W tekście o
najbardziej niedocenionych raperach na naszej scenie był jednym z
pierwszych wyborów. Napisać, że reprezentant Sierpca to
nietuzinkowa postać to jak odkryć, że Ekstraklasie daleko do
poziomu Bundesligi. W natłoku premier być może niektórym umknęła
premiera debiutanckiego „Ń”- duży błąd. Dla osób głodnych
świeżego rapu to pozycja obowiązkowa. A co sam zainteresowany ma
do powiedzenia? Zapraszam do rozmowy z Ńemy`m.
(zachowano oryginalną pisownie)
Krzywa Krooopa:
Legalny debiut w postaci „Ń” to już historia. Słuchając tego
materiału miałem wrażenie, że dostaję płytę od faceta, który
swoim myśleniem o muzyce wychodzi daleko poza rap.
Ńemy: Rzeczywiście,
od premiery minęło już pół roku, ale sądzę, że „Ń” nadal
kryje niewykorzystany potencjał. Może przypomnę jeszcze słuchaczom
o tym materiale, jednak teraz pracuję już nad następnym. Chyba
czas na podsumowania i weryfikację dotychczasowych wyborów.
Wykraczam poza rap, bo nazwałbym się raczej artystą crossoveru,
niż po prostu - hip-hopowcem…
K: „Ń” jawi mi
się również jako materiał, w którym hamujesz się by nie dać na
„dzień dobry” pełnej dawki siebie. A Ty jak to widzisz?
Ń: Jedyne
przed czym się hamowałem, to bylejakość. Płyta jest zwieńczeniem
tego, co oferuję w danym momencie swojego rozwoju. Chciałem, żeby
była jak najlepsza i dałem z siebie wszystko. Jasne, teraz zrobię
to lepiej – nie umniejszając takim numerom jak „Sick Pro”, czy
„Żyć wietrznie” etc.
K: Myślisz, że
przeciętny słuchacz polskiego rapu jest gotowy na rap oderwany od
przetartych ścieżek, sprawdzonych patentów, po prostu -
nowatorski?
Ń: Zależy
co rozumiesz w kontekście „przeciętności” słuchacza? Dla mnie
to ktoś nie poszukujący. Konsumujący wyłącznie to, co dotrze do
niego najbardziej popularnym, lub przypadkowym kanałem. Niestety,
takie rzeczy rzadko okazują się naprawdę wartościowe. Myślę, że
media zatraciły rolę trend setera. Chcą dogadzać odbiorcy idąc
po najmniejszej linii oporu. Oczywiście, chciałbym się mylić i
kiedyś móc powiedzieć, że zgromadziłem setki tysięcy fanów nie
naginając swojej estetyki. #c.r.e.a.m.
K: Wystarczy
przesłuchać kilka Twoich kawałków by zauważyć, że w swoich
tekstach sięgasz po różnorakie inspiracje. Masz jakieś granicę w
tworzeniu? Coś czego nie poruszyłbyś w swoich wersach lub gatunków
muzycznych z którymi nie wszedłbyś w „romans”?
Ń: Szeroko
pojęta muzyka biesiadna nie leży w kręgu moich zainteresowań
(śmiech). Jest dużo złego hip-hopu, złego popu, złego rocka ale
i dużo dobrych kapel. Lubię oryginalne postaci, które zarówno w
tekstach, jak i muzyce pokazują mi świat z zupełnie nowej
perspektywy – nie boją się być unikalni.
K: Od debiutu „Ń”
minęło kilka miesięcy. Pracujesz już nad nowym materiałem. Czego można się spodziewać po Twoim drugim LP? –
Ń: Tak
pracuję, ale nie chcę zdradzać za dużo. Spodziewać się można
czegoś lepszego niż na „Ń” póki co.
K: I na koniec
psychologiczna rozkminka. Gdybyś miał dokonać autocharakterystyki
to w pierwszej kolejności nawał byś się producentem, raperem?
Ń: Jeśli
mam generalizować, to artystą, po prostu. Dzięki za wywiad,
pozdrawiam!
Długo nie mogłem
strawić niszowej pozycji kilku ekip jak choćby Dwa Sławy bądź
Rasmentalism. W zasadzie rap gra jest jak korporacja z logiem
koniczynki- hierarchia z dupy wzięta. Popularność nie ma nic
wspólnego ze skillsami- banał. Ale jeszcze większym banałem jest
podochodzeniu do polskiego rapu jak do jednej, wielkiej kserokopiarki
gdzie opcje kopiuj/wklej są popularne jak żubr w puszczy i na
tyłach osiedlowych sklepów. Scena jak niemal wszystko w życiu
(jeszcze większy banał) ma swoje słabe i mocne strony. Także
graczy które ciągną tą kulturę za ucho do przodu i tych którzy
obniżają rangę. Ale dziś o tych którzy na majku zostawiają
siebie, pasję, zdrowie, a zasłużonego fame`u.... no właśnie.
Jeżozwierz- Oj
Jeżu, Jeżu, Panie Jeżu. Po „Panu Kolczastym” liczyłem, że
brama do Ekstraklasy została właśnie „wyjebana w kosmos”.
Kosmosu nie ma, za to jest brud, bezkompromisowa nawijka,
charakterystyczne flow, stylówką którą można by obdarzyć
gromadkę raperów z pewnej dużej wytwórni. Stołeczny MC chyba już
na stałe wdarł się do annałów undergroundu. Co prawda, nie wróże
Jeżowi rychłego końca kariery. Sam liczę na nowe projekty lecz
Jeżozwierz to taki typ co nigdy brokatem błyszczeć nie będzie i
nigdy mainstream go nie porwie. Na szczęście.
Wyga- W moim
prywatnym TOP10 krajowych nawijaczy zakotwiczył na stałe ostatnią
solówką. Trochę czasu minęło, nowy album w nowej wytwórni, z
lepszą promocją może zaowocować zasłużonym, większym
zainteresowaniem. No właśnie, jedynie może. Wyga jak sama ksywka
wskazuje to taki zawodnik który potrafi skraść kawałek niemal
każdemu na scenie, subtelnie z wrodzoną zadziornością potrafi
bawić się bitem, przyspieszać jak bolid F1 lub zwalniać nie
tracąc na mocy. Brak słabych stron więc skąd ta niska
popularność?
Ńemy- Niedawno
Kękę na FB napisał o reprezentancie Sierpca: „Wydaję mi się
że ten gość jest artystą. Ja jestem raperem On jest artystą”.
Z Ńemy`m jest jak niemal z każdym pionierem. Nie doceniony w
czasach gdy tworzył by odkryć ścieżki dla innych, którzy pod
cudzym sztandarem zbiorą plony. No cóż, life is bitch. Ale
to za mało, producent niebywale zdolny choć z newschoolem za pan
brat to klasyka tętni w żyłach. Ale nie o beatmakerach mowa tutaj. Techniczny kot, zdolny tekściarz, szybko wkręcający się do głowy. Debiutanckie „Ń” to solidna wizytówka najmocniejszych stron
Marcina Niemczyka, ale nie pokazująca w pełni potencjału. W moim
odczuciu, kompletnie niedoceniony materiał jak i jego autor. Shame
on Nigga...
Flint- Sam nie
wiem co sprawiło, że Flint nie jest jedną z najbardziej gorących
ksywek. Ksywek która by rozgrzewała klawisze hejterów i zbierała
zasłużone propsy u ogarniętych fanów. Rymów przesyt- zgadza się,
ucho do bitów- z tym to nie zawsze bywało dobrze, ale ostatnio jest
się czym jarać, flow agresywnie zwracające uwagę słuchacza,
talent do pisania, czego chcieć więcej? Jako Czarny Charakter
przekonywał, że jest kompletny
już jako Zła Sława groził,
że woli rozwalić się furą niż przeżyć klapę z nowym albumem.
Pewności siebie i wyrazistości reprezentantowi Koka Beats odmówić
nie można, skillsów tym bardziej.
Laikkie1- Jeden z
najbardziej hejtowanych raperów znad Wisły. Jeden z niewielu graczy
który w tej kulturze nie uznaje wszelkich przejawów konformizmu i
kolesiostwa. Lirycznie- kot, swymi wersami potrafi obnażyć słabość
polskiego rapu. Flow może i nieczystością często afirmowane ale
swą techniką raper z Bogatyni wszystko nadrabia.
