Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asfalt records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asfalt records. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Open Bar...... czyli recenzja Rasmentalism- Wyszli coś zjeść

Dekadę temu hip-hop wyglądał inaczej. "College Dropout" tętniło żywiołowością i autentyczną zajawką daleką od narcystycznej lanserki, OutKast brzmiał szalenie jak stylówki Andre 3000, a Cee Lo-Green.. no cóż, jego czas nie rusza. To właśnie ten etap w historii rapu okiełznał dwóch typów ze wschodu Polski. Kolebka to iście zacna, oparta na mocnych fundamentach, pełna żywych monumentów, której żadna moda nie zabije i żaden raper nie strawi. Nie strawi również drugi album Rasmentalism który wyciąga wszystko co najlepsze w tej konwencji, jednocześnie udowadniając, że świetny debiut nie był wypadkiem przy pracy, a naturalną konsekwencją.
Po debiutanckich "Herodach" obsypywani laurami, tarzający się w propsach, okupujący trasy koncertowe niczym mityczna czwórka z Liverpoolu, wolni od hateów jak mało kto. Ten błogi stan mógł rozleniwić, bo trudno było się oprzeć wrażeniu, że scena wpadła w sidła tej dwójki dobrowolnie abdykując koronę, a otwieranie nowo powstałych mostów i nadawanie nazw ulic nazwiskami dwóch gości którzy wyszli coś zjeść jest kwestią czasu. Wpychani na siłę w ramiona syndromu "drugiej płyty" po raz kolejny wykazali się przebiegłością a`la wytrawny kieszonkowiec. Już po pierwszych singlach można było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że A- obawy Ras`a z "Ładnego życia" o poróżnieniu i spornej naturze mamony okazały się bezpodstawne, B- obniżeniu lotów nad Zamościem nie było i długo nie będzie.
Progres w formie Ras`a wita Nas u progu: "Pytają pod nosem czy Arek się zmienił? Jak w nowej furze wiozę stare problemy. Po najgorszym mam najlepszy rok w życiu. Boję się chujowej płyty, czuję wzrok typów. Ale spoko, nie wyplułem jeszcze ton syfu". Nie tyle same linijki, a gładkie poruszanie po bicie urzeka od początku. Ta lekkość w wbijaniu ironicznych szpilek: "Sprawdziłem zwykłe życie jak Hetman dno. Co? To nie dla mnie, wystarczy, że miasto w tym tonie dla mnie. W dobrym tonie były drogie restauracje. Takie nazwy w karcie, że jadę po niej palcem", ta zdolność w subtelne wtapianie emocji budzące niewymuszoną empatię, to nie rzecz nabyta, a jedynie podszlifowana, tak dobitnie obecna na tym albumie.
Błyszcząca już na "Herodach" czystość flow nawet nie dające powodu do podważania formy oscyluje wokół czołówki krajowej. Lekkość w rzucaniu rymów, z finezją budowane zmiany tempa, błyskotliwe przyspieszenia, gra na rymach, aż prosi się o więcej. Idące w zgodzie z wokalnym rzemiosłem sprawne pióro równie nurtuje: "Nawet nasze blanty palą się ze wstydu. Kto prowadzi moje życie kiedy siedzę z tyłu. Jak możesz zazdrościć hajsu jeśli nie wiesz co chcesz kupić. Czy chcesz co raz starszych dzieci czy co raz młodszej dupy? I tak wszyscy tracą czas tu. Szukają zatrudnienia z piracka mapą skarbów. Z miną jakbyś płacił za pięć gramów majeranku". Wchodząc na bardziej uniwersalny grunt nie dosięga Nas kazndzoiejski ton, ale gdy do głosu dochodzi prywata, gospodarz nie oszczędza sam siebie: "Pali mnie spotlight, po co chciałem światła? Kto mi to nagrał? Jestem Michael Douglas. Brudne flow, czyste ciuchy, wolny umysł, szybkie ruchy. Sprzedaję emocje, nikt ich nie kupi, muszę być tym, który nic nie musi. Wkręcam w banie tylko to, co przegrałem, nigdy to, co rzeczywiście mam. Po pierwsze to ja, po trzecie to szczęście, po drugie zaraz wymyślę- ja".
W zasadzie każde oblicze Rasa zyskało na wartości jak poczucie luzu lub ironicznej autorefleksji: "Milion dobrych wersów rzucam jak frisbee. Nie dbam o nie i w co to trafi. Tysiąc biletów, ale wiem, po co przyszli. Jebnąć sobie fotę z nami". Choć nic tak nie urzeka jak osobiste wędrówki: "Jak coś źle wymawiam - chyba nie byłeś przy nas tam. W sumie jakbyś był, czemu miałbyś przy nas stać. Patrzyli krzywo jak my na tych z prywatnych szkół Czy jak się najesz wstydu, to zaspokoisz jakiś głód? Karmiły nas marzenia, teraz widzę jak każdy schudł. W tych narracjach z łatwością można zatonąć, jest dojrzale, daleko od naciąganej martyrologii, którą notabene wykpił w "Nie jestem raperem".
Nie lada sztukę wykonali chłopaki z Rasmentalism. Z jednej strony emanując świeżością, z drugiej wykonując krok wstecz do czasów gdy sami jeszcze byli uczniami koledżu. Gdy parę lat temu na "Dolerean" sample z "Jesus Walk" nieśmiało przebijały się z pod wersów o pierwszej miłości do rapu można było brać garściami ten vibe. Od "Hotelu Trzygwiazdkowego" Ment skrupulatnie uzupełniał wachlarz swych umiejętności, odrabiając lekcję po lekcji. Tak obficie jeszcze nigdy nie było. Torpedowanie bębnami, upychanie perkusji tam gdzie tylko się da, samplowanie wokalami, flirtowanie z syntezatorami, zabawa z poziomami. Z pewnością druga część Rasmentalism nie zna umiaru. O monotonni również mowy nie ma, maltretujące tempem "System interwałów" lekko łechcący o The Streets, "Nocny" z wielkomiejskim anturażem pod który mógłby nawinąć Wiz Khalifa do spółki z Curren$y. Jednak prawdziwe apogeum ujawnia się gdy brak kontroli dochodzi do głosu. Przy pełnym akompaniamencie chóru gospel wodzącego z przymrożeniem oka w "Nie jestem raperem", ciepłe sample w "Nie jest tak"- mamy wszystko co fabryka dała.
Zupełnie przekonuje mnie Ment w tym wydaniu. Te wszystkie rytmiczne partię, zmienna dynamika, wielogłosowe wstawki, zestawione z subtelną elektroniką przypominającą, że to rok 2015 i już drugie LP na koncie. Być może wyrafinowanie Menta wychodzi momentami na jaw, maltretowanie w końcówkach utworów, jakby ten ład i gładkie produkcje miały drobne rysy. Mimo wszystko ten sam Ment daje tyle przyjemności podczas odsłuchu, że ciężko nie oddać mu respektu. Bo "Wyszli coś zjeść" nie traci na rutynie, wręcz przeciwnie. Bogactwo dźwięków dowodzi, że łańcuch na szyi z okładki (co prawda Rasa) jest zasadny.
Zasadne jest również konsumowanie tej płyty w całości. Brak słabszych numerów ale i wtórnych. Z drugiej strony, jest to materiał zróżnicowany, pozwalający złapać wytchnienie by później znów wpaść w dziki bieg. Wprawdzie zapowiedź szefa Asfalt Records o tym, że najlepsze kawałki nie należały do singli jest dyskusyjna. Forma gości jest co najmniej zadowalająca, nie zakrywa popisów gospodarz ale i nie powoduje obniżenia poziomu jak chociażby charakterystyczne dla Dwóch Sław wersy lub przyjemny dla ucha refren od Klaudii Szafrańskiej. 
Gdy w mainstream wchodzi się z albumem niemal perfekcyjnym, szybko okrzykniętym mianem "Klasyka" przez duże "K" to każdy słabszy ruch jest podkreślany do wielokrotnych rozmiarów, a zachowanie wcześniejszej pozycji jest uznawane za porażkę. Gdzieś po środku zawiśnie ten album. Bez kropki nad "i" tracący przy zetknięciu z poprzednikiem bądź momentami nieco przekombinowany. Nawet jeśli ten ostatni argument najbardziej trafia w sedno to chłopaki z Rasmentalism pracą frycowe za wcześniejszej sięgnięcie piedestału. Dobitnie udowadniający swoją pozycję na scenie Ras brzmi jeszcze lepiej niż na debiutanckim albumie. Metafory wypuszczane jakby mimowolnie, flow najwyżej jakości, wyzbyte sztampowych patentów pomysły na rap. Chemia między raperem a beatmakerem charakterystyczna dla tej dwójki potwierdza fakt, że mamy do czynienia z najlepszy klasycznym duetem na krajowej scenie od lat. A mając ochotę na apetyczną porcję colllege dropout nie będę sięgał po nieco przykurzony debiut Kanye Westa lecz świeży, pełnokrwisty, po prostu dobry rap od dwóch gości którzy wyszli coś zjeść.

