzadko już spotykany na krajowych wydawnictwach, „team spirit” między MC a beatmakerem jakby nagrywali ze sobą rap od dekady. Połączenie sił z O.S.T.R. i z jego, z całym szacunkiem nieco przewidywalnymi bitami, które z definicji mogłyby spotęgować senność nie nastrajało pozytywnie.
O ile nie doceniłem na starcie możliwości tej kolaboracji to od pierwszych singli wszystko stało się jasne, w praktyce, ten projekt ma wiele do zaoferowania. Przy standardowych dla Adama dźwięków, wtórność która pojawiła się na horyzoncie przeszła obok. Jak na „True newschool”, gdzie jakby napisał by blogger a`la hipster, „epicki” aranż ożywia tego spokojnego rapera który rok wcześniej przodował w niższej wadze. To lewym sierpowym potrafił przysolić kąśliwym przyspieszeniem, to bezkompromisową nawijką gasi hejterów i obnaża płytkie podejście do rapu współczesnych odbiorców, to prawym podbródkowym znienacka wbija się na bit, to w refrenie zwalnia by w kolejnej zwrotce znowu narzucić szybkie tempo.
Na jednym singlu wysoka forma się nie kończy. W zasadzie „Daleko jeszcze?” jest wolne od słabszych momentów. „Cudze listy” porywające bezkompromisową nawijką, „Tak bardzo ja” gdzie wszystko zagrało na szkolną „szóstkę”, „Pod-pretekstem” z gościnnym Jeżozwierzem i agresywnym flow obu graczy, „Kompas” z emocjonalnym podsumowaniem przebytej drogi, bądź tytułowy track gdzie dostajemy odpowiedź na podstawowe pytanie tego albumu. Wracający po roku Sarius zyskał na pewności. Flow urozmaicone i brzmiące tak, że ciężko mu coś zarzucić. Potrafiący wstrzelić się w klimat każdego bitu, umiejętnie wykorzystujący swoje możliwości: świetną dykcję, charakterystyczne flow, intrygujące metafory oraz duży potencjał tekstowy.
I w tym miejscu należy zatrzymać się. Jak na debiutanckim krążku tak i tu warstwa tekstowa wybija się z przeciętności. Na pozór proste, pozbawione nadmiernej ilości hashtagów, follow up`ów, czy też wyszukanych metafor wersy, wodzą niczym mityczny biały królik. Osobiste wyznania, wspominki z dzieciństwa, refleksje o społecznej naturze lub trafne analizy, to linijki w których autor zostawił sporą cząstkę siebie, dzięki czemu można puścić w niepamięć słabsze wersy jak nieco taniością brzmiące: „Dawaj to mp3, nie mam już miejsca na wave. Mama daj mi z10 minut chce pozgrywać wersy. Będę jak Magik. Kto? Gość z mojej kasety”. Choć mamy też kilka perełek jak: „jak Kuba Bogu, ta Kubie mów mi Castro”. Mimo tej prostoty jest w czym się zagłębić: „Za parę lat rozkminię, że nie można nie być skurwysynem. Za parę lat rozkminię, że trzeba zrzucać winę. Wychodzić za linię, a mówić, że to niemożliwe. Lecieć na linie, jak Hugo, do którego się nie dodzwoniłem nigdy. O problemie zapomniałem, poszedłem na frytki. Krzywdy z tamtych czasów były bardzo miłe. Choć tego kurwa elementarz nie napisał nigdzie. Życie to baba wielka, co stoi na ludzkiej krzywdzie. Wybiera Cię, a zgromadzenie czeka. I musisz, a nie chcesz, dotknąć butem dna #butelka. I nie wiesz, czy śmieją się z Tobą, czy z Ciebie #stand up”. Wachlarz podjętych tematów za nic nie da wyłączyć się słuchaczowi. Kolejny raz Sarius pokazuje, że ma sporo do powiedzenia i że nie popada w sprawdzone schematy, a w połączeniu z wyrazistym flow z łatwością utrzymuje uwagę.
Muzycznie również jest dobrze. Do szuflady zwanej „produkcje O.S.T.R.” trafia kolejny album. Nie ma co mydlić oczu, nie jest to pozycja przełomowa, także w bogatej dyskografii Adama. Ale co ważne nie potrzebne było odkrywanie prochu na nowo, te sprawdzone dźwięki w pełni pozwoliły Sariusowi rozwinąć skrzydła. Niemal standardowe produkcje: klimatyczne sample, subtelne werble, trafione cuty, trueschoolowe brzmienie w pełni wpadające w styl częstochowianina. Kilka petard jak lekko niepokojący „True newschool”, smakowity sampel w „Daleko jeszcze” , klimatyczny „Kompas” lub „Pod pretekstem” z twardym basem. Wysoki poziom marki O.S.T.R..
Jeśli na podstawie tego albumu miałby powstać film, to gatunek „road movie”wrócił by do łask. Podróż na jaką zabiera Nas raper z Częstochowy warta jest przebytej drogi, a w zasadzie poświęconego czasu. Jako czujny obserwator intryguje, jako pilot wycieczki zachęca na więcej. Im więcej Sarius wspomina o swoich doświadczeniach tym bardziej zwraca uwagę i nawet gdy odchodzi na bardziej uniwersale rewiry to potrafi utrzymać poziom. Pomysł na tracki, smykałka do ciekawych wersów, flow w wysokiej formie, wszystko się zgadza. Goście dostosowali się do poziomu gospodarza, w szczególności Ras i Jeżozwierz, bity dały moc, a klimat nie przytłoczył. Choć pogoda zza oknem nie zachęca do dalekich podróży to ta jaką serwuje nam Sarius nie wymaga nadmiernej rekomendacji. 