Sarius- Widzę w
nim czołowego rapera najbliżej dekady. Kogoś kto porwie tłum.
Choć obecnie, ten młody, zdolny raper z Częstochowy jest raczej
pozycją znaną wytrawnym znawcą gatunku, a masy w sporym odsetku
nie skumały fenomenu tego gracza. O ile pierwszy legal był
spokojnym wejściem na scenę to drugim krążkiem Sarius wyraźnie
wskazuje co znaczy nowa szkoła rapu.
Vixen – Ostatni
krążek to jedno z największych zaskoczeń polskiego rapu. Były
już reprezentant RPS Enterteyment puścił lejce, bardziej szalony
niż spokojny, jak drink Jamesa Bonda wstrząśnięty niezmieszany.
Na swych bitach groźny jak Luis Suarez w polu karnym. Rzuca
metaforami bez kontroli, a swym flow udowadnia, że może nawinąć
pod niemal wszystko. Talent do budowania intrygujących wizji,
plastycznych obrazów może zagwarantować palę pierwszeństwa wśród
rodzimych wizjonerów.
Już na samej okładce
debiutanckiego LP można było poznać czym są owe, tytułowe „Takie
rzeczy”. Bliźniaczo podobny front drugiego legala mógłby
zwiastować kontynuację obranej ścieżki. Niektóre rzeczy
pozostały: charyzma, unikalny styl, bezkompromisowa nawijka, kipiące
z głośników emocje. Coś jednak się zmieniło, po ponad roku od
debiutu raper z Radomia powraca. Dojrzalszy, z bardziej dopracowanym
materiałem ale nie zepsuty mainstreamem.
Ta
analogia ma pewien smaczek. Miejsce winyla zajął najwierniejszy
kompan ostatnich miesięcy- majk, zamiast róży serce zagościło,
kieliszki zamieniły się biegunem, a i zwinięta kolęda martwych
ziomków jest wymowna. Nawet jeśli ta symbolika jest nad wyraz to
zmiany u rapera z Radomia słyszane są aż nadto. Przy takim
materiale jak „Takie rzeczy” nie dało się przejść obojętnie.
Rzecz to charakterystyczna i mocno wyróżniająca się na tle
krajowej przeciętności, czego dowodem jest pokrycie złotem. Szybki
fame, fala propsów, jak sam przyznał w luźnym traku po premierze
pierwszego albumu, wejście na szerokie wody przewróciło życie.
Można by się obawiać o formę, bo nie jednej udane wejście
zgubiło. Można by się obawiać ale nie w przypadku Kękiego. Po
ponad roku, „Nowe rzeczy” przed premierą doczekały się statusu
jednej z najbardziej oczekiwanych płyt tego roku, ba nawet
kandydata do płyty roku.
Jednej
rzeczy oczekiwałem po tym albumie- uwolnienia się od nierozłącznego
elementu który towarzyszył na poprzednim albumie- surowości, jakby
materiał był nagrywany „za pięć 12-sta”. O ile szorstkie,
brudne i nie zawsze czyste flow miało swój unikalny wydźwięk
dający wrażeniem żywcem wyrwanego z undergroundu świeżego kota
to pośpiech w pisaniu linijek był wyraźnie odnotowany- prawo
debiutanta. Już jako zawodnik z określoną pozycją i rzeszą fanów
reprezentant Radomia pokazuje, że odrobił lekcję. Nie słychać
pośpiechu, wersy są traktowane z rozwagą i wyczuciem. Gdy bit
ponagla przyspieszenia wypadają na szkolną „szóstkę”, gdy
potrzeba zwolnić forma również się zgadza. Zresztą, ucho do
bitów Kękiego nie jest żadną nowością, jak mało kto na naszej
scenie reprezentant Prosto potrafi wyciągnąć maksimum z produkcji.
Wszelkie dopieszczanie słów, trafne akcentowanie, balansowanie
tempa lub nonszalanckie wyrzucanie linijek jak w „W dół
kieliszki” pokazują, że syndrom drugiej płyty nie dosięgnął
autora „Takich Rzeczy”. Dodając do tego nienaganną formę flow
i patent na czerpanie z prostoty tego co najlepsze dostajemy rapera
bez spiny, ogarniętego i wiedzącego co chce zrobić z kawałkiem.
Wracając
do kwestii prostoty, nie da się ukryć, że w tym rapie jest ona
wpisana w DNA. I w żadnym wypadku nie stanowi ona o słabości tej
płyty. Często padająca w opiniach teza o braku rymów nijak się
ma gdy gospodarz sięga po takie perełki: „Historia
uczy na faktach czystych bez polityki. Fakty takie, że od dawna chcą
nas ciągle zawłaszczać. Myślę o tym na przykład stawiając znów
polskie znaki. Jak ja bardzo się cieszę, że to nie jest grażdanka.
Patrz na orła w koronie, mógł być cały czerwony. Jakby w połowie
napełnił się krwią traconą przez naszych. Ciągle biały i dumny
niech mocniej wbija te szpony. W kościach czuje zapewne niedługo
znowu się zgłoszą!”.
Słowo perełka nieco gryzie się ze spectrum tego krążka. To
właśnie percepcja dojrzałego patrioty stanowi credo „Nowych
Rzeczy”. Obyło się bez łatwo nośnych wersów a`la populus,
to nie rap na wiec wyborczy, poglądy mocno osobiste, napiętnowane
prywatnymi wnioskami i doświadczeniami ale i podparte sprawnym
piórem. Rzecz która cieszy, Kęki nie ma ambicji do uprawiania
polityki: „Z imieniem
Polski umrzeć, swoją śmiercią ją uświęcić. Jestem gotowy na
to, moment kiedy wznoszę hasło. Setki gardeł razem ze mną rzuca
swą codzienność na bok”.
Sporo w tym emocji ale i dojrzałości oddalonej od ułańskiej
mitomanii: „Masz na
sercu los ojczyzny no to oddaj głos. Takiego wała! Robię swoje, se
nie pozwalaj. Politykuj, a ja pisze wersy, trzymam się z dala. Paru
myśli coś o ludziach, reszta raczej nie. Twoja partia, banda chuja
i ta druga też. Nie ma gadki, na fejsie lajki posty za hajsy. Drobne
przysługi, brudne łapy. Oni grają ty tańczysz. Podziękuję, co
ja niby z tobą mam. Wyjebane mam na ruskich, to mi mówisz brat”.
Wysoka
forma liryczna sięga dużo dalej. Równie dobrze wypadają luźne
wersy, gdzie momentami można uleć wrażeniu, że rapuje zupełnie
nowy Kękę: „Alkoholicy,
bracia, kurwa, chceta to se pijta. Chceta to wracajta rano, czwarta,
kierma pusta. Zima, minus, bary, burdy, długi, kurwy, bordo buzia.
Zgubione ciuchy, obrzygane buty. Masz numer od tej grubej? Te,
alvaro, jesteś ósmy. YOLO, mordeczko, YOLO, życze Ci dużo
szczęścia. Byłem poza kontrolo, powodzenia na zakrętach. Czy będę
mówił: życie to jest sukinsyn. Gram dla normalnych ludzi, wzloty,
doły - cały Kiki”.
Zwolnienie tempa także owocuje w dobre linijki: „Mam
dosadność, lapidarność, styl ma trafiać zawsze w punkt. Setki
książek, lata z alko, studia, meliny, radość, ból. Zapierdalania
czasy, odpierdalania czasy. Dzieciństwo z rodzicami, dzieciństwo
obok mamy. Ojcostwo na doskoku, ojcostwo z walką o nie. Koleżków
mnóstwo z bloków, tylko ja i moje paranoje. Lata samotne, gorzkie
noce, mocne przygody, setki wrażeń. Dziś tylko z tobą kotek -
deklaruje facet. Każde słowo waży, każde z tych wszystkich haseł.
Nie miewam pustych wersów, wiem co robię i wiem co jadę”.
I choć forma nawet na moment nie ucieka.