Ocena: 9/10
Krzywa krooopa
Pozdro

"Wyszli coś zjeść" dostępne na Preorder.pl

środa, 25 marca 2015

„Parszywa siódemka”.... czyli najbardziej niedocenieni raperzy w Polsce vol.1


Długo nie mogłem strawić niszowej pozycji kilku ekip jak choćby Dwa Sławy bądź Rasmentalism. W zasadzie rap gra jest jak korporacja z logiem koniczynki- hierarchia z dupy wzięta. Popularność nie ma nic wspólnego ze skillsami- banał. Ale jeszcze większym banałem jest podochodzeniu do polskiego rapu jak do jednej, wielkiej kserokopiarki gdzie opcje kopiuj/wklej są popularne jak żubr w puszczy i na tyłach osiedlowych sklepów. Scena jak niemal wszystko w życiu (jeszcze większy banał) ma swoje słabe i mocne strony. Także graczy które ciągną tą kulturę za ucho do przodu i tych którzy obniżają rangę. Ale dziś o tych którzy na majku zostawiają siebie, pasję, zdrowie, a zasłużonego fame`u.... no właśnie.

Jeżozwierz- Oj Jeżu, Jeżu, Panie Jeżu. Po „Panu Kolczastym” liczyłem, że brama do Ekstraklasy została właśnie „wyjebana w kosmos”. Kosmosu nie ma, za to jest brud, bezkompromisowa nawijka, charakterystyczne flow, stylówką którą można by obdarzyć gromadkę raperów z pewnej dużej wytwórni. Stołeczny MC chyba już na stałe wdarł się do annałów undergroundu. Co prawda, nie wróże Jeżowi rychłego końca kariery. Sam liczę na nowe projekty lecz Jeżozwierz to taki typ co nigdy brokatem błyszczeć nie będzie i nigdy mainstream go nie porwie. Na szczęście.

Wyga- W moim prywatnym TOP10 krajowych nawijaczy zakotwiczył na stałe ostatnią solówką. Trochę czasu minęło, nowy album w nowej wytwórni, z lepszą promocją może zaowocować zasłużonym, większym zainteresowaniem. No właśnie, jedynie może. Wyga jak sama ksywka wskazuje to taki zawodnik który potrafi skraść kawałek niemal każdemu na scenie, subtelnie z wrodzoną zadziornością potrafi bawić się bitem, przyspieszać jak bolid F1 lub zwalniać nie tracąc na mocy. Brak słabych stron więc skąd ta niska popularność?

Ńemy- Niedawno Kękę na FB napisał o reprezentancie Sierpca: „Wydaję mi się że ten gość jest artystą. Ja jestem raperem On jest artystą”. Z Ńemy`m jest jak niemal z każdym pionierem. Nie doceniony w czasach gdy tworzył by odkryć ścieżki dla innych, którzy pod cudzym sztandarem zbiorą plony. No cóż, life is bitch. Ale to za mało, producent niebywale zdolny choć z newschoolem za pan brat to klasyka tętni w żyłach. Ale nie o beatmakerach mowa tutaj. Techniczny kot, zdolny tekściarz, szybko wkręcający się do głowy. Debiutanckie „Ń” to solidna wizytówka najmocniejszych stron Marcina Niemczyka, ale nie pokazująca w pełni potencjału. W moim odczuciu, kompletnie niedoceniony materiał jak i jego autor. Shame on Nigga...

Flint- Sam nie wiem co sprawiło, że Flint nie jest jedną z najbardziej gorących ksywek. Ksywek która by rozgrzewała klawisze hejterów i zbierała zasłużone propsy u ogarniętych fanów. Rymów przesyt- zgadza się, ucho do bitów- z tym to nie zawsze bywało dobrze, ale ostatnio jest się czym jarać, flow agresywnie zwracające uwagę słuchacza, talent do pisania, czego chcieć więcej? Jako Czarny Charakter przekonywał, że jest kompletny już jako Zła Sława groził, że woli rozwalić się furą niż przeżyć klapę z nowym albumem. Pewności siebie i wyrazistości reprezentantowi Koka Beats odmówić nie można, skillsów tym bardziej.

Laikkie1- Jeden z najbardziej hejtowanych raperów znad Wisły. Jeden z niewielu graczy który w tej kulturze nie uznaje wszelkich przejawów konformizmu i kolesiostwa. Lirycznie- kot, swymi wersami potrafi obnażyć słabość polskiego rapu. Flow może i nieczystością często afirmowane ale swą techniką raper z Bogatyni wszystko nadrabia.

Sarius- Widzę w nim czołowego rapera najbliżej dekady. Kogoś kto porwie tłum. Choć obecnie, ten młody, zdolny raper z Częstochowy jest raczej pozycją znaną wytrawnym znawcą gatunku, a masy w sporym odsetku nie skumały fenomenu tego gracza. O ile pierwszy legal był spokojnym wejściem na scenę to drugim krążkiem Sarius wyraźnie wskazuje co znaczy nowa szkoła rapu.

Vixen – Ostatni krążek to jedno z największych zaskoczeń polskiego rapu. Były już reprezentant RPS Enterteyment puścił lejce, bardziej szalony niż spokojny, jak drink Jamesa Bonda wstrząśnięty niezmieszany. Na swych bitach groźny jak Luis Suarez w polu karnym. Rzuca metaforami bez kontroli, a swym flow udowadnia, że może nawinąć pod niemal wszystko. Talent do budowania intrygujących wizji, plastycznych obrazów może zagwarantować palę pierwszeństwa wśród rodzimych wizjonerów.


Pozdro
Krzywa Krooopa

piątek, 2 stycznia 2015

Happy New Year!...czyli subiektywne podsumowanie 2014 roku


Tytułem  wstępu. Witamy 2015 roku, mam nadzieje, że lepszym dla polskiego rapu. Dziś podsumowanie tego co działo się na krajowym podwórku i na głównej scenie w USA. 