 

Ocena: 8/10
Krzywa krooopa
Pozdrawiam 

 

 

piątek, 17 października 2014

Wehikuł czasu.... czyli recenzja DJ Eprom&Sensi- Boom Bap Boogie

Mimo tego, że nowości wydawnicze pojawiają się jak grzyby po deszczu to albumu który na dłużej zapadłby w pamięć jak na lekarstwo. Podobne do siebie jak kserokopia lub bliźniaczo brzmiące do oryginałów zza wielkiej wody krążki dominują. Rap z zajawką, automatycznie wprowadzający bujanie głową, bezczelnie okupujący odtwarzacz? Klasyczny duet, z pozycją żywcem kipiącą klasyką, tak. DJ Eprom i Sensi tak robią rap!
Przyznam, że po pierwszych singlach nie czułem tego klimatu. Nie te czasy, rap się zmienił, oldschoolowe brzmienie „podsłuchane” na szybko nie wbija w fotel. Błędny odbiór muzyki życie samo zweryfikowało...
Pochwały jakie zebrał DJ Eprom za albumy Sariusa lub Sztigara Bonko nie były przesadzone. Etatowy producent Asfalt Records szybko wdarł się do czołówki rodzimych beatmakerów. Ba! Marcin Flint przyznał mu miano najlepszego producenta na krajowej scenie, abdykując dotychczasowego przodownika- Magiere. Sensi natomiast, trzymając na dystans mainstream, nie wypadł z formy po udanych projektach z macierzystą ekipą Hurragun. Boombapowy styl w połączeniu z bitami od DJ Eproma? To po prostu musiało zadziałać! To jak połączenie ze sobą pasujące elementów układanki. Puzzle, rzecz nie z tej epoki jak i ta płyta.
„Boom Bap Boogie” to płyta niespotykana w obecnych czasach. Odskakująca od popularnych trendów, trzymająca słuchacza w wyjątkowej, oldschoolowej stylistyce. W reszcie, to projekt gdzie bity wysuwają się na pierwszy plan. Trąbki, perkusja, cała gama basowych petard, całość z miejsca porywa. Otwierający krążek track- „Poza kontrolą” wręcz emanujący prostotą perkusji i basu, „97 dobrze pamiętam” z rytmiką a`la Jamajka, singlowe „Bez ściem” z hipnotycznymi trąbkami czy też „Wstyd” z mocnym basem i tłustym samplem. Muzycznie o nudzie mowy nie ma, DJ Eprom trzyma hamulce, a MC kontroluje majka. Rapowa „chemia” między ową dwójką brzmi wyjątkowo i w tym cały ambaras.
W popisach MC wielkich zaskoczeń nie mam. Sensi momentami jest na bakier z dykcją i nie wszystko wychodzi mu perfekcyjnie ale w pełni wykorzystuje świetną robotę swojego producenta. Wszelkie pokrzykiwania, zabawy słowne, szybko wrzucane wersy, przeskakiwanie z rymów, przeciąganie słów. Wszystko to jest w odpowiednich proporcjach i trzyma się kupy.