Przyznam,
że nie byłem do końca przekonany singlami, a w zasadzie pracą
producentów. Na szczęście album zweryfikował obawy. Przeciętny,
wręcz dedykowany blokowiskom bit z „Pamięć Zostaje zostaje”
już nie bije tak po uszach, chilloutowe „Fajnie”, stadionowy
„Młody Polak” z funkującą perkusją, przywołujące
skojarzenia z Kendrickowym, nie tylko za sprawą wersów bangerem „W
dól kieliszki”, bądź żywiołowe „Zmysły”. Nadające się
na soundtrack dla gangsterskich klasyków (gangsterka a`la Praga)
dźwięki z „Niezrzeszony” lub singlowe „Wyjebane (Tak mocno)”,
było na czym się oprzeć i na czym nawinąć. Osobiście preferuje
wolniejsze momenty „Nowych Rzeczy”, gdzie wcześniej wspominane
ucho do bitów wychodzi na jaw.
Zanim
sprawdziłem cały album wierzyłem, że słowo „sztos” stanie
się product placement
tej recenzji. Z premedytacją używam go na końcu by nie straciło
na mocy. Drugi album to zdecydowanie
level up pod każdym
względem. Znów bez gości i tak jak na debiutanckim albumie silna i
barwna osobowość gospodarza potwierdziła banalną prawdę, że
dobre wersy same się obronią. Siłą rapu reprezentanta Radomia
nadal jest „swojskość”, której nie zaszkodziły dojrzalsze
wersy. Brudne flow, które dzięki swojej określonej specyfiki nigdy
nie będzie perfekt
traktuje
jako wartość dodatnią tego krążka. Jest klimatycznie gdy bit do
tego skłania, jest z pompą gdy basy tego wymagają i co
najważniejsze są emocje.
W
zasadzie jest to album wolny od słabych stron. Być może znajdą
się niezadowoleni którym będzie brakować taki bangerów jak
„Zostaję” z pierwszego LP. A tendencja do rzucania bez zahamowań
wersów kosztem dykcji nigdy nie przekona szerokich mas. W tym rzecz,
choć „Nowe Rzeczy” mają w sobie bakcyl uniwersalizmu lecz w
głównej mierze to album dla słuchacza dojrzałego, będącego w
podobnym etapie życia co gospodarz tego albumu. Podobnie jak
debiutancka płyta tak i złoto dla drugiego krążka to jedynie
kwestia czasu. W pełni zasłużenie, sztos to za mało. Czapki z
głów Panie Piotrze!
Krajowy rap uważam za
konserwatywne środowisko. I nie mam na myśli kwestii
światopoglądowych. W prawdzie w podejściu do muzyki, swoistego
ciemnogrodu na pierwszych rzut oka w zasadzie nie ma, świeże trendy
jak trap, czy też wszelkie elektroniczne nowinki goszczą na
krajowych produkcjach lecz sprawdzoną metodą jest trueschoolowe
brzmienie. Nieco przykurzonemu rapowi w Polskim wydaniu brakuje
świeżego spojrzenia na muzykę. Kogoś kto nie brnie na ślepo
przez wydeptane ścieżki czy też chwilową modę. Kogoś kto będzie
dla rodzimego rapu kimś takim jak dla brit rocka była grupa
Radiohead. Album „Ń” sprawił, że Ńemy może stać się
polskim Thom`em Yorke.
Ze
świecą szukać takiego drugiego typa jak Ńemy. Muzyk z krwi i
kości. Choć dysponuje statusem debiutanta to z rapowym rzemiosłem
ma do czynienia nie od dziś. MC w 100%, styl który nie podaje się
jakiejkolwiek kategoryzacji. Ten styl to- „Ń”, a więc
oryginalne flow, teksty wykraczające poza osiedlowe rewiry oraz
splot różnych gatunków. Być może nie ma w tym wszystkim bakcyla
pioniera, rzeczy które by się nie śniły Polskim hiphopowcom ale
Ńemy w swojej do cna wypracowanej stylistce brzmi autentycznie i
pewnie. I jako raper i jako producent Ńemy to stylowy gracz, którego
sposób na rap być może wyprzedza epokę. I nie wykluczone, że
podzieli los L.U.C. (z którym pracował przy „Haelucenogenoklektyzm”
oraz „Planeta Luc”) będąc bardziej doceniony w branży
muzycznej przez środowisko muzyki alternatywnej, a nie te stricte
związane z hip-hopem.
Na
debiut Ńemy czekał całkiem sporo. Brak głośnych featów i
podziemnych projektów spowodował, że ksywa nie była zbyt
popularna. Rok 2012, młody MC z Sierpca wygrywa The Man with the
Iron Fists Remix Contest” zorganizowany przez RZA z dobrzej znanej
każdemu ekipy Wu-Tang Clan. Zremiksowany kawałek „Built For This”
z featami od Method Man, Freddie Gibbs & Streetlife mógł dać
„5 minut” i szybkie wejście do mainstremu. Singiel „Sick pro”
dający zasłużone propsy, a następnie dłuższa cisza. Kontrakt z
Prosto Label przypadł jednak we właściwym momencie. W czasach gdy
na krajowej scenie pojawiają się świeże dźwięki, a ich twórcy
zostają dobrze przyjęci, patrz- Wuzet. Zdolny producent,
intrygujący raper, przynajmniej z teoretycznego punktu widzenia
powinien nieźle zamieszać na scenie.
Zgodnie
z przewidywaniami pierwszy solowy album Ńemy`ego to materiał w
pełni autorski. Tylko jeden gościnny występ rapera, brak cudzych
bitów. Od strony muzycznej krążek to spójna koncepcja z
dominującym basem i ciężką elektroniką. Świeże bity na
wysokim, równym poziomie z wielkomiejskim klimatem. Na „Ń” mamy
wachlarz napięcia, spokojne numery jak „Pain”, a na przeciwnym
biegunie grube sztosy jak „Tatuuje bity” gdzie ciężkie basy w
pełni załatwiają numer. Bity wbijają się z przeciętności,
spora gama dźwięków nie powoduje rutyny, a w połączeniu z flow
Niemczyka brzmi bardzo stylowo.
Nie
tylko produkcje łamią schemat, tekstowo również mamy odwilż na
scenie. Liryka Niemczyka wolna jest od łopatologicznych wersów,
kręcących się wokół jednej tematyki jak muchy nad gównem.
Linijki bogate są w wszelkie środki przekazu, rym za rymem,
błyskotliwe metafory, liczne follow up`y, gry językowe, brak
bzdurnych haseł, pozerskich mitów oraz liczne anglojęzyczne
wstawki, jest w co się wsłuchać: „Marcin,
Marcin Niemczyk! Czy ja wyglądam na typa, co crack Ci wręczy? Na
typa, co gwałci dziewczyny czy kuśtyka i gardzi dziećmi? Ty, kto
powiedział Ci rzeczy takie, niech się leczy, ja pier... Wolę już
zrywanie mięśni hakiem, słyszeć jak jęczy Cichop... i hak”.
Momentami Ńemy popisuje się wersami z rapowej ekstraklasy: „Za
wszystkim tym stoi Richi Rich, Jego stopy liż i milcz. Albo włącz
"Life is peachy" i wywołaj dzicz i lincz” innymi
sprawnie przemyca emocje: „Sierpeckie niebo dziś pełne gwiazd,
może pod nim ze mną będziesz raz. Nie zgub tego w odmęcie miast.
Lis nie wiadomo gdzie zawiedzie nas”.
Wszechstronne
flow które nie prowadzi
po meandrach zyskuje z
każdym odsłuchem. Chwilami nieco podobny do swojego była
współpracownika- L.U.C., w kawałku „Ń styl” łudząco
brzmiący jak AbraDab. Zresztą, sam track jak i bit mógłby nosi
tytuł „Rap to nie zabawa 2”. Mimo tych tendencji, Ńemy
dysponuje wyrazistym flow o dużym potencjalne. Dzięki temu, „Ń”
zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jako potencjalny nośnik sztosów „Ń” nie wybija się aż
nadto. W prawdzie mamy kawałki które z miejsca na dłużej zapadają
w pamięć. „Żyć wietrznie” za sprawą intrygującego klimatu i
ciekawych wersów: „Naprawdę
chciałbyś żyć wiecznie? Gdy będziesz umierał szepniesz:
"Aniele, chwyć, nieś mnie" Żyć wiecznie, być
nieśmiertelnym .To jak być więźniem, dla mnie to byłoby zbyt
ciężkie”, „Tatuuje
bity” gdzie tekst schodzi na drugi plan, „Guzik” z jedynym na
płycie featem od Biskupa i kolejnymi błyskotliwymi linijkami oraz
bonusowy „S.I.E.R.P.C.” z popularnym w ostatnim okresie motywem
folkowym, tym razem jednak osobista nawijka ma wyjątkowy klimat.
Choć
w pełni legalny debiut reprezentanta Prosto należy uznać za udany,
to błędów jak przystało na „świeżaka” Ńemy się nie
ustrzegł. Słabiej wypadają anglojęzyczne kawałki i zwrotki.
Chwilami forma bierze górę nad treścią, jak w numerze „Byłaś
tą”. Groteskowe lovestory kpiące z radiowej, miłosnej papki
gryzie się z całością. „Duchy” w stylu Tau mimo intrygującego
tekstu wieją nudą.
Mimo
kilku niedociągnięć pierwsze solo MC z Sierpca to udany debiut.
„Ń” należy traktować jako konkretyzacje koncepcji rapu
Ńemy`ego. Zapewne w pewnym stopniu, ten album jest eksperymentem, są
tracki gdzie słychać, że ten styl dopracowaną formą, momentami
jednak autor dociera do rewirów gdzie owa koncepcja staję się
przerośnięta. Choć flow momentami mocno zbliżone do kilku
czołowych ksywek na scenie, to w swojej nawijce Ńemy brzmi
oryginalnie i potrafi zaintrygować nurtującymi linijkami. Muzycznie
słychać, że Ńemy czerpie inspiracje z wielu gatunków, potrafi
balansować dźwiękami i tworzyć klimat. I w tym rzecz, Ńemy
wyraźnie pokazuje, że nie jest zamknięty w ramach hip-hopu. Styl
„Ń” to jedna z ciekawszych rzeczy jakie pojawiły się w
ostatnich latach na scenie i z miejsca dużo bardziej intrygująca
niż wałkowany szary Polski mainstreamowy rap.
Z
dużym prawdopodobieństwem można założyć, że ten album nie
zostanie doceniony przez słuchaczy, natomiast scena zostanie
wzbogacona o MC pełną gębą. Newschool w czystej postaci, choć
słychać, że o korzeniach hip-hopu ten zdolny człowiek z Sierpca
pamięta. Jak niedawno pocisnął Gedz: „Młode Wilki to nie był
Draft” i trudno się z nim nie zgodzić. Nie wszyscy sobie
poradzili ale niektórzy wzięli swój los we własne ręce i patrząc
po przykładzie Ńemy`ego, warto było czekać.
Ostatnio zastanawiałem
się nad fenomenem hip-hopu. Kultura która wyrosła w betonowym
zakamarku ludzkości, w miejscu „drugiej kategorii”, stworzona
przez osoby nie uwzględnione w systemie, dziś jest obecna niemal
pod każdą szerokością geograficzną. Wpisana w rap cząstka
uniwersalizmu i epidemia globalizacji doprowadziła do obecnego stanu
rzeczy. Rap śmiga wszędzie. Od początku swojej przygody z
hip-hopem zawsze sięgałem po towar od typów i ekip które
sprawiają wrażenie wiarygodnych i autentycznych. Coś jak w kawałku
Gang Starr: „It's the, true enliven with a youthful vengeance
and I'm a judge rap is your ass give you a crucial sentence”. I
choć rok w rok, rap gra wzbogaca się o kolejnych raperów to na
palcach jednej ręki można wyliczyć tych którzy budzą zaufanie w
swych kawałkach. Choć osobiście styczności z częstochowskim
śniegiem nie miałem i reprezentanta Prosto znam jedynie z jego
tracków to po przesłuchaniu albumu „Wiry” wiem przynajmniej
jedno. Ale o tym pod koniec recenzji...
Jak
pisałem w jednej z wcześniejszych recenzji, moda na debiuty trwa.
Mainstream rośnie i sam nie wiem czy to dobrze. Możliwość wydania
na legalu dostaje liczna grupa, lecz nie wielka część potrafi
wykorzystać swoje „5 minut”. Sukces Kękę pokazał, że z
legalnym debiutem nie ma co się spieszyć. Czy dla kolegi z wytwórni
czas na debiut przypadł we właściwym momencie? Podobieństw szukać
nie trzeba, same stają w szeregu. Charyzma, styl, oryginalność,
młodym wilkiem też już nie jest. Wiekowo mógłby pełnić rolę
starszego brata (choć jest jedynakiem) dla większości debiutantów.
Bezczelny, niemoralny, bez ceregieli nawijających... Wypisz, wymaluj
powtórka z rozrywki z poprzedniego roku która, notabene odbyła
się właśnie w przypadku członka Prosto.
Projekt
„Żyto” niewątpliwe narobił niemałego szumu w podziemiu. Z
miejsca raper z Częstochowy stał się jedną z bardziej wyrazistych
postaci w undergroundzie. Brudna stylistyka, flow zimne, liryka
realizmem przesiąknięta. Na „dzień dobry”, po sprawdzeniu Żyta
z podziemia miałem deja
vu- WWO? Na szczęście
nie ma mowy o kserokopii. Żyto to zawodnik z własnym stylem mocno
wpisany w nurt uliczny z metką Jasnogórskich krajobrazów. W rap
grze zdominowanej przez postacie z dużych miast, głos typa z
podwórek i miejsc nie pasujących do obrazka medialnego zawsze ma
swój smak- swojski. I być może przez to Żyto przestaje być
jedynie raperem z płyty, a staje się typem którego znamy od lat,
który przez swoje spostrzeżenia i historię wydaje się być
bliski. Głos mas: szczery, wyzbyty złudzeń, goniący za robotą,
zmęczony realiami, marzący za Pannami z lepszych sfer, nie skalany
populizmem i infantylną wizją świata. Pierwsze wydawnictwo w
dyskografii rapera z Częstochowy a stylu więcej niż u 1/4
mainstreamu. A to wszystko jeszcze długo przed wydaniem
krążka„Wiry”....
„Wiry”
szybko stały się jednym z bardziej oczekiwanych debiutów tego
roku. Kontrakt z wytwórnią która ogarnęła już nie jednego kota,
dobrze przyjęty album w podziemiu. Po takim zawodniku jak Żyto
wymagania automatycznie idą w górę. Puki co tytuł MVP wśród
tegorocznych debiutantów piastuje Kuba Kanp, czy Żyto przebije
„Podniebnego kota”? Raczej nie ale i tak jest dobrze. „Wiry”
to album z dłuższą historią. Krążek którym trzeba przesiąknąć.
Muzycznie? Słychać, że pobyt na Wyspach nie był zmarnowanym
czasem. Grime zaskakujący z każdym odsłuchem, ostre i chłodem
wiejące beaty, dobry balans basu. Dobra robota producentów, a w
szczególności Lower Entrance który popisał się świeżym
brzmieniem prosto z UK.
Otwierający
„Wiry” kawałek „Ładna była” szybko wciąga w świat
Częstochowskich rewirów. Dynamiczny beat, ostre flow, soczyste
wersy: „Ładna była, ja o bar oparty, jakby to był, kurwa,
bilardowy stół. Chciałem jej wbić bile tam, gdzie piękna dupka
dzieli się na pół. Kolorów snów my tu nie śpimy”. Mocne
wejście w postaci swoistego introtracka, brud, metafory trafione w
sedno. Przy ciężkiej elektronice Żyto czuje się jak ryba w
wodzie. Z kolejnymi tracki stylówka reprezentanta Prosto brzmi
jeszcze bardziej dosadnie. „Droga do raju”z udanym nawiązaniem
do poprzedniego projektu, udanymi wersami: „prawdziwy
rap bardziej dziwy niż enter, nadal urodziwy bardziej rajd niż
Eter” i co najmniej
poprawnym refrenem. Jeśli już jestem przy temacie refrenów to
akurat jest to słabsza strona tego krążka. Słabe refreny to nie
nowość w rapie Częstochowianina, podobnie było na pierwszej
płycie. Refreny oparte na prostocie, powtórzenia kilkakrotne muszą
(?) prowadzić do zmęczenia. Charakterystyczne flow, wolne, nie bez
wad, choć lepsze to niż nieudane próby śpiewania. Tak, Jerzy
Sthur jednak się mylił, nie każdy może śpiewać.
Choć
jest to krążek o dość spójnej stylistyce to jednak mamy klika
momentów zwrotnych. „Moja muzo” z jedną z ciekawszych produkcji
na krążku i lżejszym flow, podobną historie mamy w numerze „To
prawda”. W tych kawałkach słychać, że Żyto nie czuje się do
końca dobrze w takich klimatach, flow jakby nie pasujące do
dźwięków i słabości techniczne wychodzące na wierzch. Mocne
strony w rapie Żyta podkreślają chociażby „Parmezan”,
tytułowe „Wiry” bądź „Ceny”, gdzie połączenie
agresywnych dźwięków, soczystego flow i brudnych metafor
znakomicie ze sobą współgra. Singlowe „Zrobiłem ją” z
błyskotliwym przemiałem tematu branży i relacji damsko-męskich:
„Zawsze trzeba jakoś to rozegrać, wiesz ocb jeśli
grasz, nie wiesz jak nie grasz czyli nie rzucać się jak gówno w
sedesie. Bo wieść się szybko niesie, plotkują nawet kolesie.
Dobrze, że w pewnych kręgach mam łatwiej. Wiedzą już, nie
zamulam, płynę z wiatrem. Nie przypadkiem jestem tu kontrakt.
Kolejny kompakt, od kompa do kąta”
oraz „Mały balecik” z udanymi featami prosto z Radomia wyrastają
na prywatnych faworytów. Również „Nie psa wina” z ciekawą grą
słów z czasem wpada do głowy.
„Spowiedź” z nielegalu miała specyficzny smak. Smak ten nabrał
na wartości na leganym debiucie. Co prawda Żyto nie ustrzegł się
błędów. Wspominane wcześniej słabe refreny jak chociażby „Całe
życie w tarapatach jak góral w Tatrach” w kawałku „Tarapaty”
który brzmi słabo. Słabości w flow aż nadto widoczne przy
spokojniejszych beatach ale nie na tyle męczące by do nich nie
wracać. Zresztą, Żyto to taki raper u którego nawet słabości
techniczne stają się zaletami. Brudne i nieczyste flow w połączeniu
z ostrym i agresywnym beatem przemyca masę emocji, dodając do tego
brudne opowieści i historie o relacjach z kobietami oraz ostre jak
brzytwa metafory, mamy rapera z intrygującym stylem. „Wiry” to
album na którym z każdym odsłuchem odkrywamy coś nowego. Być
może to aktor jednej roli, którego wrogiem może być zbyt klarowna
stylistyka. Lecz w tej jednej roli odnajduje się znakomicie.
Konkretny materiał okraszony świetnymi beatami, udanymi popisami
gości i co najważniejsze wyjątkowym, autentycznym klimatem. Chaos
kontrolowany który pojawia się w pewnych momentach nie grozi
rutyną. Nieład na okładce, nieład w rapie, ale w tym wszystkim
jest metoda.
Żyto
z pewnością nie jest raperem kompletnym o ile ktoś taki w ogóle
istnieje. Wracając do początku recenzji. „Wiry” to dobry
przykład, że raper mimo słabszych stron ale z intrygującą
stylistką potrafi wciągnąć w swój świat. Można się przyczepić
od niedoskonałości w technice, słabszych refrenów, topornych
przyspieszeń, flow które czasami traci na czystości ale w tych
brudnych wersach jest rap z klimatem. Z miasta znanego głównie
z kultu religijnego raper z świętością nie mający zbyt wiele
wspólnego wchodzi do mainstreamu w dobrym stylu i jest na dobrej
drodze by powtórzyć sukces kolegi z wytwórni z poprzedniego roku.
Zapewne każdy zauważył
że w tym roku przypada 15-lecie istnienia warszawskiej wytwórni-
Prosto Label. Życzenia urodzinowe od Krzywej kroopy już były więc
nie ma sensu się powtarzać. Tym razem przedstawię osobisty bilans
tejże wytwórni.
Ulubiony album Prosto-
WWO- Witam was w rzeczywistości. Szczyt możliwości grupy,
przynajmniej w moim odczuciu, a zarazem jeden z ostatnich momentów
współpracy Sokoła z Jędkerem. Album na którym palmę
pierwszeństwa przejął Nocny Narrator pokazując kto w WWO wybija
się przed szereg. Świetne beaty od Magiery, L.A., Shuko bądź
Deszczu Strugi, trafne featy od Małolata, Firmy, Pono lub Jurasa.
Uliczny realizm plus deklaracja drogi do celu. Klasyk przez duże
„K”.
Najważniejszy album-
Sokół & Marysia Starosta-
Czysta Brudna Prawda. Moment przełomowy dla samego Sokoła jak i dla
całej wytwórni. Po odejściu od TPWC Sokół poszedł krok dalej
dostawiając do swojego wyrazistego stylu kobiecy wokal. Efektem tej
koncepcji to klasyk i płyta dekady.
Najciekawszy teledysk-
WWO- Sen. Polski hip-hop trochę czekał na to by dostać się do
stacji muzycznych. Może nie trwało to wieczność i postacie które
budowały scenę od podstaw zdążyły się załapać ze swoimi
klipami na pierwszy czas emisji rapu w polskich stacjach muzycznych.
Że Prosto zawsze przodowało w dobrych klipach wiadomo nie od dziś.
Nie raz wyprzedzali konkurencje choć to akurat sztuką nie było.
Szare blokowiska, zakapturzone typki, gdzieś w bramie na siłę
pozorujący swych idoli zza wielkiej wody. Słabo było z klipami
rodzimego rapu przez długie lata. Obecnie kanał Prosto Label bije
rekordy popularności na YouTube a obrazy do kawałków „Egzotyczna
przygoda”, „W sieci” lub „Alter ego” przekroczyły po
kilka milionów wyświetleń. Czarno- biały obraz, z drugiej strony
tak daleki od rapowych klipów. Choć powstał ponad 10lat temu wciąż
wygląda bardzo świeżo. Zaskakujące przyspieszenia, dojazdy i
odjazdy kamery, ciekawie prowadzona akcja. Jak sam kawałek jest
klimatycznie i oryginalnie. Autorami klipu byli: Kuba Lubiniewski
oraz Wojciech Zieliński. Ich świetna praca doczekała się YACHA
2004 za najlepsze zdjęcia. PS: warto oglądnąć klip, Sokół w
wersji soft, w ulicznym stylu wierzchnim.
Moment przełomowy dla labelu- Kontrakt z VNM. Bardzo
subiektywny wybór. No dobra, wszystko tutaj jest subiektywne, na tym
polega między innymi prowadzenie bloga. „V” na nielegalu
osiągnął dużo. Dla wielu stał się twarzą polskiego
undergroundu. Dołączenie członka 834 do składu warszawskiej
wytwórni wywołało niemałe emocje. Pewny siebie raper z Elbląga
swoją stalówką nie pasował do Prosto. Uliczny styl wytwórni,
gdzie tu miejsce dla takiego oryginału? Błąd. Po 3 latach od
debiutu można stwierdzić, że był to jeden z najlepszych ruchów
Sokoła w 15-leciu istnienia labelu. „Za parę lat w Polsce te
flow nie będzie kojarzyło sie z mainstreem'em im. Zostawiam po
sobie łez padół wielu raperów. Chcesz zobaczyć jak słone są?
to zejdź na dół. Biorę fejm, ej, jadę synu do miej lej. W studiu
robię flame I czekam synu na pay day tak, Prosto Label, lamy tu
mówią mayday. Bo mam promocje, a wiedza ile zrobiłem bez niej już
czas odliczać, moja kariera to bomba z zegarem, który zaraz
przestaje tykać i czuje zapach victorii”- te wersy stały się
ciałem...
Najciekawsza współpraca- Los Sicarios feat. Sokol, Palacio–
Checkeando. Prosto kilkakrotnie zaskoczyło ciekawymi współpracami.
Był numer na beatcie od DJ Premiera, była świetna współpraca z
Francuzami z Soundkail lub Słowakami z Kontrafakt, a także
dziesiątki ciekawych kawałków z krajowymi artystami jak chociażby
świetna produkcja od grupy OXY.GEN a wkrótce Rozbójnik Alibaba
wyda jeden z bardziej oryginalnych materiałów na polskiej scenie.
Jednak połączenie rapu Sokoła z kubańskim stylem zamiast
zderzenia kultur wskazało na wspólne sedno obu stylistyk.
Największe
zaskoczenie- Potwierdzone info.
Wspólna płyta Tede`go i Diox`a przypadła na rok „duetów”.
Niemal wszystkie wypadły blado i ciężko do nich wracać. Kolega z
HiFi Bandy – Hades nagrał przyzwoity ale nie powalający HAOS z
O.S.T.R., natomiast Diox wspólnie z dobrym ziomkiem- TDF`em nagrał
krążek na luzie. Co prawda ich krążek nie przewrócił do góry
nogami całej sceny ale stanowił przyjemny moment w 2013 roku.
Wydanie tego krążka w Prosto Label było pewnym zaskoczeniem.
Dlaczego nie Wielkie Joł? Prosto, Przypadek? Nie sądzę.
Ulubiony kawałek- WWO
feat. Orion, Kontrafakt, Włodi, Soundkail - I tak to osiągnę.
Kawałek stary i po paru latach do zweryfikowania. Być może nie
wszyscy dotarli do wyznaczonego wówczas celu i miejsca. Zwrotka
Włodiego to już spełniona przepowiednia podobnie jak u Sokoła.
Kilu MC i każdy wyczuł klimat kawałka, nawet po latach ma to swój
smak.
Banger nr 1- Zipera-
Bez ciśnień. Co prawda skład wytwórni nie jest bogaty w raperów
serwujących grube bangery ale jednak kilka kawałków wkręciło się
na długo. Klimatyczny teledysk, kręcące się półnagie panny,
wakacyjna zajawka, w powietrzu dziedzictwo dzikich pól, nawijki na
luzie. Kawałek z całą swoją otoczką w stylu bogatego entourage
rapu końca lat 90-tych w USA, a jednocześnie polski klimat.
Ulubiony producent
Prosto- Czarny HiFi. Przez
długi czas to dźwięki o DJ Deszczu Strugi były tymi których
wyszukiwałem w produkcjach Prosto. Twórczość HiFi Bandy nie jest
w moim klimacie ale odnosi się to jedynie do rapu Dioxa i Hadesa.
Produkcje od Czarnego to spadkobierstwo trueschoolowej epopei. Sample
świetnie wyselekcjonowane, umiejętnie prowadzenie melodii,
wykorzystywanie basu. Jeden z tych producentów którego
instrumentalne są nieraz ciekawsze od samych kawałków
Ulubiona zwrotka- WWO
– Mogę wszystko. Prawdziwy majstersztyk w rapie. Klimatyczny beat,
teledysk zapadający w pamięci i dojrzały tekst. W szczególności
pierwsza zwrotka wywołuje emocje: „Mogę
przeżyć życie, będąc na jego szczycie. Dostawać śniadania do
łóżka i całusa w policzek. Mogę mieć piękną kobietę, co
prasuje mi koszule. I cudowne dzieci, które wożę do szkoły
Cayenne. Mogę mieć świat u stóp, ja nie przypuszczam - ja to
wiem. Mogę mieć takie życie, jaki inni mają sen. Mogę pojechać
hen i właśnie tam znaleźć szczęście. Mogę być szczęśliwy
tu, mając proste zajęcie. Mogę zostać prezydentem i mieć własne
wojsko. Mogę kochać tak mocno, że wszystko inne to nic. Bo po co
śnić? Mogę robić to, zamiast tylko marzyć i gnić. Pośród
pustych twarzy, przeczekując życie. Przekreślając lepsze czasy,
mogę do przodu iść. Olewając drogowskazy, wszystko może się
zdarzyć. Mogę przemierzać planetę, nie chcąc żadnych bagaży.
Mogę mieć to, co chce, pierdoląc cały materializm. Mogę pomóc
bliskim i nigdy ich nie zawieść. Mogę zdobyć fortunę i komuś ją
zostawić. Patrzeć z tarasu na morze, z modelkami się bawić. Mogę
być tam gdzie ty, do końca naszych dni. Mogę być kimś, będąc
jednocześnie sobą. Albo pić od rana Wyborową, bić matkę. Mieć
jako dom klatkę schodową. Mogę skończyć się i nie jestem
zdziwiony. Mogę wszystko, to ma dwie strony”. Nie
ma tu popisów technicznych, przyspieszeń, wszechobecnych dziś
hashtagów, wszelkich zabaw językowych, jest za to bagaż emocji i
powiewy ekshibicjonizmu. Być wyliczanka w pewnym momencie dla
niektórych staję męcząca jednak nie ma rapu bez emocji...
Ulubiony beat z płyt
Prosto- VNM- Dym, produkcja
So`Drumatic. Nieziemsko klimatyczny beat w połączeniu z kobiecym
głosem Marysi odciąga uwagę od gospodarza kawałka czyli członka
834. Wprawdzie kilka innych produkcji od So`Drumatic po pierwszym
odsłuchu wywierało większe wrażenie. Beat z „Dymu”hipnotyzuje
na tyle, że za każdym razem brzmi świeżo. Nic tylko czekać do
album producenckiego So`Drumatic dla Prosto!
Najciekawsza okładka
– Sokół & Marysia Starosta- Czarna Biała Magia. Autorem
popularnego „oczojeba” jest zacna osoba o pseudonimie Wal&Gura.
Prostota wybijająca się z gamy stricte
hip-hopowych frontów CD.
MVP- Sokół.
Wybór banalny jak scenariusz w Dlaczego ja?. Ulubiony polski raper w
prywatnym rankingu. O tym jakim raperem jest Sokół nie ma sensu
pisać bo już zbyt wiele o tym napisano. Jedynie dodam, że z grona
przeciętnych, wtórnych i podrobionych MC- Sokół zawsze wybijał
się trafnymi spostrzeżeniami, prostym ale dogłębnym podejściem
do danego tematu, głodem do pokonywania barier w muzyce oraz
podnoszeniem jakości w wszelkich aspektach. Bo i w sprawach jakości
w wydaniu CD i odzieży wytwórnia ta zawsze wyprzedzała
konkurencję.
Najlepszy rok –
2011. W tym roku Prosto wydaje
pierwszy wspólny album duetu Sokół & Marysia Starosta- Czysta
Brudna Prawda. Po ponad 2 latach krążek zyskuje status platynowej
płyty. Nie od razu jednak było tak różowo.
Fani Sokoła byli w skrajnych emocjach na wieść o takiej
współpracy. Być może się mylę ale była to pierwsza platyna dla
Prosto. Tego samego roku wychodzą kolejne krążki które namieszały
na scenie: debiut VNM-a, również debiutancki Brahu, drugi krążek
duetu Pokój z Widokiem na Wojnę.
Rozczarowanie- Nie
będę wybielał rzeczywistości. Przez te lata działalności
musiały się przydarzyć trudniejsze momenty i niepowodzenia. Jak
przyznał Sokół, Prosto nieraz było bliskie bankructwa. Przy
obecnej pozycji trudno w to uwierzyć. Na płaszczyźnie muzycznej
także słabsze chwile dopadały tą wytwórnie. Nie wszyscy raperzy
Prosto powalają na kolana, nie sprawdzam wszystkich płyt jakie
wydają, jednak w kolekcji CD, Prosto jest jednym z liderów w
osobistej kolekcji. Za największe rozczarowanie uznaje postawę
byłego członka WWO i ZIP Składu a więc- Jędkera Co prawda sama
wytwórnia nie popchnęła realisty do statusu monopolisty ale
współautor „Na melanżu” jest kojarzony z Prosto i jego
działalność nie wątpliwiej chluby Prosto nie przynosi. Za
rozczarowanie w kategorii CD uznaje całkiem świeże dzieło grupy
RH- - Karty sim.
Odkrycie- Kękę.
W niektórych komentarzach na YouTube Sokół był nazywany mianem
polskiego Dr. Dre. VNM, KaeN, a wkrótce Żyto. Kilka nowych twarz w
rapie wyszło od Prosto. Reprezentant Radomia to akurat został
odkryty a raczej wprowadzony na szersze wody przez Młode Wilki
Popkillera. Jedna zwrotka i #hurrwa poszło. Charyzmatyczny,
oryginalny a jednocześnie swojski. Obok VNM-a najbardziej wyrazisty
typ którego Prosto wprowadziło na główną scenę. Ale to jednak
radomska Iskra stała się dla mnie najciekawszy odkryciem jakie
wyszło z wytwórni Sokoła i w ostatnich latach na polskiej scenie.
Sokół wygrany w prywatnych Fryderykach. Minęło 15-lat, cała wytwórnia jest wygrana. Życzenia już był więc może jedno oczekiwanie na koniec. Oby Prosto Label zaskoczyło jeszcze całą scenę łącznie z najbardziej gorliwymi haterami.
Prosto Lebel- dziś jedna
z największych wytwórni w Polsce. Potęga na scenie, zacne grono
raperów, najchętniej oglądany kanał YouTube w Polsce. Z okazji
15-tych urodzin ekipa Prosto Lebel przygotowało dla słuchaczy
kompilację z numerami które do tej pory wyszły na płytach tej
wytwórni. Jak podaje nam komunikat prasowy: „Płyta zawiera 15
wyselekcjonowanych nagrań z dorobku wytwórni. Album ukaże się w
limitowanym nakładzie, a jego oryginalne i wysmakowane opakowanie
będzie prawdziwą gratką dla koneserów polskiego rapu i sympatyków
Prosto.” Tracklista wzbudziła niemałe emocje wśród
odbiorców. Powstały alternatywne wersję zawartości urodzinowego
krążka. Przez lata działalności Prosto kilkakrotnie ewoluowało w
swym „repertuarowy” targecie. Ciężko zawrzeć na 15 numerach
wszystkie single i kawałki które obeszły się głębokich echem.
Sam widziałbym inaczej urodzinową kompilację Prosto Lebel. A moja
propozycja to:
Sokół, Jędker, Bilon, Wilku, Fu, Koras,
Pono, Małolat – Prosto
Felipe, VNM, Jędker, Pezet, Sokół, Brahu,
Numer Raz, Eldo - I żeby było normalnie
Czarny HIFI feat. Pezet – Niedopowiedzenia
Sokół & Marysia Starosta- Zepsute miasto
Hemp Gru - To jest to
Sokół feat. Pono - Poczekalnia dusz
Pokój Z Widokiem Na Wojnę - Moja pierwsza
dziewczyna
Potwierdzone Info- Nowy rok
Wybór ciężki.
Chciałoby się dać co najmniej dwukrotnie więcej numerów.
Patriota Zipery absolutny TOP3 kawałków patriotycznych w polskim
rapie. WWO- Mogę wszystko ze świetną produkcją i zwrotkami Sokoła
oraz jednym lepszych klipów XXI weku na naszej scenie. Wybranie
jednego numeru od WWO było na trudniejszym wyzwaniem przy tej
trackliście. Damy radę, I tak to osiągnę, Nie bój się zmiany na
lepsze, Życie depcze wyobraźnie, czy też Sen z moim ulubionym
klipem w polskim rapie. Żywiołowe kolabo- Jurasa i Wigora. Kolejna
dawka patriotyzmu od Kękę- jednego z lepszych debiutów ostatnich
lat. Życiówka Małolata z doświadczonym Włodim która wciąż
brzmi świeżo. Świeży VNM który na swoim debiutanckim legalu
brzmiał bardzo przekonywająco i czuć było głód, a podśpiewania
nie psociły swymi nieczystościami. Cypher w zacnym gronie na
beatcie Deszczu Strugi i kolejny wspólny numer większej grupy- I
żeby było normalnie który często śmigał w ramówkach muzycznych
telewizji. Klimatyczne Niedopowiedzenia na których Pezet pokazał
niezłą formę. Oldschoolowy numer od Hemp Gru który mimo upływu
wielu lat wciąż przenosi na warszawskie blokowiska. Oczywiście nie
mogłem sobie odpuścić Zepsutego miasta, bo gdy DJ Premier robi
beat dla polskiego rapera taki kawałek na takiej kompilacji znaleźć
się po prostu musi! Nostalgiczna Poczekalnia dusz i jakby szedł
przez warszawską Pragę. Uliczne story duetu Pokój z Widokiem Na
Wojnę z intrygującymi zwrotkami. I na koniec, wakacyjny banger,
gruby jak wieprza hype po wydaniu Kurta Rolsona. Hype po Elliminati
był wielki, wspólna płyta z Dioxem była pewnym zaskoczeniem,
pozytywnym zaskoczeniem. Wybrać było ciężko, samych numerów
Sokoła mógłbym umieści w liczbie dwucyfrowej.
Mam nadzieje, że to
Prosto nie wyczerpało limitu na urodzinowe „niespodzianki” i
mixtape z zaskakującymi współpracami bądź inne rocznicowe
wydawnictwa nas zaskoczą. Osobiście życzę Prosto Lebel
platynowych płyt, kolejnych dobrych wydawnictw, szacunku słuchaczy
i by „haj się zgadzał”.
Co by nie mówić i
pisać o obecnej sytuacji na rodzimej scenie- zadebiutować jest łatwiej niż wygrać
polskiej kadrze mecz. Moda na rap wróciła a z nią przesyt dobrej ale i też
złej, a nawet cholernie złej muzyki.Niby
nic w tym nowego. Zawsze scena była zróżnicowana pod względem poziomu, ale w
stawie reprezentantów różnych wytwórni brakowało tego jednego okazu co z
niewiadomego powodu płynął by pod prąd i był złotą rybą w skórze karpia.
Internet to cholerstwo. Co raz
częściej łapię się na tym że słucham rzeczy słabych… bo trzeba sprawdzić by
mieć zdanie, a że świeżych singli, mixtapeów i długogrających albumów wychodzi
masę to ciężko ogarnąć wszystko. I choć nie raz wpadłem na ciekawe rzeczy to
pewnie w większości przypadków słuchałem… tego samego. Wtórność boli, więc ¾
sceny jest cała w pręgach. Bohater dzisiejszej akcji zapewne swe blizny również
posiada. Lecz są one owocem życiowych doświadczeń i konsekwencją obranej drogi
niż waleniem głową w mur zwanym -oryginalność.
Na Kękę natchnąłem się
przypadkowo. Chyba w połowie 2012 roku „Woogie Boogie” wkręciło grubą fazę. Co
to za typ który z soczystym flow śmiga zręcznie i beat 2stego wycisnął do
ostatniej sekundy? Reprezentant Radomia- scena ciekawa, choć stosunkowo mało
popularna. Kot mający już swoje lata, bo już trzy dychy na karku spokojnie
budujący swój fame bez parcia na mainstream swoimi trackami bez głośny featów
nagle przykuwa uwagę. I co bym nie napisał, fenomen tego gościa jest jak Juan Jose Cobo w 2011 roku na
Vuelcie. Podziemne projekty zbyt wielu słuchaczy nie nabiły. Choć jak wrzucał Woogie Boogie składy się jarały to
jednak poważnego zainteresowania ze strony możny rodzimej sceny nie osiągnął.
I może gdyby nie znalazł się w
ekipie młodych wilków Popkillera czekał by dalej na swoją szansę lub roznosząc
listy nagle uświadomił przegapioną szansę… Kękę jednak sroce z pod ogona jednak
nie wypadł. Kontrakt z Prosto, a
wcześniej duże zainteresowanie starszymi kawałkami. Owoc świetnej
zwrotki na młodych wilkach , gdzie to zdecydowanie wybił się na tle bardzo
przeciętnej reszty. Nagle 30-latek, znany dotychczas przez skromną grupę
słuchaczy stał się jednym z najbardziej jeśli nie najbardziej oczekiwanym
debiutantem A.D. 2013. Reasumując: w „hurwę” to poszło!