Płyta roku (Polska)- Włodi- Wszystko z Dymem. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy rok 2014 dał nam jakikolwiek album na miano "klasyka" i czy w połowie drugiej dekady XXI wieku kondycja krajowej sceny jest lepsza niż parę lat temu. Silna Alkopoligamia- Mes, który jednak w moim odczuciu przegrał z Włodkiem ale jednocześnie zajął miejsce na podium, Kuba Knap? Na niego przyjdzie jeszcze czas. Asfalt? Byli solidni i równi, ale i im zabrakło rapera który by dostarczył album roku. Prosto? Sorry, ale Hadesowi przyznaje "zaledwie" pudło. "Wszystko z Dymem"- owoc w pełni dopracowany będąc kwintesencją stylu członka Molesty, a więc mocnej liryki, dojrzałych przemyśleń w otoczce rasowych bitów.  Włodi jak wino, im starszy tym lepszy.
W czubie peletonu pozostali:

2.Ten Typ Mes- Trze`ba było zostać dresiarzem
3.Sarius- Daleko jeszcze?
4. Kuba Knap- Lecę, chwila, spadam
5. PRO8L3M- Art Brut
6. DJ Eprom&Sensi- Boom Bap Bogie
7.Hades/Emade/DJ Kebs- Czasoprzestrzeń
8. Flint- Zła sława
9. Tede- Kurt Rolson
10. Abel- Ostatni Sarmata



Rookie Of The Year- Kuba Knap. WIelu słuchaczy spodziewało się, że to Quebonafie rozjebie 2014 roku. Udanie rozpoczęcie roku w duecie z Eripe lecz na pierwsze LP na legalu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. "Podniebny kot" mimo statusu debiutanta wszedł w mainstream z wielkim przytupem pozostawiając resztę "świeżaków" daleko z tyłu. Już na ostatnim nielegalu ogromny potenchał "następcy Mesa" zwracał uwagę. Charakterystyczne flow, trafne socjologiczne wywody, zmysł do wyborów gustownych bitów, umiejętność porywania słuchaczy. Kogoś ten opis przypomina? "Knap kiedyś fan, dziś mówią spadkobierca. Kiedyś chciałem zdjęcia z tymi trzema. Dziś piję wódę z tymi trzema w ich furze i nadal nie dowierzam".
.Debiutami wartymi odnotowania są ponadto: LJ Karwel- Niepotrzebne skreślić, solówka Abel-Ostatni Sarmata oraz Żyto- Wiry.


Nielegal roku- PRO8L3M- Art Brut. Wybór zupełnie oczywisty. Waszawski duet poszedł krok dalej od ostatniej EP-ki. Projekt oparty niemal wyłącznie na polskich samplach, intrygująca moc rapu Oskara. Od dawna żadne podziemne wydawnictwo nie narobiło takiego szumu. KLASYK


Kolabo roku- VNM, Kuba Knap, W.E.N.A., Kuban- Tour of Year. To kawałek w którym wszystko zagrało na szkolną "szóstkę". Bit- respekt So`Drumatic, i jak nawinął Kuba Knap- nie jeden raper nawet nie wiedziałby jak kiwać do niego głową. Czterech raperów w pełni czujących klimat. Co nie jest przypadkiem, Venom lub Kuba Knap zdążyli już wcześniej udowodnić, że z praca z producentem Prosto Label owocuje w dobre kawałki. Współpraca roku i jednocześnie jedno z lepszych nagrań.


Producent roku- Emade. To był rok dobrych produkcji. DJ Eprom odkurzający oldschoolowym styl, Soulpete wydający rzecz niespotykaną jak dotąd, jednocześnie cholernie dobrą, Sir Mich będąc świadomy nowych trendów i świetnie poruszający się w nowoczesnych brzmieniach, czy też wracający w ostatnich tygodniach Noon do spółki z HV lub Czarny HiFi mocnym akcentem zaznaczyli swoją obecność w polskim rapie A.D.2014. Mało kto potrafi z posępnych, niepozornych dzwięków stworzyć epopeję która rozbudziła skazanego przez wielku na koniec Hadesa. Co prawda, sukces "Czasoprzestrzeni" to nie tylko dzieło jednego z braci Waglewskich ale bez solidnych fundamentów ten projekt legł by w gruzach.
Album producencki roku- Soulpete- Soul Raw. Na temat tego albumu można rozpisywać się godzinami.  Na przekór napisze krótko- pozycja obowiązkowa!


Wtwórnia nr 1.- Alkopoligamia/Asfalt Records. Pierwsze półrocze wskazywało na to, że sotłeczna Alkopoligamia zgarnie palmę pierwszeństwa wśród hiphopowych wytówrni. Mocne pozycje w drugiej części roku jak DJ Eprom&Sensi i Sarius na bitach O.S.T.R. ostatecznie pokazały, że to dwie wytwórnie wiodły prym wśród labeli.


Klip roku (Polska)- Fisz/Emade- Pył feat. Justyna Święs. W tej kwesti nasza rapowa scena się nie popisała. Przytoczone przez Popkiller.pl zestawienie najpopularniejszych teledysków na YouTube rozczarowało. Choć mam świadomość, że YouTube okupują głównie młodsi słuchacze to owe zestawienie okazuje jeden smutny trend- #Gimb_money. "Pył" video promujące ostatni album duetu Fisz/Emade, wyróżniony Yachem za najlepszy polski teledysk będący prostym, a zarazem nurtujący obrazem w pełni oddaje klimat nagrania.


MVP- PRO8L3M. Jak napisałem w swojej recenzji, ten duet to największe zaskoczenie na plus w ostatnich latach. Muzycznie rzecz dla wybranych, mających w Polskiej muzyce utopione sentymenty, emocje bądź lata młodości. Ale i sama muzyka nie wystarczyła by gdyby nie rap. Mało kto spodziewał się, że typ o soczystym flow, momentami skrajnie niewyraźnym zastrzęśnie całą sceną. Oskar ma jedną cechę która wyróżnia wybitnych raperów, a której brakuje tak wielu- haryzmę. Bez promocji, głośnych featów, lokowania produktu w tanich klipach PRO8L3M zawstydził przehypowanych nudziarzy.


Kawałek roku (Polska)- DJ Tuniziano feat. JWP, Warszafski Deszcz, Sir Mich. Klasyk Wu-Tang odświeżony przez czołowego DJ w kraju, z doświadczonymi wyjadaczami. Efektem jest mistrzowski track. Żaden z MC nie zawiódł, a sam kultowy kawałek nabrał świeżości.Tak się robi hip-hop...


Najważniejszy beef- (-) Kategoria którą odpuszczam. W tej dziedzinie na ziemi Polskiej jak i na matczynym terenie hip-hopu było delikatnie mówiąc...słabo.

Zaskoczenie roku- Vixen. Poprzednie wydawnictwa byłego już członka RPS poza przyzwoitym poziomem niczego nie wnosiły. "Loco Tranquilo" to zupełnie nowe otwarcie w karierze i zupełnie nowy Vixen. Pełen wirtuozerii, charyzmy, wyczucia smaku. I oby bardziej szalona część wzięła górę w tym nietuzinkowym alter ego. 


Rozczarowanie- Tau/Ab-Soul. Z całym szacunkiem, w pełni szanuje postać Tau, jego przemianie i chęć ewangelizacji rapu i młodzieży. "Oddaje płytę tym którzy szukają Boga"- ok, tylko zamiast poszukiwań Boga, dojrzałych rozważań na temat egzystencji i relacji ze Stwórcą, mamy do czynienia z intensywnym kazaniem. Nie odmawiam "Remedium" wysokiego poziomu. Dla wielu jest to czołówka roku i trudno odmówić im racji bo i argumenty się poniekąd zgadzają. Muzycznie spójna i porywająca, orygnialnością wręcz kipiąca, a sam gospodarza pokazujący że raperem jest z wysokiej półki. Lecz momentami zahaczające o taniość wnioski, wyświechtane hasła bądź po prostu słabsze wersy jak o antyglobaliście w Nike obniżają rangę tego wydawnictwa. Szkoda, bo przy odejściu od bycia bardziej Papieskim od Papieża Tau mógłby roznieść scenę.

Ab-Soul- od pierwszego zetknięcia się z reprezentantem Black Hippy miałem przekonanie, że w rap grze pozostawi swój ślad jak mało kto. O "These Days..." co prawda można napisać sporo pozytywnych rzeczy lecz przy potencjale członka TDE to i tak za mało. Nie do końca sprawdziła się koncepcja albumu podobnie jak i sam gospodarz monotonnie wodzący. Mimo wszystko, nadal widzę w tym typie szansę na lepsze czasy dla brudnego, stylowego rapu.


Powrót-Noon. Zaraz, zaraz jaki powrót? A tak, kilka lat Noon trzymał się na uboczu, powrót być może nie przyniósł albumu wybitnego lecz pokazał, że nie bez przyczyny byłego członka składu Grammatik uznajemy za legendę sceny. 


Klip roku (USA)-  Schoolboy Q- Break The Bank. Klipy w mainstreamie zza Wielką Wodą opanowała epidemia. Dupy, dupy, dupy i jeszcze raz dupy wszędzie. Ok, kobiece pośladki były obecne w teledyskach nie od wczoraj lecz takiego nawału damskich "zderzaków" jeszcze nie grali. Między innymi dzięki tylnej części ciała Nicki Minaj może zawdzięczać sukces w 2014 roku. Klipem roku w prywatnym zestawieniu zostaje gruby sztos- "Break The Bank". Oxymoron nie do końca przekonał, o czym świadczą recenzję w USA, jednak osobiście widzę ten krążek w czołówce roku. Video z córką Quincy`ego zrealizowany w rodzinnym L.A. szybko zachęca do ponownego sprawdzenia.


Album roku (Świat)- Big K.R.I.T.- Cadillictica. Rap w USA roku 2014 do szczególnie udanych zaliczyć nie może lecz kilka dobrych albumów mainstreamowi amerykańskiego odmówić nie można. Run The Jewels2, Schoolboy Q, J.Cole, powrót w dobrym stylu weteranów czyli A Better Tomorrow ekipy Wu-Tang Clan lub w niezłym stylu potwiedzający duży potencjał Fabolous.Dlaczego akurat Cadillictica? W prywatnym rankingu minimalnie wyprzedziła RTJ2. Na nowym legalu gracza z Missisipi nie ma słabych momentów. Flow wbijające w fotel, tekstowo intrygująca, muzycznie wprowadzająca w klimat. To jeden z tych albumów co okupuje przez długie tygodnie odtwarzacz.Z czystym sumieniem- KLASYK.


Hot16 Challenge-Kękę. Nie przekonała mnie taka "forma" rapu. Ale wolę raperów wrzucajacych swoje często wymuszone, nieogarnięte i mało orygnialne 16tki niż polewających się zimną wodą. Miano "Króla" gorących szesnastek przyznaje reprezentantowi Radomia- Kękę. Jako jeden z niewielu podszedł do tematu na luzie i bez spiny w zgodzie ze swoją prostą aczkolwiek charakterystyczną nawijką potwierdził wysoką formę z ostatnich miesięcy- obecność na Kodex V bądź kilka świetnych featów. Warto czekać na marzec i drugi legal dla Prosto.
Na podium również widzę- Tede`go i Sariusa.
 


Kawałek roku (USA)- Big K.R.I.T.- Cadillictia. Przypominam, to ranking subiektywny więc pewnie niewiele osób zgodzi się z moimi wyborami. Tytułowe nagranie z ostatniego LP Big K.R.I.T.`a  to kwintesencja stylu 28-letniego rapera z Missisipi. Nienaganna technika, świetne przyspieszenia, lirycznie wybijający się przed szereg, refrem na długo wpadający do głowy. "Replay" w ciągłym użyciu.
Również Yelawolf z kawałkiem "Till It`s gone" zasługuje na pochwały.


MVP (USA)- J.Cole. Pochwały o albumie roku okazały się być nad wyraz. Od urodzonego we Frankfurcie rapera lepsze albumy wydali wcześniej wspominani Big K.R.I.T. oraz RTJ. "2014 Forest Hills Drive" pozostawia po sobie niedosyt, a zarazem pokazującym progres i że obrana droga okazała się właściwa. 


Mixtape roku (USA)- (-). Lepiej przemilczeć, tzn. ominąć tą kategorie. 

Producent roku (USA)- Statik Selektah. Wybór mocno subiektywny. Co prawda, z łatwością można znaleźć grono beatmeakerów o których było głośniej. W tych stricte eastcoastowych beatach można znaleźć wszystko to co najlepsze w rapie z NY. Nic dziwnego że debiut Joey Bada$$`a budzi takie emocje.


Debiut USA- YG. Nie jest to mój faworyt. I pewnie nigdy nie będzie. Wybór mocno naciągnięty. Konkurencji w zasadzie brak. Ale to nie powód do dumy...




Skoro nowy rok to i czas na życzenia noworoczne. Życzył bym sobie wszystkim którzy w tej kulturze tkwią by rap w wydaniu Polskim jak i globalnym był lepszy niż ten z ostatnich 12 miesięcy, by przybyło Nam kilka klasyków, grubych sztosów, beefy były oparte na argumentach i dalekie od fochów a`la gimbus, na scenie było mniej kserówek, a wykonawcy nie kopiowali wszystkiego na ślepo. Czego można się spodziewać po 2015 roku? Joey Bada$$ w pierwszej połowie roku narobi wielkiego szumu, a K.Dot będzie najgłośniejszą ksywką sprawiając ból głowy wielu osobom. Na naszym "podwórku" mam wielkie oczekiwania co do nowy wydawnictw Rasmentalim, Dwa Sławy, Kękę, kolejnej solówki TDF-a, legalnego debiutu Quebonafide. "Życie depcze wyobraźnie" więc tak dobrze zapewne nie będzie. Mimo wszystko kozackiego rapu A.D. 2015! 

Krzywa Kroopa

Pozdrawiam

wtorek, 16 grudnia 2014

„Pozdrawiam tych co ciągle żyją Grammatikiem”...czyli recenzja HV/Noon- HV/Noon

Rok 2014 powoli dogorywa, a z nim trwa w najlepsze wyścig wydawniczy. Niemal co tydzień bardziej lub mniej oczekiwania premiera, niemal co tydzień jest na czym ucho „zawiesić”. W kategorii „album producencki” także na bogato. Fabster, Czarny HiFi, to tylko skalpy ostatnich tygodni. O petardzie Soulpete z pierwszej połowy roku nie wspominając. Walka o miano najlepszej płyty wśród producentów będzie zagorzała a swoje trzy grosze zapewne dorzuci duet HV/Noon. Bo gdy do gry wraca taka postać jak Noon wspomagana przez niebanalny styl HV to czy można przejść obojętnie obok takiego wydarzenia?
Info o tej kooperacji zahaczało o rangę „Breaking news”. Domysły o brzmienie owocu tej współpracy napędzały smak, a dobór gości dodawał pikanterii. Dwóch producentów wpisujących się w nurt wielkomiejskich dźwięków oddających topografie budynków, chodników i odnowionych elewacji do niedawna oznaczonych językiem miasta. Zestawienie lekkiej elektroniki z samplingiem Noona sprawiało wrażenie, że lejce w tym projekcie przejmie ten drugi. Nic bardziej mylnego. Album wspominanego duetu to kompromis na którym wszyscy zyskali.
Hatti Vatti z ugruntowaną pozycją na scenie i ze świeżo zebranymi pochwałami za album “Worship Nothing”od początku przekonuje Nas, że to „jego” usłyszymy w większym stopniu na tej płycie. Od pierwszych sekund hipnotyzujące lekkie basy, subtelne pogłosy bądź masa delikatnej elektroniki, spokojnie rozchodzącej się po głośnikach. To czas kiedy HV ma szansę rozbudować solidną podstawę od Noona. A sam Noon, przyczajony lecz we właściwych momentach wychodzący z całą paletą klasycznych brzmień. Efekt? Niby subtelne basy przeplatane z żywcem wyrwanymi z lat 80-tych syntezatorami, czujnymi perkusjami i udanie wkomponowanymi gramofonami, raz łagodzące klimat, dwa w numerach z gośćmi podkreślające wokale.
W tym wszystkim świetnie odnaleźli się zaproszeni raperzy. Wybór? Stare wilki, dobrzy znajomi oraz dobrze czujący się w takim brzmieniu solidni gracze. Najbardziej zaskakujący na plus- Hades, w pełni czujący klimat i przy formie z „Czasoprzestrzeni” emanujący pewnością, potrafiący znakomicie wstrzelić się z swoim ciężkim flow w bit. Eldo czujący się w tej estetyce jakby to miał monopol na „Światła miasta”, a Małpa z pozoru brzmiący jakby był na tym projekcie za karę, z czasem rozkręca się z każdą linijką: „Zmiany zachodzą zbyt prędko, ponoć umyka mi piękno. Powinienem zwiększyć tempo czy na wszystko machnąć ręką. Nie ma miedzy nami chemii. Choć żyjemy obok siebie każdy siedzi w swej pustelni. Krążę po Eternii, szukam super-bohaterów. Mimo, że są nieśmiertelni, nie zostało ich zbyt wielu”. Wersy te nie są odosobnioną historią, całe grono dostosowało lirykę do tych miejskich, mocarnych aranży. Na próżno szukać tu hashtagów, agresywnych przyspieszeń lub newschoolowych akcji z kserówkami w tle.
Może to archaiczne rzemiosło, dla wielu zbyt oderwane od rapu XXI wieku lecz w pełni sprawdza się w tej stylistyce. Jednak, żeby nie było zza „kolorowo”, momentami razi ten nadmiar trueschoolu- patrz numer z Jotuze. Lirycznie na plus, jednak zastygłe flow przypomina o długim rozbracie z rapem, choć pióro wciąż potrafi dać wiele: „Czasem ktoś pyta o to jak się odnajduje, normalnie mówię tylko już nie rymuje. Odcinane kuponów nie leży w mej naturze więc nabijam statystyki, od tego nie mogę uciec. Mam swój cel w życiu nie jest to pogoń za kwitem, pozdrawiam tych co wciąż żyją Grammatikiem. Idę do przodu pewnie składając kroki”. Z mocnym akcentem swój udział podkreśla niepozorna Misia Furtak, której delikatne wokale przywołujące skojarzenie z zespołem Pustki, świetnie komponują się z muzyczną Idyllą. To jedno z tych nagrań na którym smętne produkcje nie przyprawiają o zgryzotę, a rutyna zamienia się w wyjątkowy klimat.
Być może to ten czas, uczucie dopełniającego się pewnego etapu, zabiegani w ślepym pędzie ludzie lub wszechobecny terror komercyjnej wizji świąt obdarty z sedna sprawy sprzyja takim klimatom. Wówczas zakorzenione w miejskich fundamentach dźwięki Emade, Czarnego HiFi bądź duetu HV/Noon mają swoje „5 minut” w hiphopowym kalejdoskopie. 11 tracków wystarczyło by się „najeść”, czy to syta? Rzecz subiektywna. Do miana klasyku zabrakło kilku rzeczy. Momentów zaskoczenia, by złamać ten kontrolowany ład, chwil które zabrudziły by ten w pełni dopracowany materiał czy też jeszcze większej wartości dodatniej od zaproszonych przedstawicieli hip-hopu.
Ten album to towar dla wybranych, którzy w wyszukiwaniu niuansów, szeregu dopracowanych detali potrafią docenić kunszt autorów. W okresie gdy „Światła miasta” przez większą część doby okupują ulice, z łatwością można wpaść w ten czar. To album na którym nie ma nic nachalnego, ani bitów ani nawijek. Spokojnie poukładane, w pełni przemyślane i dopracowane bity, rap na poziomie, sporo w tym wszystkim logiki. Od doboru zaproszonych gości po samą muzyczną koncepcję. Raperzy z nieco niedzisiejszymi wersami, czujący spokój, godzący się by nie wysuwać przed szereg. W zasadzie, jestem stanie zrozumieć tych którzy szybko wpadną w wir tego klimatu i tych którzy szybko odpuszczą. Cecha stała rzeczy dla wybranych.


Ocena: 7/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam



piątek, 17 października 2014

Wehikuł czasu.... czyli recenzja DJ Eprom&Sensi- Boom Bap Boogie

Mimo tego, że nowości wydawnicze pojawiają się jak grzyby po deszczu to albumu który na dłużej zapadłby w pamięć jak na lekarstwo. Podobne do siebie jak kserokopia lub bliźniaczo brzmiące do oryginałów zza wielkiej wody krążki dominują. Rap z zajawką, automatycznie wprowadzający bujanie głową, bezczelnie okupujący odtwarzacz? Klasyczny duet, z pozycją żywcem kipiącą klasyką, tak. DJ Eprom i Sensi tak robią rap!
Przyznam, że po pierwszych singlach nie czułem tego klimatu. Nie te czasy, rap się zmienił, oldschoolowe brzmienie „podsłuchane” na szybko nie wbija w fotel. Błędny odbiór muzyki życie samo zweryfikowało...
Pochwały jakie zebrał DJ Eprom za albumy Sariusa lub Sztigara Bonko nie były przesadzone. Etatowy producent Asfalt Records szybko wdarł się do czołówki rodzimych beatmakerów. Ba! Marcin Flint przyznał mu miano najlepszego producenta na krajowej scenie, abdykując dotychczasowego przodownika- Magiere. Sensi natomiast, trzymając na dystans mainstream, nie wypadł z formy po udanych projektach z macierzystą ekipą Hurragun. Boombapowy styl w połączeniu z bitami od DJ Eproma? To po prostu musiało zadziałać! To jak połączenie ze sobą pasujące elementów układanki. Puzzle, rzecz nie z tej epoki jak i ta płyta.
„Boom Bap Boogie” to płyta niespotykana w obecnych czasach. Odskakująca od popularnych trendów, trzymająca słuchacza w wyjątkowej, oldschoolowej stylistyce. W reszcie, to projekt gdzie bity wysuwają się na pierwszy plan. Trąbki, perkusja, cała gama basowych petard, całość z miejsca porywa. Otwierający krążek track- „Poza kontrolą” wręcz emanujący prostotą perkusji i basu, „97 dobrze pamiętam” z rytmiką a`la Jamajka, singlowe „Bez ściem” z hipnotycznymi trąbkami czy też „Wstyd” z mocnym basem i tłustym samplem. Muzycznie o nudzie mowy nie ma, DJ Eprom trzyma hamulce, a MC kontroluje majka. Rapowa „chemia” między ową dwójką brzmi wyjątkowo i w tym cały ambaras.
W popisach MC wielkich zaskoczeń nie mam. Sensi momentami jest na bakier z dykcją i nie wszystko wychodzi mu perfekcyjnie ale w pełni wykorzystuje świetną robotę swojego producenta. Wszelkie pokrzykiwania, zabawy słowne, szybko wrzucane wersy, przeskakiwanie z rymów, przeciąganie słów. Wszystko to jest w odpowiednich proporcjach i trzyma się kupy.
Tekstowo Sensi nie zabiera się z motyką na księżyc. Nie siląc się na ubarwiania rzeczywistości bądź zbędne obchodzenia tematu. Czym udowadnia, że nie trzeba rzucać na prawo i lewo głębokimi metaforami lub budować plastyczny obraz szarej rzeczywistości która na bicie wygląda groteskowo. Podejmowane wątki ciekawią choć nie są to historie z serii mrożących krew w żyłach jak chociażby w kawałku „Wstyd”. Uwagę przyciągają nie tyle niepozorne w treści narracje, a raczej prosty sposób ich przedstawiania, co ma swoją specyfikę. Wersy biją swojskim klimatem: „Na termometrze brakowało stopni. Zobacz na podwórko, tam asfalt się topi. Siedzieliśmy w kilku na ławce przed blokiem. I wtedy ona pojawiła się na horyzoncie. Na niej śledzące, Wzrokiem biegłe za nią. Cała reszta robiła tak samo”, a podczas refrenów głowa automatycznie podryguje.
Miła dla ucha wędrówka po nieco przykurzonych zakamarkach rapu nie była by tak intrygująca gdyby nie świetne produkcje DJ Eproma. W iście klasycznym brzmieniu nie ma mowy o bakcylu nowatorskich zagrań ale w tym rzecz. Swoista kopalnia dźwięków od nastrojowych trąbek przez trzeszczące sample po wszelkie pętle bębnów i energiczne skrecze, aż trudno uwierzyć, że „Boom Bap Boogie” to nowość wydawnicza. Przy tak wysokiej formie producenta, MC z Częstochowy nie pozostał biernym członkiem projektu. Czujący się w tej stylistyce jak ryba w wodzie Sensi pokazał, że w pełni rozumie się z DJ Epronem. Niedostatki w flow, czy też siłowa nawijka ma swój urok. Z dostosowaniem się do stylu członka Hurragunu goście problemu nie mieli, wszyscy z tej samej parafii. Tym sposobem, albumu nawet na moment nie traci na klimacie.
Po takim albumie spodziewać się można wiele, z pewnością również rasowych sztosów. „Boom Bap Boogie” i pod tym względem nie rozczarowuje. Otwierający album kawałek „Poza kontrolą” w stylu House of Pain, „O.A.B.” w sztandarowej pozycji a`la Hurragun, bujające „Bez ściem” z gościnnym featem od Sariusa, intrygujące „Przyczajony tygrys, ukryty pies”, przypominający klasyk KRS-One „Return od the Boom Bap!” track „Mantra” bądź energiczne „Do innych MC`s”. Nie odpuszczająca nawet na chwilę dynamika basów trafnie napędza Sensiego. Spokojniejsze momenty pozwalają na uwypuklenie majstersztyku DJ Eproma, przy których skłaniam się ku opinii wcześniej przytoczonego Marcina Flint i jego poglądu na temat pozycji Eproma w gronie krajowych producentów.
Taki jest to album. Do cna stylowy, pełen nostalgicznego klimatu, wręcz nie pasujący do obecnego rapu. Dla wielu słuchaczy, a w szczególności tych którzy w latach 90-tych pojawili się na świecie będzie to historia niezrozumiała, w znacznym stopniu obca. Osobiście mam wrażenie, że cofnąłem się na moment do swoich początków z rapem, gdy jako dzieciak usłyszałem „Scoobiedoo ya” i nucąc: „Yo, yo, yo klimat, styl zajawka, flow” czuje vibe tej płyty.

Ocena: 8/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam

środa, 26 lutego 2014

Team spirit...... recenzja Rasmentalism- "Za młodzi na Heroda"



„Kto to jest ku..a Herod?”- zszokował jeden z komentarzy. Rozumiem, że obecny system edukacji jest na niskim poziomie ale postać Heroda obca nikomu być nie powinna. Więc cytujący internetową Encyklopedię PWN: „Herod I Wielki, ur. ok. 73 r. p.n.e., zm. 4 r. p.n.e., król Judei od 37 r., mianowany przez Rzym; dziad Heroda Agrypy I; rządził despotycznie; wzniósł liczne budowle; promował hellenizm; jako stronnik Rzymu i protektor kultu pogańskiego znienawidzony przez znaczną część Żydów; skazał na śmierć m.in. swoją żonę i 3 synów, oskarżonych o spiski; wg Ewangelii Mateusza w związku z narodzeniem Jezusa był winien tzw. rzezi niewiniątek”. Jak Herod, również obce nie powinny być postacie grupy Rasmmentalism, przynajmniej słuchaczom polskiego rapu. I wierzę, że tak jest. Choć przez pewien czas było o nich cicho, a przy natłoku wielu wydawnictw ciężko było się wychylić. Ale płytę a statusie- klasyk , ciężko nie zauważyć.
            Według obiegowej opinii Herod nigdy nie był młody. Dla starożytnych Greków starość była przekleństwem Bogów, dla Rzymian przepustką do zwiększonej władzy w rodzie. Swoją drogą gerontokracja nie raz wyłaniała się z tekstów polskich raperów. W starożytności przeciętna długość życia była zdecydowanie krótsza od obecnej. Nie trudno więc było zostać starcem nie dożywając młodych lat. Było to kupę czasy temu, dzisiaj starości boi się niemal każdy. Botoks izoluje coraz więcej niewiast w coraz młodszym wieku, a i typy po 50-tce łatają łyse placki tym co nie dawno podcierali papierem. Podobno Polska jest krajem gdzie starość fizyczna i mentalna dopada ludzi dużo wcześniej niż na zachodzie. I daruje sobie socjologiczne wywody typu: spadkobierstwo epoki PRL-u, lipny klimat i przekazywane z mlekiem matki wrodzone cechy Polaków. Wielu polskich MC brzmią jakby mieli już pięć dych na karku, fakt psioczenie czy filozofia rodem wzięta z tanich filmów dobrze nam wychodzi. I gdybym mógł usunąć największe bolączki rodzimych raperów to obok obłudy, populizmu, fikcji w tekstach, taniej lanserki, usunąłbym w cholerę ten cały wychowawczy bełkot dwudziestoparolatków.
            Tendencje wychowawczo- filozoficzne winy błyszczeć z królewskiego berła. Ba! Wszak królom wypada lud mądrościom raczyć. I choć to „tylko” i aż okłada płyty to korony na głowach jakby pasowały. Można by napisać że wręcz na ulał. Choć przyznawać tron debiutantom mogło by być zaskakujące. Ale z tym debiutem to ta farbowana lipa jak z formą polskich piłkarzy: „Wiesz, że chuja potrafią i cię męczy żal”, choć akurat ten cytat tyczył się innego zagadnienia. Wracając do statusu debiutantów, w ostatnim czasie sporo się ich uzbierało. Spora z nich jak najbardziej udana: Kękę bądź Wuzet. Część rzadko przypomina o sobie gdy podchodzę do półki by wybrać CD do osłuchu. Z debiutantami jest jak z używanymi samochodami. Już po pewnym przebiegu, często wyklepane, z cofniętym licznikiem, takie blaszane pudełko czekoladek, podobno nigdy nie wiesz na co trafisz. Co raz mniej raperów którzy przed debiutem słuchaczy raczyli projektami undergroundowymi, głośnymi featami. Taka sytuacja, takie czasy…
            Z EP-ki z 2011 roku pozostał niedosyt, wcześniejsze nielegale narobiły apetytu. Wspólny projekt z W.E.N.Ą. długo bujaj się po głowie. Niby było to niedawno, ale miałem wrażenie że Rasmentalism odpuścili sobie wejście na mainstream. Nowe czasy, inne podejście do rapy gry panujące na scenie. Wyglądało na to, że Ras w spółce z Mentem  ze swoją koncepcją rapu nie widzą już dla siebie miejsca w tej zabawie. Jednak jak w przypadku debiutanta z Prosto Lebel, debiut przypadł we właściwym momencie. Z premedytacją powtórzę się, wszystko w życiu wymaga odpowiedniego czasu. Tym co do Herodów daleko, podziemie jawi się jako strata czasu. Hajsu brak a i fame mały. To co było przez długie lata próbą ognia dla raperów dziś powoli zanika. Tak „Nowa epoka” Paluch się kłania.
            Słuchając „Za młodych na Heroda” czuje się przysłowiowe „5 minut”. Jak sami przyznali, pełno prawny legal powstał w wielugodzinnych sesjach nagraniowych, luźnej atmosferze i w pełnym luzie. Co ważne, to naprawdę bije z głośników! Duże zainteresowanie powstałe po wypuszczeniu „Dużych rzeczy” czy też „Hotelu Trzygwiazdkowego” nieco minęło. Mimo tego, wielkiej pompy promocyjnej przed wydaniem nowego krążka nie było. Wreszcie marketing i wszelkie haczyki promocyjne poszły się bujać. I w tym dosyć nudnym okresie na rynku wydawniczym Ras z Mentem zgarnęli wisienkę z tortu…
            Klasyczny duet raper-producent to już podobno relikt dawnej epoki. Nostalgia do takich ekip jak Gang Starr czy Erc B.& Rakim aż wylewa się z dziesiątek przypadkowych płyt. Przypadkowych bo rzadko można natknąć się na dobrze zgranego rapera z producentem. Niby dobór kilku producentów daje możliwość zbudowania zróżnicowanego krążka. Druga strona medalu takiej zabawy to częsty brak spójności. Wiele wydanych w ostatnich miesiącach czy nawet latach krążków brzmiała jakby MC i producent szli w zupełnie innym kierunku. Takie New York Knicks w wersji hip-hop. Team spirit rodem z San Antonio Spurs z czasów wielkiego Tim Duncana bijąca z „Herodów” koi w oczy niemal całej czołówce Anno domini 2013.  Chemia? Nie to raczej pasuje do relacji damsko-męskich. Rasmentalism dokonali niemałej sztuki. Udało im się stworzyć klimat który słuchacza nie zamęczy a porwie w ich własny świat. Bez przekombinowanych koncepcji, sztucznych tworów czy żywcem skopiowanych, sprawdzonych schematów nagrali album który niespodziewanie przebił konkurencję.
            Błyszczące złoto z okładki (propsy Fiorin kolejny raz) niektórych może razić, dla innych będzie adekwatnym uzupełnieniem do rozpoczynającej albumu „Dobrej muzyki. Gospelowski beat i jakby dłonie same klaskały. Intro wreszcie trafne, Ras dotrzymuje kroku Mentowi  a i Nordic walking w kilku linijkach okazał nagą prawdę o polskim rapie. Pod względem brzmienia po pierwszym tracku można spodziewać się klasycznych zajawek na trueschoolowych beatach. Zresztą….  singlowe „Niebomby” gdzie Małpa w niczym nie ustępuje gospodarzom revolty nie przyniosły. Brzmiący nieco jak przedłużenie Introtracka numer od razu pokazuje progres Rasa. I choć nawijakowy skok do przodu rapera z Zamościa słychać na samym początku albumu to im dalej tym jeszcze lepiej. Koci track- „9 żyć”, a mój osobisty faworyt za sprawą świetnego refrenu z beatem lekko chilloutowym i niosącym skojarzenia … z Jamesem Bondem (nie mam pojęcia dlaczego) brzmi jak tiki-taka Barcelony z taką różnicą że: „Sukces nie wchodzi w grę jak Fabiański w Premiership”. Rymów fajerweki na najwyższym poziomie na „Herodach” zaczyna track o numerze-4 i nie są to rymy pojedyncze do czego przyzwyczaiła nas rodzima scena. O ile gościny feat od Spinache brzmi jak zwrotka etatowego MC grupy Rasmentalism to wokal Menta z błyskotliwymi wersami stworzyły jeden z ciekawszych numerów nie tylko na tym albumie ale i 2013 roku.  Zaskoczeniem jest na pewno flow „Mentosa”, które brzmi bardziej świeżo niż połowa mainstreamu.
            Czkawki przekombinowanej koncepcji na „Za młodych na Heroda” nie doświadczymy. Jakoś już nie potrafię słuchać płyt gdzie flow snuje się tak leniwie, że depta swą ślinę. Z drugiej strony albumy gdzie MC nawijką biegnie jakby się gdzieś paliło też potrafią zamęczyć na Amen. Soulowe „Raz i dwa” czy „S.O.S Skit” w tekstach dalekie od taniego populizmu, martyrologii ulicznej, Ras brzmi tak przekonywująco, że wierzymy mu że raper na płycie może być takim sam w życiu. Rap lustro, a nie alter ego niemające nic wspólnego z rzeczywistością. 
            Gościna zwrotka od VNM-a nie zmieściłaby się na „Propejnie” ale nie zmniejszyła potencjału „Stu”. Głosy Rasa i reprezentanta Elbląga nie gryzą się ze sobą. Przeciwnie, flow obu typów świetnie się nawzajem uzupełniają. 300-stu Spartan w liczbie „Stu” to niebanalne podejście do kawałków typu „represent”, gdzie wreszcie nie mamy cypher pełnych kilku identycznych raperów brzmiący jakby razem pisali swe linijki lub wspólnie ściągali od prekursorów gatunku. Znowu refren szybko wpadający w głowę, znowu wersy zgodne i nie brudzące kawałka, nawijka z pazurem, duże ego jak na króli przystało: „Niech żyje wiecznie martwy król, bo żywi nigdy nie będą lepsi”– tak, wszystko się zgadza. Bardziej nieprzewidywalny Perwoll Vanish gdzie tekst schodzi na dalszy plan  a skillsy Rasa są jak berło królewskie. Balansowanie flow niczym TGV a nawijka która miała być z definicji o niczym niesie ze sobą więcej niż połowa dyskografii wielu dinozaurów naszej sceny.
            O każdym tracku z tego krążka mógłbym poświęcić parę zdań. A i tak bym pominął masę kwestii. Mógłbym zacytować kilka linijek choć pominął bym te błyskotliwe. W ten o to sposób podejście do „Butów z betonu” powoduje zgrzyt klawiatury. Klimatyczna produkcja zwrotki z jednej strony palcem pisane po niebie i z dziecięcą naiwnością skamlące o inne obrazki zza oknem: „Miewam sny, nie chcę bez przerwy ich śnić. Przerost ambicji ściągnął mi karetki pod drzwi”, pracy jedynie w weekendy, miłości bez skazy, a z drugiej nie karmiące nas pretensjonalnym Slumdogiem w polskich realiach. Utrzymany w podobnej tematyce- „Umarł król, niech żyje król”, gdzie refren znowu daje drugi oddech i możliwość do podbicia ciężaru emocji.
            Gdyby nie dziesiątki godzin spędzonych z moją dziewczyną na zakupach w galeriach handlowych, na jej zakupach bo to gruba różnica, czaje różnice między markami. Nie chce dopisywać wybujałej nadinterpretacji refrenu w „Nowym kinie”, zwrotki wystarczą. „Twoi kumple są gorsi, ich marzenia są z Polski. Nie ruszają dupy, widzą życie w slow motion. Są prości, chcą forsy”- wypisz, wymaluj: Polska rap gra! „Drogowskazy”- mają najbardziej wybijający się beat. Świeżość tak powiewa, że gdyby nie „polish” linijki pewnie podpiłobym tą produkcję pod najmocniejsze longplaye mainstreamu amerykańskiego. Metafor i followup`ów popis po raz kolejny: „Wiem, że to moja ostatnia szansa na życie po śmierci - B.I.G.” Pewnie Ras uraczył by nas jeszcze większą ilością głębszych przemyśleń, zresztą sam się do tego przyznał: „Dałbym więcej metafor, ale minie wiek nim pojmą”. Techniczny majstersztyk, może nie do końca. Może niektórych taki tag pod kawałkiem „Off” by rozbawił. Ras jednak robi co chce w tym numerze. Ma przyspieszenia, świeżo brzmi, buja jak chce i kiedy chce, rymami bawi się i wychodzi mu bardzo zręcznie. Kolejny kawałek gdzie nie ma się do czego przyczepić. Nuda? Oby taka nuda panowała na wszystkich polskich albumach. 
Lęki z „Ładnego życia” stanowiące outro krążka brzmi jak zachód słońca. Kaca nieudanych linijek brak, są za to dojrzałe refleksje. Pewna niepewność brzmiąca w głosie Rasa, po raz pierwszy na albumie, a zarazem po raz ostatni. Przez około 45 minut Rasmentalism powiedzieli dużo więcej o naszej, rodzimej scenie niż wielu raperów od dekady próbuje powiedzieć. Bez obłudy, kolorowania rzeczywistości: „Ci sami ludzie, trochę inne sceny. Ci sami ludzie, trochę inne ściemy”. Spokojny beat jakby dodawał jeszcze domieszki napięcia. Czy to strach przed prawdziwą twarzą mainstreamu, czy przed drogami wodzonymi na pokuszenie? „Też mi trochę łatwiej, jak nie dzieli nas nic. Kiedy łączą nas frustracje, nie dzieli nas zysk. Kiedy wszystko się zmieni, będziecie chcieli tu być. Ale czy będę chciał was znać”- nie da się ukryć. Rzeka została przekroczona. Legalny raper i legalny producent a ostatni dzwonek już padł: „A jak zmienią nam zasady, i sprawdzą nas. Czy będziemy wiedzieć jak w to grać? ...”
Wracałem do tego krążka wielokrotne. Zanosi się na to że przez długie miesiące wracać ciągle będę.  Za każdym razem czuje się jakby słuchał nowy materiał, Ras ciągle brzmi świeżo, Ment ciągle zaskakuje beatami, klimat wciąż wciąga. Rasmentalism wjechali z impetem na mainstremową scenę. Przypisana debiutantom świeżość  żaden z gości nie zbrudził, V ciekawie uzupełnił „Stu”, gdzie obaj stoją „twardo na ziemi, głowy wysoko nad ostatnie piętro”.  Eldoka  wbił się w beat, flow Spinache jest fresk. Oprócz tego typ dał ciekawą zwrotkę dodatkowo udanie wpinając się w refren, a Małpa jak już wcześniej pisałem brzmi jakby sam był gospodarzem kawałka. Rap Rasa oprócz wspominanej świeżości wolny jest od wszelkich nieczystości, nieudanych przyspieszeń, brzmiący bardzo przekonywujący. Czyste flow nie przynudza, zwrotki podkręcają tempo, ciekawe metafory który można przytaczać w dziesiątkach, hashtagi wreszcie użyte z pomysłem i trafione w dziesiątkę. Życiówka Rasa nie ogranicza się do technicznych popisów. Dojrzały raper który nie boi się przyznać do dziecinnych pragnień wręcz naiwności. Doświadczenia ciężkiej drogi nie brzmią jak męka umierającego pielgrzyma i jest daleka od płaczliwych historii czy groteskowych wersów, patrz- „Buty z betonu” a`la Touch the sky. Mimo wszystko nie ma zwrotek oderwanych od rzeczywistości. Przeciwnie, co chociażby „Umarł król, niech żyje król” okraszony mroźnym realizmem potwierdza. Nie jest to album z bującym w obłokach MC czy też w bity w szarość krawężnika liryczny story-rap. Nieco więcej o samym Rasie i życiu na wschodzie można odczytać z poszczególnych zwrotek. Wersy o branży nie tyczą się lizania tyłka przeciętnych raperów i brudzenia we własnym ogródku.
Jeśli miałbym się na siłę czepiać tego krążka to jedynie że trwa zbyt krótko. Kilka numerów brzmi jakby były urwane w szczytowym momencie, jak chociażby w „9 życiach”. Dziwię się też że W.E.N.A. nie zagościł na „Za młodych na Heroda”. Pod względem brzmienia, klimat ma oryginalny smak przez co czkawka nikomu nie grozi. Obok So`Drumatic Ment stał się MVP wśród rodzimych producentów. Gdyby nie jego podobizna na okładce pomyślałbym że się przefarbował na czarno bądź spalił cały Zamojski asfalt. DJ Tort trzyma wszystko w ryzach i idealnie dawkuje dźwięki, wie kiedy przyspieszyć i kiedy zwolnić i dać się porwać beatom.
Etykiety za najlepszy debiut „Herodom” nie przyznam, zbyt wiele by dostali. Uznajmy, że wcześniejsze wydawnictwa gdzieś zmazały białą plamę dziewictwa muzycznego. Nie przegapili swego debiutu, prowokując okładką pokazali że zasługują na korony które widnieją nad ich głowami. Fame się zgadza, a hype to coś więcej niż angielskie słowo. Reasumując: „Za młodzi na Heroda” to krążek gdzie wszystko się zgadza ze sobą. Słychać luz w nagrywaniu, team spirit a pierścienie mistrzowskie nie wadzą. I Ras i Ment zasłużyli na debiut co udowodnili: „Rasmentalism nie daje plamy. Producent – MC Perwoll – Vanish”. Klasyk przez duże K w czystej postaci bez grama ściemy!

Ocena 10/10
 Krzywa krooopa