Tekstowo Sensi nie zabiera się z motyką na księżyc. Nie siląc się na ubarwiania rzeczywistości bądź zbędne obchodzenia tematu. Czym udowadnia, że nie trzeba rzucać na prawo i lewo głębokimi metaforami lub budować plastyczny obraz szarej rzeczywistości która na bicie wygląda groteskowo. Podejmowane wątki ciekawią choć nie są to historie z serii mrożących krew w żyłach jak chociażby w kawałku „Wstyd”. Uwagę przyciągają nie tyle niepozorne w treści narracje, a raczej prosty sposób ich przedstawiania, co ma swoją specyfikę. Wersy biją swojskim klimatem: „Na termometrze brakowało stopni. Zobacz na podwórko, tam asfalt się topi. Siedzieliśmy w kilku na ławce przed blokiem. I wtedy ona pojawiła się na horyzoncie. Na niej śledzące, Wzrokiem biegłe za nią. Cała reszta robiła tak samo”, a podczas refrenów głowa automatycznie podryguje.
Miła dla ucha wędrówka po nieco przykurzonych zakamarkach rapu nie była by tak intrygująca gdyby nie świetne produkcje DJ Eproma. W iście klasycznym brzmieniu nie ma mowy o bakcylu nowatorskich zagrań ale w tym rzecz. Swoista kopalnia dźwięków od nastrojowych trąbek przez trzeszczące sample po wszelkie pętle bębnów i energiczne skrecze, aż trudno uwierzyć, że „Boom Bap Boogie” to nowość wydawnicza. Przy tak wysokiej formie producenta, MC z Częstochowy nie pozostał biernym członkiem projektu. Czujący się w tej stylistyce jak ryba w wodzie Sensi pokazał, że w pełni rozumie się z DJ Epronem. Niedostatki w flow, czy też siłowa nawijka ma swój urok. Z dostosowaniem się do stylu członka Hurragunu goście problemu nie mieli, wszyscy z tej samej parafii. Tym sposobem, albumu nawet na moment nie traci na klimacie.
Po takim albumie spodziewać się można wiele, z pewnością również rasowych sztosów. „Boom Bap Boogie” i pod tym względem nie rozczarowuje. Otwierający album kawałek „Poza kontrolą” w stylu House of Pain, „O.A.B.” w sztandarowej pozycji a`la Hurragun, bujające „Bez ściem” z gościnnym featem od Sariusa, intrygujące „Przyczajony tygrys, ukryty pies”, przypominający klasyk KRS-One „Return od the Boom Bap!” track „Mantra” bądź energiczne „Do innych MC`s”. Nie odpuszczająca nawet na chwilę dynamika basów trafnie napędza Sensiego. Spokojniejsze momenty pozwalają na uwypuklenie majstersztyku DJ Eproma, przy których skłaniam się ku opinii wcześniej przytoczonego Marcina Flint i jego poglądu na temat pozycji Eproma w gronie krajowych producentów.
Taki jest to album. Do cna stylowy, pełen nostalgicznego klimatu, wręcz nie pasujący do obecnego rapu. Dla wielu słuchaczy, a w szczególności tych którzy w latach 90-tych pojawili się na świecie będzie to historia niezrozumiała, w znacznym stopniu obca. Osobiście mam wrażenie, że cofnąłem się na moment do swoich początków z rapem, gdy jako dzieciak usłyszałem „Scoobiedoo ya” i nucąc: „Yo, yo, yo klimat, styl zajawka, flow” czuje vibe tej płyty.

Ocena: 8/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam