Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hip hop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hip hop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Rentgen vol. 1..... czyli wywiad z Ńemym

W tekście o najbardziej niedocenionych raperach na naszej scenie był jednym z pierwszych wyborów. Napisać, że reprezentant Sierpca to nietuzinkowa postać to jak odkryć, że Ekstraklasie daleko do poziomu Bundesligi. W natłoku premier być może niektórym umknęła premiera debiutanckiego „Ń”- duży błąd. Dla osób głodnych świeżego rapu to pozycja obowiązkowa. A co sam zainteresowany ma do powiedzenia? Zapraszam do rozmowy z Ńemy`m. 
(zachowano oryginalną pisownie)  
Krzywa Krooopa: Legalny debiut w postaci „Ń” to już historia. Słuchając tego materiału miałem wrażenie, że dostaję płytę od faceta, który swoim myśleniem o muzyce wychodzi daleko poza rap.
Ńemy: Rzeczywiście, od premiery minęło już pół roku, ale sądzę, że „Ń” nadal kryje niewykorzystany potencjał. Może przypomnę jeszcze słuchaczom o tym materiale, jednak teraz pracuję już nad następnym. Chyba czas na podsumowania i weryfikację dotychczasowych wyborów. Wykraczam poza rap, bo nazwałbym się raczej artystą crossoveru, niż po prostu - hip-hopowcem…

K: „Ń” jawi mi się również jako materiał, w którym hamujesz się by nie dać na „dzień dobry” pełnej dawki siebie. A Ty jak to widzisz?
Ń: Jedyne przed czym się hamowałem, to bylejakość. Płyta jest zwieńczeniem tego, co oferuję w danym momencie swojego rozwoju. Chciałem, żeby była jak najlepsza i dałem z siebie wszystko. Jasne, teraz zrobię to lepiej – nie umniejszając takim numerom jak „Sick Pro”, czy „Żyć wietrznie” etc.

K: Myślisz, że przeciętny słuchacz polskiego rapu jest gotowy na rap oderwany od przetartych ścieżek, sprawdzonych patentów, po prostu - nowatorski?
Ń: Zależy co rozumiesz w kontekście „przeciętności” słuchacza? Dla mnie to ktoś nie poszukujący. Konsumujący wyłącznie to, co dotrze do niego najbardziej popularnym, lub przypadkowym kanałem. Niestety, takie rzeczy rzadko okazują się naprawdę wartościowe. Myślę, że media zatraciły rolę trend setera. Chcą dogadzać odbiorcy idąc po najmniejszej linii oporu. Oczywiście, chciałbym się mylić i kiedyś móc powiedzieć, że zgromadziłem setki tysięcy fanów nie naginając swojej estetyki. #c.r.e.a.m.

K: Wystarczy przesłuchać kilka Twoich kawałków by zauważyć, że w swoich tekstach sięgasz po różnorakie inspiracje. Masz jakieś granicę w tworzeniu? Coś czego nie poruszyłbyś w swoich wersach lub gatunków muzycznych z którymi nie wszedłbyś w „romans”?
Ń: Szeroko pojęta muzyka biesiadna nie leży w kręgu moich zainteresowań (śmiech). Jest dużo złego hip-hopu, złego popu, złego rocka ale i dużo dobrych kapel. Lubię oryginalne postaci, które zarówno w tekstach, jak i muzyce pokazują mi świat z zupełnie nowej perspektywy – nie boją się być unikalni.

K: Od debiutu „Ń” minęło kilka miesięcy. Pracujesz już nad nowym materiałem. Czego można się spodziewać po Twoim drugim LP? –
Ń: Tak pracuję, ale nie chcę zdradzać za dużo. Spodziewać się można czegoś lepszego niż na „Ń” póki co.

K: I na koniec psychologiczna rozkminka. Gdybyś miał dokonać autocharakterystyki to w pierwszej kolejności nawał byś się producentem, raperem?
Ń: Jeśli mam generalizować, to artystą, po prostu. Dzięki za wywiad, pozdrawiam! 
 

Krzywa Krooopa
Pozdro 
  

czwartek, 2 kwietnia 2015

Burdel niewinności.... czyli recenzja Kendrick Lamar- To Pimp A Butterfly

Dużo wody upłynęło od czasów gdy na światło dzienne wyszedł ostatni album odciskający piętno w tej kulturze. Młode pokolenie słuchaczy przyzwyczajone do komercyjnych standardów, oklepanych bangerów, łatwo nośnych haseł, płyt oddalonych od sedna czterech elementów mogło czuć się osierocone. Rap się zmienił, realia gry są zupełnie inne, to co nie śniło się pionierom gatunku dziś jest powszechne. A jednak, nieco przykurzony i zapominany duch East-Coastu znów zstąpił na ziemię za sprawą trzeciego LP największej, obecnej nadziei rapu. Jeśli ktoś spodziewał się, że K.Dot powtórzy precedens poprzedniej solówki nagrywając płytę pod listy Billboardu i rozgłośnie radiowe może sobie odpuścić sprawdzanie „To Pimp A Butterfly”. Tu stare brzmienie ulic rozdaje karty. To album tak niemainstreamowy, do bólu dopracowany, po prostu wybitny.
Jakże odmienne jest podejście do tego albumu polskiego słuchacza. Podczas gdy zza wielką wodą trwa wyścig w prześciganiu na przechwały nad trzecim LP Lamar`a, to w przeważających opiniach rodzimych odbiorców przeważa rozczarowanie. Nie ma tego jebnięcia, nie ma kawałków rozrywających głośniki. Stara prawda, wszystkim dogodzić nie można. Lecz by „To Pimp A Butterfly” nadawało na właściwych częstotliwościach potrzebny jest powrót do korzeni, przestawienia odbioru na inny kierunek.
Największą siłą Kendricka jest zmysł smaku. Jeden z tych elementów który tak szwankuje w obecnym świecie hip-hopu. Na ostatnim albumie brzmienie było zróżnicowane, z jednej strony chillowe „Bitch, Don't Kill My Vibe”, z drugiej ciężkie basy, elektroniczne syntezatory, szerokie partie perkusji. Było na bogato i z polotem. Zupełnie odmienny stan zastajemy na nowym albumie gdzie woń czarnej muzyki wypływa z jednego źródła. Pewna skromność emanuje z tego materiału, jakby ktoś chciał urzec Nas prostotą życia. Będący ojcem chrzestnym całego splendoru Flying Lotus przenosi słuchacza w swój ciemny świat. To głównie dzięki jego rzemiośle wyjątkowy smak jazzowych sampli nabiera na klimacie.
Otwierający album track „Wesley`s Theory” z gorzką pigułką p-funku i stemplowanym znakiem jakości ikony gatunku- Georga Clintona to jedna z wielu perełek. Im dalej w las tym bardziej przesiąkamy tą czernią. Soulowe kadzidła z subtelną perkusją, lekkie sample, z przenikliwymi bębnami. Psychodeliczny haj raz wodzący przez mętne ścieżki jazzu, raz wpychające w cieplejsze objęcia g-funku w „These Walls” by w połowie drogi boogie-funkowy wulkan w „King Kunta” skąpał słuchacza. Bujające gramofony w „Complexion”, żywiołowy saksofon w „Alright” bądź słoneczne „i” z przepychem żywych dźwięków nie daje wytchnienia nawet na moment. Pod względem muzycznym to album szalenie dopracowany, brutalnie poukładany. Obecność Dr. Dre jest śladowa, stanowi bardziej symboliczną zmianę w sztafecie, podobny stan rzeczy dotyka inne sztandarowe postacie- Pharrella Williamsa, Snoop Dooga. Gdzieś ukryte, niepozornie przewijające się podczas tej podróży.
W tym wszystkim można ulec wrażeniu, że wracamy do debiutanckiego „Section. 80”. Lekko szorstkie a jednocześnie aksamitne flow, momentami niepozornie wijące się po bicie . K.Dot sprawia wrażenie jakby wyssał z mlekiem matki te brzmienie. Znając umiar, trzyma w ryzach swoje popędy. Ze stoicki spokojem i budzącą pochwały lekkością płynie po wersach by potem karcić: „I’m the only nigga next to Snoop that can push the button. Had the Coast on standby. “K. Dot, what up? I heard they opened up Pandora’s box”. I box ‘em all in, by a landslide”. Skojarzenia na „To Pimp a Butterfly” przeplatają się nawzajem, momentami jakby klimat „Boyz In Da Hood” nieśmiało przewija się przez rewir by zniknąć w kolejnej etiudzie.
Jak przystało na pokoleniowy album, „To Pimp a Butterfly” zostawia po sobie wrażenie rzeczy wybitnej. To jak toksyczne ukąszenie, które gnieździ się na końcu głowy by z czasem wydać plony. Zawarty w tytułu motyl stanowi parafrazę ważnego dla afroamerykańskiej społeczności powieści „Zabić drozda”, być może jest w tym również ukryty haczyk, a K.Dot wierzy, że trzepot skrzydeł motyla zakorzeni się podświadomości tego pokolenia. Sięgając po autorytety dla czarnoskórych lub ustawiając się w jednym szeregu z nimi? Od 2pac`a przez Martina Luthera Kinga po mesjasza poniżonych- Kunta Kinte. Zaczynając od enigmatycznego powrotu do przeszłości skwitowanego: „What you want you? A house or a car? Forty acres and a mule, a piano, a guitar? Anything, see, my name is Uncle Sam, I'm your dog”, by lada moment pokazać kto rządzi w grze: „I was gonna kill a couple rappers but they did it to themselves. Everybody's suicidal they don't even need my help. This shit is elementary, I'll probably go to jail. If I shoot at your identity and bounce to the left”.
Ten swoisty lot nad kukułczym gniazdem nie traci na wysokości. Furia w hotelu, pustka egzystencji, eksplozja frustracji, mrok sukcesu, nawiedzona Lucy, plastyczne obrazy przewijające się bezwiednie. Efekt męczącego na drugi dzień kaca który zwiastuje mentalnego pawia. Choć to wszystko stanowi zaledwie preludium do monologu pokolenia. Nie wiem czy Kendrick miał świadomość, że staje się głosem swojego pokolenia, popkulturowym pastorem, a docelowo motorem napędowym. Lecz gdy wyrzuca z siebie: „No life jacket, I’m not the God of Nazareth. But your flood can be misunderstood. Walls telling me they full of pain, resentment. Need someone to live in them just to relieve tension. Me? I’m just a tenant Landlord said these walls vacant more than a minute” trudno nie oprzeć się wrażeniu, że z premedytacją buduje jeden z najważniejszych aktów w historii hip-hopu nie wystając nachalnie przed szereg. Nie podnosząc na siłę głosu, bez sięgania po proste środki, tutaj wszystko rozgrywa się subtelnie.
Koniec końców, ta psychodelia motyli prowadzi do natury społecznej. Symboliczne zamknięcie zmiany pokoleniowej jaką jest wywiad z 2paciem, lecz za wstęp do rozliczenia się z własnymi i nie tylko demonami, wbija kij we własne mrowisko: „I know you hate me just as much as you hate yourself. Jealous of my wisdom and cards I dealt. Watchin' me as I pull up, fill up my tank, then peel out. Muscle cars like pull ups, show you what these big wheels 'bout, ah. Black and successful, this black man meant to be special. Katzkins on my radar, bitch, how can I help you? How can I tell you I'm making a killin'? You made me a killer, emancipation of a real nigga”. Wykazując się nie tyle odwagą, co charakterystyczną dla wybitnych postaci charyzmą.
Magia tego albumu trwać będzie przez długie lata. Świetność Kendricka zapewne nie zmaże już żaden słabszy ruch, załamanie formy lub poważny beef. Czar tego motyla nie jest dla wszystkich, być może czas sprawi, że zakwitnie on w większej rzeszy. Niemal każde pokolenie doczekało się swojego autoportretu, dla niektórych będzie to „Illmatic” dla innych „2Pacalypce Now”, dla obecnego pokolenia ten motyl będzie nieśmiertelny. Ostatni akt monologu, pytanie bez odpowiedzi, brak kropki, pewna podniosłość pozostaje. Nawet jeśli zabrzmi to groteskowo.


“The caterpillar is a prisoner to the streets that conceived it. Its only job is to eat or consume everything around it, in order to protect itself from this mad city
While consuming its environment the caterpillar begins to notice ways to survive
One thing it noticed is how much the world shuns him, but praises the butterfly
The butterfly represents the talent, the thoughtfulness, and the beauty within the caterpillar
But having a harsh outlook on life the caterpillar sees the butterfly as weak and figures out a way to pimp it to his own benefits. Already surrounded by this mad city the caterpillar goes to work on the cocoon which institutionalizes him/He can no longer see past his own thoughts
He’s trapped. When trapped inside these walls certain ideas take roots, such as going home, and bringing back new concepts to this mad city. The result? Wings begin to emerge, breaking the cycle of feeling stagnant. Finally free, the butterfly sheds light on situations that the caterpillar never considered, ending the internal struggle.Although the butterfly and caterpillar are completely different, they are one and the same."


Ocena: 10/10
Krzywa krooopa


piątek, 9 stycznia 2015

„2+2=5”... czyli recenzja Hades/Emade/DJ Kebs- „Czasoprzestrzeń”

W zasadzie, ten album mógłby posłużyć jako soundtrack do pierwszego lepszego filmu o bezsensie egzystencji pokolenia współczesnych 20-parolatków bądź służyć jako substytut antydepresantów. Niby nic odkrywczego, system nadal jest zepsuty, rzeczywistość dobija, a przeciętny nastolatek marnuje kolejną godzinę w „internetach” zatracając własne „ja”. Sprawdzanie tego albumu w okresie świątecznym to jak bezalkoholowy weekend- coś sprzecznego z naturą. A jednak ma to sens.
Jeszcze parę tygodni temu umieszczanie nowego wydawnictwa członka HiFi Bany w czubie rocznego podsumowania wydawało się anomalią. Niemal rok po nieudanym albumie RH- i wcześniejszej, równie przeciętnej współpracy z O.S.T.R. nastroje są zupełnie inne. Ten który zdaniem wielu jest już skończony, a jego pozycja w rodzimej rap gdzie to hipokryzja branży powraca . Powtarzana jak mantra klasyka o przehypowanych graczach w tym przypadku wpada w własną pułapkę.
W stylu mainstreamowych MC czyli tendencyjnie- Mroczne zapowiedzi ze wstępu recenzji nieco mydlą oczy. „Czasoprzestrzeń” to nie kolejna pseudo epicka kultywacja wszechobecnego zła, zepsucia popkultury i słabości człowieka. Zresztą, nigdy nie posądzałem Łukasza o takie zapędy. Traktowanie tego albumu jako kontynuacji pierwszego solowego LP byłoby nadużyciem, choć niedaleko pada jabłko od jabłoni tak i w tym przypadku można z miejsca znaleźć masę pokrewieństw: brudne, surowe ale jednocześnie rozbudowane aranże, szorstkie monotonne flow przykuwające uwagę czy też mętna aura zza oknem.
Wyprzedzając fakty- udany powrót Hadesa mógł dojść do skutku jedynie przy bitach z najwyżej półki, przy bitach wpisujących się w brudne, plastyczne wokale, kipiące szarzyzną przeciętnej Polski. Takich które wycisną ostatnie poty z możliwości warszawskiego rapera, z szorstkiego flow uczynią klimatyczny środek przekazu emocji, a wszelkie niedostatki zakryją niepozorne parte basów i bębnów. Właśnie tego brakowało Hadesowi w ostatnim czasie. „Czasoprzestrzeń” to kolejny diament w koronie Emade. 1/2 Tworzywa Sztucznego w ponurych, ciężkich, wolno tętniących podkładach osadzonych w scenerii robotniczych blokowisk dużych miast, błota zmieszanego ze śniegiem i mechaniczności ślepego tłumu w pełni oddaje klimat ostatnich tygodnii. Staranne rzemiosło, gdzie wyrażenie- doskonałe proporcje nabiera na znaczeniu.
Bo jak inaczej określić sekwencje krótkich sampli, proste a jednak chwytające bębny w „Muzyka z brodą”, ciężkie basy w „Dilerzy i dziwki” bądź zupełnie przeciwstawne w nastroju- subtelne gitary z równie lekkim samplem w „Nigdy w życiu”. Gama użytych środków jest na tyle bogata by zapełnić nie jedną dyskografię. Momentami kunszt tych produkcji przewyższa możliwości Hadesa, te wokalne jak i liryczne obniżając rangę albumu z „klasyka” na jedynie lub „aż”- „dobry album”.
Wystawianie wzorowej laurki warszawskiemu producentowi to jedno. Drugie, to kunszt ostatniego z autorów tego projektu. Ustawiony na końcu w tytule choć jego rola na tej płycie jest bezsprzecznie niepodważalna. DJ Kebsa można potraktować jak sędziego na ringu, pilnującego by obaj nie poszli za daleko. Cuty zaskakujące jak ten z „Dziewiećdziesiątki”, bądź liczne scratche ożywiające atmosferę, wszystko we właściwych proporcjach.
Nie bez przyczyny w tytule recenzji zawarłem Orwella. Przed sprawdzeniem tego albumu obawiałem się, że główny współwinowajca będzie próbował mącić, kolejny raz odcinając kupony. Kulejący na poprzednich projektach Hades, na „Czasoprzestrzeni” jakby zyskujący skrzydła.: „Budzę się w nocy na pomoc (hardcor). Idę na balkon ochłonąć. Otwieram oczy widzę na zielono. Jak komandos długopis białą bronią. On tnie gardło, bujaj głową. Już Nie jesteś sobą, jesteś sową, słowo. Lunatycy chodzą po podwórkach. Donnie Darko gdzie twoja pigułka. Moje miasto to dżungla agresja. I dzikie zwierzęta w szczękach twoje żebra”.
Liryczne powstanie z kolan jest niepodważalne. Czego w swej nawijce nie poruszy to sprawdza się, plastyczne obrazy: „Wpadnę w ocean głęboki jak kosmos. Skaczę na głowę z jachtu, gwiazdy wyławiam jak perły. Moje prywatne, ogromne akwarium. Góra, dół, błędnik robi mnie w chuj, dawaj Valium, baby, zanim nerwy zjedzą mój mózg. Koniec imprezki, zbieraj confetti. Kilometry dróg, setki tysięcy. Bagażnik pełny hajsu za rap, chciałbym”, jest dobrze, lekkie metafory i skrupulatnie budowane opisy: „Ikar syn Dedala, ojciec uczył go spadać. Niech złote słońce zawsze na naszych bladych twarzach. Będzie co ma być, wiem ze to żaden hit. FB chce się żyć, enter – nie mów nic” nie ma do czego się przyczepić. Im dłużej trwa spędzony czas z „Czasoprzestrzenią” tym bardziej grudniowy monolog nabiera na smaku.
O ile, toporna, monotonna i prosta nawijka na poprzednich projektach mogła irytować to w tych posępnych produkcjach w pełni się sprawdza. Głos członka HiFi Bandy nigdy nie będzie umożliwiał takiego rozwoju by flow było uniwersalne, przynajmniej na poziomie naszego podwórka. Rzecz w tym, że w swojej dyscyplinie potrafi brylować jak mało kto. „Robo Ty” gdzie bez popisów rzucający jakby z przymusu wersy Hades wręcz wymusza uwagę, w „Nie przestaniemy” gdzie leniwa nawijka świetnie wpisuje się w bit lub w pojedynczych chwilach udane przyspieszenia, przy stricte miejskich, nocnych produkcjach te flow staje się złotym środkiem.
Pogłoski o końcu Hadesa można odłożyć do lamusa. Nie ma tu zaskoczeń ze strony Hadesa, jest za to rap o określonej dacie ważności, nieco przewidywalny ale gwarantujący solidność, skuteczne wykorzystywanie bitu, wyczucie klimatu, „chemię” z DJ i producentem, i ostatecznie-wysoką formę samego gracza. Na „Czasoprzestrzeni” nie spotyka nas żaden, „nowy” Hades, po prostu ten „stary” trafił na właściwą drogę. Ciężki haust życia, odrzucenie różowych okularów, sinusoida emocji ostatecznie zaprowadza w cieplejsze rejony, przynajmniej bit sprawia takie wrażenie.
„Czasoprzestrzeń” traktuje jako imperium młodszego z braci Waglewskich, potwierdzenie klasy DJ Kebsa i w ostateczności- udany powrót samego Hadesa. Wreszcie trafiający na idealnego dla siebie producenta, wreszcie nagrywający rap w zgodzie ze swoimi predyspozycjami. Choć Konsensus idealny- Hades nie przeszkadza Emade. Emade nie stoi na drodze DJ Kebsowi, a DJ Kebs do spółki z Emade skutecznie prowadzi Hadesa. 

 
Ocena: 8/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam

 

piątek, 2 stycznia 2015

Happy New Year!...czyli subiektywne podsumowanie 2014 roku


Tytułem  wstępu. Witamy 2015 roku, mam nadzieje, że lepszym dla polskiego rapu. Dziś podsumowanie tego co działo się na krajowym podwórku i na głównej scenie w USA. 

Płyta roku (Polska)- Włodi- Wszystko z Dymem. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy rok 2014 dał nam jakikolwiek album na miano "klasyka" i czy w połowie drugiej dekady XXI wieku kondycja krajowej sceny jest lepsza niż parę lat temu. Silna Alkopoligamia- Mes, który jednak w moim odczuciu przegrał z Włodkiem ale jednocześnie zajął miejsce na podium, Kuba Knap? Na niego przyjdzie jeszcze czas. Asfalt? Byli solidni i równi, ale i im zabrakło rapera który by dostarczył album roku. Prosto? Sorry, ale Hadesowi przyznaje "zaledwie" pudło. "Wszystko z Dymem"- owoc w pełni dopracowany będąc kwintesencją stylu członka Molesty, a więc mocnej liryki, dojrzałych przemyśleń w otoczce rasowych bitów.  Włodi jak wino, im starszy tym lepszy.
W czubie peletonu pozostali:

2.Ten Typ Mes- Trze`ba było zostać dresiarzem
3.Sarius- Daleko jeszcze?
4. Kuba Knap- Lecę, chwila, spadam
5. PRO8L3M- Art Brut
6. DJ Eprom&Sensi- Boom Bap Bogie
7.Hades/Emade/DJ Kebs- Czasoprzestrzeń
8. Flint- Zła sława
9. Tede- Kurt Rolson
10. Abel- Ostatni Sarmata



Rookie Of The Year- Kuba Knap. WIelu słuchaczy spodziewało się, że to Quebonafie rozjebie 2014 roku. Udanie rozpoczęcie roku w duecie z Eripe lecz na pierwsze LP na legalu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. "Podniebny kot" mimo statusu debiutanta wszedł w mainstream z wielkim przytupem pozostawiając resztę "świeżaków" daleko z tyłu. Już na ostatnim nielegalu ogromny potenchał "następcy Mesa" zwracał uwagę. Charakterystyczne flow, trafne socjologiczne wywody, zmysł do wyborów gustownych bitów, umiejętność porywania słuchaczy. Kogoś ten opis przypomina? "Knap kiedyś fan, dziś mówią spadkobierca. Kiedyś chciałem zdjęcia z tymi trzema. Dziś piję wódę z tymi trzema w ich furze i nadal nie dowierzam".
.Debiutami wartymi odnotowania są ponadto: LJ Karwel- Niepotrzebne skreślić, solówka Abel-Ostatni Sarmata oraz Żyto- Wiry.


Nielegal roku- PRO8L3M- Art Brut. Wybór zupełnie oczywisty. Waszawski duet poszedł krok dalej od ostatniej EP-ki. Projekt oparty niemal wyłącznie na polskich samplach, intrygująca moc rapu Oskara. Od dawna żadne podziemne wydawnictwo nie narobiło takiego szumu. KLASYK


Kolabo roku- VNM, Kuba Knap, W.E.N.A., Kuban- Tour of Year. To kawałek w którym wszystko zagrało na szkolną "szóstkę". Bit- respekt So`Drumatic, i jak nawinął Kuba Knap- nie jeden raper nawet nie wiedziałby jak kiwać do niego głową. Czterech raperów w pełni czujących klimat. Co nie jest przypadkiem, Venom lub Kuba Knap zdążyli już wcześniej udowodnić, że z praca z producentem Prosto Label owocuje w dobre kawałki. Współpraca roku i jednocześnie jedno z lepszych nagrań.


Producent roku- Emade. To był rok dobrych produkcji. DJ Eprom odkurzający oldschoolowym styl, Soulpete wydający rzecz niespotykaną jak dotąd, jednocześnie cholernie dobrą, Sir Mich będąc świadomy nowych trendów i świetnie poruszający się w nowoczesnych brzmieniach, czy też wracający w ostatnich tygodniach Noon do spółki z HV lub Czarny HiFi mocnym akcentem zaznaczyli swoją obecność w polskim rapie A.D.2014. Mało kto potrafi z posępnych, niepozornych dzwięków stworzyć epopeję która rozbudziła skazanego przez wielku na koniec Hadesa. Co prawda, sukces "Czasoprzestrzeni" to nie tylko dzieło jednego z braci Waglewskich ale bez solidnych fundamentów ten projekt legł by w gruzach.
Album producencki roku- Soulpete- Soul Raw. Na temat tego albumu można rozpisywać się godzinami.  Na przekór napisze krótko- pozycja obowiązkowa!


Wtwórnia nr 1.- Alkopoligamia/Asfalt Records. Pierwsze półrocze wskazywało na to, że sotłeczna Alkopoligamia zgarnie palmę pierwszeństwa wśród hiphopowych wytówrni. Mocne pozycje w drugiej części roku jak DJ Eprom&Sensi i Sarius na bitach O.S.T.R. ostatecznie pokazały, że to dwie wytwórnie wiodły prym wśród labeli.


Klip roku (Polska)- Fisz/Emade- Pył feat. Justyna Święs. W tej kwesti nasza rapowa scena się nie popisała. Przytoczone przez Popkiller.pl zestawienie najpopularniejszych teledysków na YouTube rozczarowało. Choć mam świadomość, że YouTube okupują głównie młodsi słuchacze to owe zestawienie okazuje jeden smutny trend- #Gimb_money. "Pył" video promujące ostatni album duetu Fisz/Emade, wyróżniony Yachem za najlepszy polski teledysk będący prostym, a zarazem nurtujący obrazem w pełni oddaje klimat nagrania.


MVP- PRO8L3M. Jak napisałem w swojej recenzji, ten duet to największe zaskoczenie na plus w ostatnich latach. Muzycznie rzecz dla wybranych, mających w Polskiej muzyce utopione sentymenty, emocje bądź lata młodości. Ale i sama muzyka nie wystarczyła by gdyby nie rap. Mało kto spodziewał się, że typ o soczystym flow, momentami skrajnie niewyraźnym zastrzęśnie całą sceną. Oskar ma jedną cechę która wyróżnia wybitnych raperów, a której brakuje tak wielu- haryzmę. Bez promocji, głośnych featów, lokowania produktu w tanich klipach PRO8L3M zawstydził przehypowanych nudziarzy.


Kawałek roku (Polska)- DJ Tuniziano feat. JWP, Warszafski Deszcz, Sir Mich. Klasyk Wu-Tang odświeżony przez czołowego DJ w kraju, z doświadczonymi wyjadaczami. Efektem jest mistrzowski track. Żaden z MC nie zawiódł, a sam kultowy kawałek nabrał świeżości.Tak się robi hip-hop...


Najważniejszy beef- (-) Kategoria którą odpuszczam. W tej dziedzinie na ziemi Polskiej jak i na matczynym terenie hip-hopu było delikatnie mówiąc...słabo.

Zaskoczenie roku- Vixen. Poprzednie wydawnictwa byłego już członka RPS poza przyzwoitym poziomem niczego nie wnosiły. "Loco Tranquilo" to zupełnie nowe otwarcie w karierze i zupełnie nowy Vixen. Pełen wirtuozerii, charyzmy, wyczucia smaku. I oby bardziej szalona część wzięła górę w tym nietuzinkowym alter ego. 


Rozczarowanie- Tau/Ab-Soul. Z całym szacunkiem, w pełni szanuje postać Tau, jego przemianie i chęć ewangelizacji rapu i młodzieży. "Oddaje płytę tym którzy szukają Boga"- ok, tylko zamiast poszukiwań Boga, dojrzałych rozważań na temat egzystencji i relacji ze Stwórcą, mamy do czynienia z intensywnym kazaniem. Nie odmawiam "Remedium" wysokiego poziomu. Dla wielu jest to czołówka roku i trudno odmówić im racji bo i argumenty się poniekąd zgadzają. Muzycznie spójna i porywająca, orygnialnością wręcz kipiąca, a sam gospodarza pokazujący że raperem jest z wysokiej półki. Lecz momentami zahaczające o taniość wnioski, wyświechtane hasła bądź po prostu słabsze wersy jak o antyglobaliście w Nike obniżają rangę tego wydawnictwa. Szkoda, bo przy odejściu od bycia bardziej Papieskim od Papieża Tau mógłby roznieść scenę.

Ab-Soul- od pierwszego zetknięcia się z reprezentantem Black Hippy miałem przekonanie, że w rap grze pozostawi swój ślad jak mało kto. O "These Days..." co prawda można napisać sporo pozytywnych rzeczy lecz przy potencjale członka TDE to i tak za mało. Nie do końca sprawdziła się koncepcja albumu podobnie jak i sam gospodarz monotonnie wodzący. Mimo wszystko, nadal widzę w tym typie szansę na lepsze czasy dla brudnego, stylowego rapu.


Powrót-Noon. Zaraz, zaraz jaki powrót? A tak, kilka lat Noon trzymał się na uboczu, powrót być może nie przyniósł albumu wybitnego lecz pokazał, że nie bez przyczyny byłego członka składu Grammatik uznajemy za legendę sceny. 


Klip roku (USA)-  Schoolboy Q- Break The Bank. Klipy w mainstreamie zza Wielką Wodą opanowała epidemia. Dupy, dupy, dupy i jeszcze raz dupy wszędzie. Ok, kobiece pośladki były obecne w teledyskach nie od wczoraj lecz takiego nawału damskich "zderzaków" jeszcze nie grali. Między innymi dzięki tylnej części ciała Nicki Minaj może zawdzięczać sukces w 2014 roku. Klipem roku w prywatnym zestawieniu zostaje gruby sztos- "Break The Bank". Oxymoron nie do końca przekonał, o czym świadczą recenzję w USA, jednak osobiście widzę ten krążek w czołówce roku. Video z córką Quincy`ego zrealizowany w rodzinnym L.A. szybko zachęca do ponownego sprawdzenia.


Album roku (Świat)- Big K.R.I.T.- Cadillictica. Rap w USA roku 2014 do szczególnie udanych zaliczyć nie może lecz kilka dobrych albumów mainstreamowi amerykańskiego odmówić nie można. Run The Jewels2, Schoolboy Q, J.Cole, powrót w dobrym stylu weteranów czyli A Better Tomorrow ekipy Wu-Tang Clan lub w niezłym stylu potwiedzający duży potencjał Fabolous.Dlaczego akurat Cadillictica? W prywatnym rankingu minimalnie wyprzedziła RTJ2. Na nowym legalu gracza z Missisipi nie ma słabych momentów. Flow wbijające w fotel, tekstowo intrygująca, muzycznie wprowadzająca w klimat. To jeden z tych albumów co okupuje przez długie tygodnie odtwarzacz.Z czystym sumieniem- KLASYK.


Hot16 Challenge-Kękę. Nie przekonała mnie taka "forma" rapu. Ale wolę raperów wrzucajacych swoje często wymuszone, nieogarnięte i mało orygnialne 16tki niż polewających się zimną wodą. Miano "Króla" gorących szesnastek przyznaje reprezentantowi Radomia- Kękę. Jako jeden z niewielu podszedł do tematu na luzie i bez spiny w zgodzie ze swoją prostą aczkolwiek charakterystyczną nawijką potwierdził wysoką formę z ostatnich miesięcy- obecność na Kodex V bądź kilka świetnych featów. Warto czekać na marzec i drugi legal dla Prosto.
Na podium również widzę- Tede`go i Sariusa.
 


Kawałek roku (USA)- Big K.R.I.T.- Cadillictia. Przypominam, to ranking subiektywny więc pewnie niewiele osób zgodzi się z moimi wyborami. Tytułowe nagranie z ostatniego LP Big K.R.I.T.`a  to kwintesencja stylu 28-letniego rapera z Missisipi. Nienaganna technika, świetne przyspieszenia, lirycznie wybijający się przed szereg, refrem na długo wpadający do głowy. "Replay" w ciągłym użyciu.
Również Yelawolf z kawałkiem "Till It`s gone" zasługuje na pochwały.


MVP (USA)- J.Cole. Pochwały o albumie roku okazały się być nad wyraz. Od urodzonego we Frankfurcie rapera lepsze albumy wydali wcześniej wspominani Big K.R.I.T. oraz RTJ. "2014 Forest Hills Drive" pozostawia po sobie niedosyt, a zarazem pokazującym progres i że obrana droga okazała się właściwa. 


Mixtape roku (USA)- (-). Lepiej przemilczeć, tzn. ominąć tą kategorie. 

Producent roku (USA)- Statik Selektah. Wybór mocno subiektywny. Co prawda, z łatwością można znaleźć grono beatmeakerów o których było głośniej. W tych stricte eastcoastowych beatach można znaleźć wszystko to co najlepsze w rapie z NY. Nic dziwnego że debiut Joey Bada$$`a budzi takie emocje.


Debiut USA- YG. Nie jest to mój faworyt. I pewnie nigdy nie będzie. Wybór mocno naciągnięty. Konkurencji w zasadzie brak. Ale to nie powód do dumy...




Skoro nowy rok to i czas na życzenia noworoczne. Życzył bym sobie wszystkim którzy w tej kulturze tkwią by rap w wydaniu Polskim jak i globalnym był lepszy niż ten z ostatnich 12 miesięcy, by przybyło Nam kilka klasyków, grubych sztosów, beefy były oparte na argumentach i dalekie od fochów a`la gimbus, na scenie było mniej kserówek, a wykonawcy nie kopiowali wszystkiego na ślepo. Czego można się spodziewać po 2015 roku? Joey Bada$$ w pierwszej połowie roku narobi wielkiego szumu, a K.Dot będzie najgłośniejszą ksywką sprawiając ból głowy wielu osobom. Na naszym "podwórku" mam wielkie oczekiwania co do nowy wydawnictw Rasmentalim, Dwa Sławy, Kękę, kolejnej solówki TDF-a, legalnego debiutu Quebonafide. "Życie depcze wyobraźnie" więc tak dobrze zapewne nie będzie. Mimo wszystko kozackiego rapu A.D. 2015! 

Krzywa Kroopa

Pozdrawiam

wtorek, 16 grudnia 2014

„Pozdrawiam tych co ciągle żyją Grammatikiem”...czyli recenzja HV/Noon- HV/Noon

Rok 2014 powoli dogorywa, a z nim trwa w najlepsze wyścig wydawniczy. Niemal co tydzień bardziej lub mniej oczekiwania premiera, niemal co tydzień jest na czym ucho „zawiesić”. W kategorii „album producencki” także na bogato. Fabster, Czarny HiFi, to tylko skalpy ostatnich tygodni. O petardzie Soulpete z pierwszej połowy roku nie wspominając. Walka o miano najlepszej płyty wśród producentów będzie zagorzała a swoje trzy grosze zapewne dorzuci duet HV/Noon. Bo gdy do gry wraca taka postać jak Noon wspomagana przez niebanalny styl HV to czy można przejść obojętnie obok takiego wydarzenia?
Info o tej kooperacji zahaczało o rangę „Breaking news”. Domysły o brzmienie owocu tej współpracy napędzały smak, a dobór gości dodawał pikanterii. Dwóch producentów wpisujących się w nurt wielkomiejskich dźwięków oddających topografie budynków, chodników i odnowionych elewacji do niedawna oznaczonych językiem miasta. Zestawienie lekkiej elektroniki z samplingiem Noona sprawiało wrażenie, że lejce w tym projekcie przejmie ten drugi. Nic bardziej mylnego. Album wspominanego duetu to kompromis na którym wszyscy zyskali.
Hatti Vatti z ugruntowaną pozycją na scenie i ze świeżo zebranymi pochwałami za album “Worship Nothing”od początku przekonuje Nas, że to „jego” usłyszymy w większym stopniu na tej płycie. Od pierwszych sekund hipnotyzujące lekkie basy, subtelne pogłosy bądź masa delikatnej elektroniki, spokojnie rozchodzącej się po głośnikach. To czas kiedy HV ma szansę rozbudować solidną podstawę od Noona. A sam Noon, przyczajony lecz we właściwych momentach wychodzący z całą paletą klasycznych brzmień. Efekt? Niby subtelne basy przeplatane z żywcem wyrwanymi z lat 80-tych syntezatorami, czujnymi perkusjami i udanie wkomponowanymi gramofonami, raz łagodzące klimat, dwa w numerach z gośćmi podkreślające wokale.
W tym wszystkim świetnie odnaleźli się zaproszeni raperzy. Wybór? Stare wilki, dobrzy znajomi oraz dobrze czujący się w takim brzmieniu solidni gracze. Najbardziej zaskakujący na plus- Hades, w pełni czujący klimat i przy formie z „Czasoprzestrzeni” emanujący pewnością, potrafiący znakomicie wstrzelić się z swoim ciężkim flow w bit. Eldo czujący się w tej estetyce jakby to miał monopol na „Światła miasta”, a Małpa z pozoru brzmiący jakby był na tym projekcie za karę, z czasem rozkręca się z każdą linijką: „Zmiany zachodzą zbyt prędko, ponoć umyka mi piękno. Powinienem zwiększyć tempo czy na wszystko machnąć ręką. Nie ma miedzy nami chemii. Choć żyjemy obok siebie każdy siedzi w swej pustelni. Krążę po Eternii, szukam super-bohaterów. Mimo, że są nieśmiertelni, nie zostało ich zbyt wielu”. Wersy te nie są odosobnioną historią, całe grono dostosowało lirykę do tych miejskich, mocarnych aranży. Na próżno szukać tu hashtagów, agresywnych przyspieszeń lub newschoolowych akcji z kserówkami w tle.
Może to archaiczne rzemiosło, dla wielu zbyt oderwane od rapu XXI wieku lecz w pełni sprawdza się w tej stylistyce. Jednak, żeby nie było zza „kolorowo”, momentami razi ten nadmiar trueschoolu- patrz numer z Jotuze. Lirycznie na plus, jednak zastygłe flow przypomina o długim rozbracie z rapem, choć pióro wciąż potrafi dać wiele: „Czasem ktoś pyta o to jak się odnajduje, normalnie mówię tylko już nie rymuje. Odcinane kuponów nie leży w mej naturze więc nabijam statystyki, od tego nie mogę uciec. Mam swój cel w życiu nie jest to pogoń za kwitem, pozdrawiam tych co wciąż żyją Grammatikiem. Idę do przodu pewnie składając kroki”. Z mocnym akcentem swój udział podkreśla niepozorna Misia Furtak, której delikatne wokale przywołujące skojarzenie z zespołem Pustki, świetnie komponują się z muzyczną Idyllą. To jedno z tych nagrań na którym smętne produkcje nie przyprawiają o zgryzotę, a rutyna zamienia się w wyjątkowy klimat.
Być może to ten czas, uczucie dopełniającego się pewnego etapu, zabiegani w ślepym pędzie ludzie lub wszechobecny terror komercyjnej wizji świąt obdarty z sedna sprawy sprzyja takim klimatom. Wówczas zakorzenione w miejskich fundamentach dźwięki Emade, Czarnego HiFi bądź duetu HV/Noon mają swoje „5 minut” w hiphopowym kalejdoskopie. 11 tracków wystarczyło by się „najeść”, czy to syta? Rzecz subiektywna. Do miana klasyku zabrakło kilku rzeczy. Momentów zaskoczenia, by złamać ten kontrolowany ład, chwil które zabrudziły by ten w pełni dopracowany materiał czy też jeszcze większej wartości dodatniej od zaproszonych przedstawicieli hip-hopu.
Ten album to towar dla wybranych, którzy w wyszukiwaniu niuansów, szeregu dopracowanych detali potrafią docenić kunszt autorów. W okresie gdy „Światła miasta” przez większą część doby okupują ulice, z łatwością można wpaść w ten czar. To album na którym nie ma nic nachalnego, ani bitów ani nawijek. Spokojnie poukładane, w pełni przemyślane i dopracowane bity, rap na poziomie, sporo w tym wszystkim logiki. Od doboru zaproszonych gości po samą muzyczną koncepcję. Raperzy z nieco niedzisiejszymi wersami, czujący spokój, godzący się by nie wysuwać przed szereg. W zasadzie, jestem stanie zrozumieć tych którzy szybko wpadną w wir tego klimatu i tych którzy szybko odpuszczą. Cecha stała rzeczy dla wybranych.


Ocena: 7/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam



sobota, 6 grudnia 2014

„Polskie drogi”.... czyli recenzja: Sarius- „Daleko jeszcze?”

Gdybym miał się wybrać w daleką podróż, to zabrał bym ze sobą co najmniej trzy albumy. Nie, owa trójca nie ma polskiej metki lecz w zależności od wielkości bagażu lista muzycznych towarzyszy rosła by jak korek na „Zakopiance” w sezonie. Rok temu nie czułem tej mocy. Co prawda, „Blisko Leży Obraz Końca” sporadycznie pojawiało się w głośnikach ale na daleką podróż Sarius wydawał się jako określony kompan- krótkodystansowiec. Przy kolejnym wydawnictwie to nie kwestia czy zabrać dzieło rapera z Częstochowy ze sobą lecz czy dać się zabrać autostopem w jego drogę.
Solidny, mający świetne ucho do bitów, smykałkę do dojrzałych spostrzeżeń socjologicznych, z natury pewny siebie i budzący ciekawość nieszablowymi narracjami. Nieco przypominający w pierwszym kontakcie WuDoe, może to ta sama tendencja do usypania? Zamiast bawić się w kolejne wyliczenia obrazujące bohatera zdradzę ksywę- Sarius. Co raz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ciekawa osobowość i otwarty umysł zawsze obroni się w rap grze. Podobnie jak w przypadku starszego kolegi po fachu, to rap dla wytrwałych, którzy nie odpuszczą przy pierwszym przystanku.
Zawsze uważałem, że udany dobór producentów to więcej niż połowa sukcesu. Bo i niedociągnięcia we flow bądź brak weny nie biją tak po uszach. DJ Eprom był niczym Scottie Pippen dla MJ23, ciągnący za uszy na wyższy level. W pełni podkreślający wszystkie mocne strony, starannie odciągający uwagę od niedociągnięć. Na „plecach” rasowych produkcji rap Sariusa zyskał na wartości. Klimat rzadko już spotykany na krajowych wydawnictwach, „team spirit” między MC a beatmakerem jakby nagrywali ze sobą rap od dekady. Połączenie sił z O.S.T.R. i z jego, z całym szacunkiem nieco przewidywalnymi bitami, które z definicji mogłyby spotęgować senność nie nastrajało pozytywnie.
O ile nie doceniłem na starcie możliwości tej kolaboracji to od pierwszych singli wszystko stało się jasne, w praktyce, ten projekt ma wiele do zaoferowania. Przy standardowych dla Adama dźwięków, wtórność która pojawiła się na horyzoncie przeszła obok. Jak na „True newschool”, gdzie jakby napisał by blogger a`la hipster, „epicki” aranż ożywia tego spokojnego rapera który rok wcześniej przodował w niższej wadze. To lewym sierpowym potrafił przysolić kąśliwym przyspieszeniem, to bezkompromisową nawijką gasi hejterów i obnaża płytkie podejście do rapu współczesnych odbiorców, to prawym podbródkowym znienacka wbija się na bit, to w refrenie zwalnia by w kolejnej zwrotce znowu narzucić szybkie tempo.
Na jednym singlu wysoka forma się nie kończy. W zasadzie „Daleko jeszcze?” jest wolne od słabszych momentów. „Cudze listy” porywające bezkompromisową nawijką, „Tak bardzo ja” gdzie wszystko zagrało na szkolną „szóstkę”, „Pod-pretekstem” z gościnnym Jeżozwierzem i agresywnym flow obu graczy, „Kompas” z emocjonalnym podsumowaniem przebytej drogi, bądź tytułowy track gdzie dostajemy odpowiedź na podstawowe pytanie tego albumu. Wracający po roku Sarius zyskał na pewności. Flow urozmaicone i brzmiące tak, że ciężko mu coś zarzucić. Potrafiący wstrzelić się w klimat każdego bitu, umiejętnie wykorzystujący swoje możliwości: świetną dykcję, charakterystyczne flow, intrygujące metafory oraz duży potencjał tekstowy.
I w tym miejscu należy zatrzymać się. Jak na debiutanckim krążku tak i tu warstwa tekstowa wybija się z przeciętności. Na pozór proste, pozbawione nadmiernej ilości hashtagów, follow up`ów, czy też wyszukanych metafor wersy, wodzą niczym mityczny biały królik. Osobiste wyznania, wspominki z dzieciństwa, refleksje o społecznej naturze lub trafne analizy, to linijki w których autor zostawił sporą cząstkę siebie, dzięki czemu można puścić w niepamięć słabsze wersy jak nieco taniością brzmiące: „Dawaj to mp3, nie mam już miejsca na wave. Mama daj mi z10 minut chce pozgrywać wersy. Będę jak Magik. Kto? Gość z mojej kasety”. Choć mamy też kilka perełek jak: „jak Kuba Bogu, ta Kubie mów mi Castro”. Mimo tej prostoty jest w czym się zagłębić: „Za parę lat rozkminię, że nie można nie być skurwysynem. Za parę lat rozkminię, że trzeba zrzucać winę. Wychodzić za linię, a mówić, że to niemożliwe. Lecieć na linie, jak Hugo, do którego się nie dodzwoniłem nigdy. O problemie zapomniałem, poszedłem na frytki. Krzywdy z tamtych czasów były bardzo miłe. Choć tego kurwa elementarz nie napisał nigdzie. Życie to baba wielka, co stoi na ludzkiej krzywdzie. Wybiera Cię, a zgromadzenie czeka. I musisz, a nie chcesz, dotknąć butem dna #butelka. I nie wiesz, czy śmieją się z Tobą, czy z Ciebie #stand up”. Wachlarz podjętych tematów za nic nie da wyłączyć się słuchaczowi. Kolejny raz Sarius pokazuje, że ma sporo do powiedzenia i że nie popada w sprawdzone schematy, a w połączeniu z wyrazistym flow z łatwością utrzymuje uwagę.
Muzycznie również jest dobrze. Do szuflady zwanej „produkcje O.S.T.R.” trafia kolejny album. Nie ma co mydlić oczu, nie jest to pozycja przełomowa, także w bogatej dyskografii Adama. Ale co ważne nie potrzebne było odkrywanie prochu na nowo, te sprawdzone dźwięki w pełni pozwoliły Sariusowi rozwinąć skrzydła. Niemal standardowe produkcje: klimatyczne sample, subtelne werble, trafione cuty, trueschoolowe brzmienie w pełni wpadające w styl częstochowianina. Kilka petard jak lekko niepokojący „True newschool”, smakowity sampel w „Daleko jeszcze” , klimatyczny „Kompas” lub „Pod pretekstem” z twardym basem. Wysoki poziom marki O.S.T.R..
Jeśli na podstawie tego albumu miałby powstać film, to gatunek „road movie”wrócił by do łask. Podróż na jaką zabiera Nas raper z Częstochowy warta jest przebytej drogi, a w zasadzie poświęconego czasu. Jako czujny obserwator intryguje, jako pilot wycieczki zachęca na więcej. Im więcej Sarius wspomina o swoich doświadczeniach tym bardziej zwraca uwagę i nawet gdy odchodzi na bardziej uniwersale rewiry to potrafi utrzymać poziom. Pomysł na tracki, smykałka do ciekawych wersów, flow w wysokiej formie, wszystko się zgadza. Goście dostosowali się do poziomu gospodarza, w szczególności Ras i Jeżozwierz, bity dały moc, a klimat nie przytłoczył. Choć pogoda zza oknem nie zachęca do dalekich podróży to ta jaką serwuje nam Sarius nie wymaga nadmiernej rekomendacji. 

 

Ocena: 8/10
Krzywa krooopa
Pozdrawiam 

 

 

poniedziałek, 17 listopada 2014

„No to mamy problem”.... czyli recenzja PRO8L3M- Art Brut mixtape

Trochę czekałem by dostać swój fizyk najbardziej gorącego towaru w polskim rapie od dłuższego czasu. Nie było wyczekiwania z rumieńcami jak za dawnych lat, ale niewiele brakowało. Zajawka jak z początków przygody z rapem, co w dobie obecnej muzyki na „wyciągnięcie ręki” jest specyficznym zjawiskiem. Egzemplarz fizyczny to już niemal rzecz naturalna ale tutaj każdy chce mieć swój. Ok, nielegal, ale aż taki hype?
W świecie idealnym, Oskar miałby spory „problem” w zaistnieniu na scenie. Flow brzmiące jak głos przepitego nad ranem melanżowca, pełne nieczystości, momentami trudne do rozczytania, wręcz wołające o wizytę u logopedy, a mimo to przykuwające do głośnika. Konia z rzędem temu kto by przewidział sukces w rapie tego typa. Casus „soczystych” nawijek od Vienia, Kękę, Jokę po Żyta, pokazuje, że brudne rapsy są pożądane. W tym całym brudnym stylu, dalekim do ideału rapie Oskar jest pewien smaczek. Rzadko kiedy o tak mało doświadczonym typie można użyć przymiotnika „jakiś”. Na tle kserokopii w rodzimej rap grze wyrastając na „srebrnego lisa”, będący jednocześnie na tyle autentycznym, że z łatwością można kupić przytoczone historie. Odpuszczając sobie sprawdzone trendy i wszelkie newschoolowe metody, ten na pierwszy rzut oka niszowy pomysł na rap szturmem zdobył scenę. Jednak czy to na dłuższą metę gwarantuje utrzymanie?
O ile EP-ka była świeżym materiałem, na tyle niepowtarzalnym by z miejsca przykuć uwagę to powtórka z historii mogłaby być już nie do przeżycia. Kontynuacji „C30-C39” nie ma i całe szczęście. „Art Brut” to mądre rozwinięcie projektu w muzycznej formie jak i w rapie Oskara.
Zaskakujący jest fakt, że fenomen PRO8L3M-u nie uciekł ani na centymetr. Oskar jako dokumentalista niczym Andrzej Fidyk wciąż intryguje: „To chyba klątwa była na tych ziomkach. Pierwszy seplenił, a drugi bluzgał kurwa i się gra-gratis jąkał. Z je-jednej klatki, z jednej ła-ławki. Matki to sąsiadki, a my od zawsze braćmi”. Rapujący jakby od niechcenia jednak dalej rażący charyzmą. To ochrypnięte flow wciąż na tym samym patencie, często eksploatowane na maxa, chwilami owocne w udane przyspieszenia, mocne wejścia w bit lub przeciąganie słów.
Gdy potrzeba, Oskar potrafi zaskoczyć jak w „Ja ja ja pierdole” gdzie jąkania wypadają bardzo naturalnie bądź w innym tracku luźna rozkminka nad zagubionym poczuciem czasu brzmiąca jak zapis prawdziwego zdarzenia. Wolniejsze nawijki nie tracą na jakości, tu do głosu dochodzą bardziej dojrzałe przemyślenia, ujęte w charakterystycznej dla Oskara konwencji: „Życie pokazuje zbyt dużo ohydztw. A podobno to cud boży, więc. Czemu Bóg jest bezlitosny Czemu ludzie są wredni, podli? Widzisz na krześle typa z szyją w pętli?”. Nawijając z głową, zmysłem wyczucia, a jednocześnie przy zachowaniu dozy szaleństwa. Nawiasem mówiąc (pisząc), jeszcze większą dozą niż na wcześniejszym wydawnictwie.
Słuchając wersów spod pióra Oskara mam wrażenie, że w mojej głowie samoistnie powstaje komiks. Dla tych którzy jarają się opowieściami prosto z klatek schodowych to niemała gratka. Bo na „Art Brut” mamy narracje na najwyższym poziomie: „Nie wiedział co go czeka gdy otwierał szufladę. Gdzie grudy? Gdzie flota? Ktoś kradnie? Bezprawie. Opadł bezwładnie na fotel i kmini fortel. Jak odzyskać forsę iii... kokę. Zbiera fakty Dwa dni temu włożył do szuflady, tam gdzie ma kompakty/ Kurwa! Żarty- było, nie maJak to się zaczęło? Cholera, wiem”. Gdzieś pomiędzy tymi opowieściami czuć sporą dawkę ironii: „W myślach mówię skarbie, tego się nie wyzbędę. Uczucie pazerne, jest jak zatrucie, mam gangrenę”. Wszystko to okraszone wielokrotnymi rymami, bystrymi follow up`ami bądź kontrolowanym chaosem jak wcześniej wspominany popis w „Ja ja ja pierdolę”.
Dystansując większość peletonu, Steez83 wbił klina w dotychczasowe, tegoroczne dokonania kolegów po fachu. Upychając na jeden album całą dekadę polskiej muzyki nie zamienił zajawkowego projektu w archaiczny relikt. Niezależnie od klimatu, flow Oskara zaaranżowane jest na szkolną „szóstkę”. Tnąc z precyzją neurochirurga winylowe pocztówki z przeszłości na większe bądź mniejsze części wypadając świetnie w obu przypadkach. Dłuższe sample sprawiają wrażenia jakby to Oskar momentami featował na tym projekcie. Wysamplowane refreny cennie wzbogacają, gdy trzeba dopisując treść do niedopowiedzeń ze strony Oskara jak w kawałku „Pan Bóg Twój”, gdzie z wokalem Krystyny Prońko refren brzmi jak dialog, natomiast w „Nie ma ratunku” aksamitny głos niweluje ekspansję nieczystości brudnej nawijki Oskara, podobnie jak w kawałku „Księżycowy krok” gdzie wokale Pawła Kukiza osiągają podobny efekt.
Aż chciało by się poświęcić kilka linijek pojedynczo każdemu kawałkowi, jednak nikt by nie dotrwał do końca recenzji. Od Breakout, Lombard, Dwa Plus Jeden, Aya RL po Halinę Frąckowiak, spectrum zaczerpniętych dźwięków na tyle bogate by nagrać kilka wydawnictw. W zasadzie, opierając niemal cały mixtape na jednej estetyce można popaść w ramy wtórności. By dokonać takiego muzycznego zestawienia potrzeba niemałej dawki odwagi, otwartości i dobrego poczucia smaku. I pewnie to część recepty na sukces tego projektu.
Śledząc krajową scenę można dostać swoistego kaca. Bity łudząco podobne do siebie, raperzy tematycznie brzmiący jakby pisali teksty przez kalkę. W zasadzie PRO8L3M nie rodzi niczego nowego na scenie. Historie z blokowisk? Były. Klimatyczne koncept albumy? Były. Samplowanie polskiego dziedzictwa muzycznego? Bywało. Ale brakowało w tym wszystkim udanego wykonania, niepodrabianego klimatu, pójścia na całość. W tym przypadku wszystko zagrało, Oskar brzmi jakby produkcję od Steeza byłby mu pisane, Steez83 w pełni czuje możliwości swojego towarzysza umiejętnie dozując moc bitów. Mimo tego, że flow warszawiaka nigdy nie będzie należało do czołówki sceny to nie stanowi to „problemu”, a wręcz przeciwnie.
Jak to często bywa, początkowy „boom” potrafi szybko minąć. To co jarało przy pierwszym spotkaniu irytuje na dłuższą metę. Ale nie tym razem, „magia” tego projektu trwa w najlepsze. Niech nikt nie odziera duetu PRO8L3M z tego czaru, niech mainstream nie okrada z tego charakterystycznego klimatu. Duet Oskar&Steez83 to „problem” dla sceny, bo pokazuje jak blado wygląda jej większość.



Ocena: 8/10
Krzykwa kroopa
Pozdro