Dla wielu Kękę będzie noskillsem,
który jedynie pewnością dorównuje większości graczy z sceny. Dla wielu będzie
to raper o technice na poziomie pierwszych nielegali ¾ kotów. W wywiadzie z
Yetim, Pezet stwierdził w kwestii debiutów, że obecnie nie chodzi o skillsy.
„Trzeba być jakimś”- mógłby powiedzieć Sokół. Radomianinowi oryginalności
odmówić nie można. Specyfika warsztatu tego rapera raczej nie budzi zbyt wielu
skojarzeń. Choć dykcja dla naszej, polskiej sceny nie jest dobrą stroną, a mr.
slow flow to drugie imię wielu polskich raperów. Bogactwo swych własnych
słów jak chociażby kultowe już „hurrwa” dodaje smaczku. Przez co na pierwszy
„rzut ucha” niczym nie wybijający się MC, mający już swe lata i staż w
podziemiu staje się raperem wyjątkowym.
Przez ostatnie lata wyrobił się
pewien model debiut-album. W tolerancji mniejszej lub większej i w różnych
wariacjach debiut musi mieć coś zza wielkiej wody, gości jeszcze z czasów
undergroundu i tych już z mainstreamu, teksty raczej posępne, bo smutek
wrodzona naturą Polaków jest! Takie rzeczy na dzień dobry z okładki informują nas
czym są tytułowe „rzeczy”. „Radom-muzyka-kobiety-wino” pewnie kolejność
spartoliłem ale te cztery słowa są bliskie sercu 30-latka z Radomia. Album choć
debiutancki to zawierający stare, najbardziej kojarzone numer- „Nie widziałaś”,
„Jeden kraj”, „Iskra”. Prawdopodobnie pod względem odsłuchów na YouTubie
najbardziej popularne poza wspominanym wcześniej Woogie Boogie. Numery dobre-
ale po przesłuchaniu całego krążka można zauważyć, że powstały zdecydowanie
najwcześniej z całego albumu.
Otwierające „Nigdy dość” na
hipnotycznym beatcie od Zioła pokazuje całkiem spore liryczne możliwości Kękę:
„Chwila gdy uderza bit i nagle myśli tak wiele/I wtedy muszę to pisać jakby
Duch zstąpił na ziemię/Wtedy nie ma już pytań i wszystko jasne/Jakby Bóg sam
powiedzieć chciał że wszystko dobrze. Będzie./ Moje wyznanie wiary moja
modlitwa do nieba/Jak mam być szczerym to nagram, jak nieszczerym to jebać”, z
deklaracją trudnej drogi w refrenie przypominam o statusie debiutanta.
Trueschoolowe brzmienie, dojrzałem refleksje, bez pustych sloganów, męczących
hashtagów. Nie inaczej jest w numerze „Zostaję” (czołowy singiel ubiegłego
roku) z najlepszą na krążku produkcją od Czarnego HiFi przenoszący wprost na
szare blokowiska. Lokalnym patriotyzm, Represent ala Kękę „stąd szczery rap… i
konkret jestem”. Niezła nawijka, w przeciwieństwie do innych graczy na scenie
reprezentant Radomia głośno mówi skąd jest , w dodatku z pełną dumą „Każdy
zżyty z tym osiedlem, każdy kto jest stąd./ Nie na darmo nasze miasto ma w
nazwie dom”.
Ogólnie rzecz biorąc, beaty na
„Takich Rzeczach” to trafiony strzał. 2sty świetnie rozhulał dobrze znane „Nie
widziałaś”. Męski szowinizm okraszony brudną barwą głosu szybko stał się grubym
bangerem. Niby w tym nic odkrywczego, numeru o laskach i rwaniu w klubach polski rap ma całkiem sporo, ale niewiele z
nich jest w stanie na dłużej wkręci się playlistę. A fraza „Na sikorki zawołanie 'Na-na-na-na'”
stała się już wszechobecnym tagiem.
Na początku recenzji wspominałem
o sednie krążka, a więc o „Takich rzeczach”. Dom, miłość do rodzimego miasta,
Kękę od początku swej przygody z rapem jawnie propaguje swój patriotyzm. Na
Młodych Wilkach byli „Niesprawiedliwi”. Na krążku mamy natomiast „Iskrę” oraz
„Jeden kraj” (jednej z lepszych teledysków 2013 roku). Nie jest to skrajny
przekaz jaki zaserwował nam Medium obecnie Tau. Wyzbyty populizmu tekst: „Oskarżenie
o fanatyzm pustym śmiechem zbijam/żaden katolicki dżihad, chociaż wierzę w
Boga” w Iskrze jak w i w Jednym kraju z nostalgią: „Zakopaną w lesie broń po
dziadku znajdę przeczyszczę./Szukać wiem gdzie, czekam na iskrę” z daleka od
pretensjonalnych sloganów jawnie deklaruje swój światopogląd. Również w „Krucjacie” znajdziemy nawiązania do
wcześniej poruszonej retoryki. Choć akurat w tym numerze pojechało mu się dużo
bardziej skrajnie. Bezkompromisowo? Nawet jeśli tak to w naturze dobrego MC
powinno być to częścią DNA.
Reszta krążka choć nieco
nierówna i odstająca od czołowych kawałków niewybita się klimatem. „Takie
rzeczy” brzmią bardzo spójnie. Daleko do klimatów innych czołowych albumów roku
2013, ale ale i tak płyta zjada wiele czołowych pozycji które ostatnio zostały
wydane. „Wszystko pięknie” i „Dużo nie trzeba” chilloutowe brzmienie, wolno
płynące, nieco więcej o samym Kę w tych
kawałach usłyszymy. Leniwe klimaty, opowieści bliskie niemal każdemu
słuchaczowi polskiego rapu. W kawałku „Trasa” Kę mianuje się- Ryśkiem Riedlem
rapu. Coś w tym jest. Kękę jest jaki jest, jak go widzimy i słyszmy, nikogo nie
udaje, na pozoranta nie wyrasta, jest naturalność, pewność siebie. Może i
trochę samego 2paca, którego Kę jest wielkim fanem. Lecz nie oznacza to
zżynania w wersji full jak można zauważyć u co najmniej połowy mainstreamu.
Wracając do albumu, kilka numer
brzmi jakby nie zostały do końca dopracowane.
Wcześniej wspominana „Trasa” trochę razi nieczystościami, sam numer jest
luźnym trackiem i nie wybija się z całości. Osobistą spowiedź w „Sama powiedź” gdzie znów dowiadujemy się
czegoś więcej o Kękę. Tym razem o tym jak zabija czas, lecz jak 30-latek radzi
sobie ze swym życiem. Szkoda tylko, że beat w tym kawałku usypia przez cały
numer staje się bardzo męczący, a szkoda! Brudne, a wręcz łobuzerskie (choć nie
znoszę tego słowa) „Z boku” mogło by kandydować do miana 3 minutowej
charakterystyki stylówki Kę. Skoro Sokół jest nocnym narratorem, to
reprezentant Radomia tym numerem zasługuje na miano „spojrzenia późnej pory”.
Być może jest w tym wielka przesada, bo do Sokoła w budowaniu napięciu, barwnym
opisywaniu szarej rzeczywistości brakuje mu bardzo wiele. Niemiej jednak,
story-rap wychodzi mu bardzo ciekawie, a i klimat kawałka nie wiem dlaczego ale
przypominam mi… JWP! Brudno i łobuzersko jest również w „Chwili”. I znów bezkompromisowo,
na pierwszy odsłuch, mała „lekcja życia”, z kolejnymi już: „bra-ka-ka-ka” na
ciekawym choć charakterystycznym dla 2stego beatcie potrafi stworzyć intrygujący
klimat.
Co do całego krążka, hmm…. Jak
na debiut jest dobrze, może bardzo dobrze. Jest nad czym pracować. Ale jest przede
wszystkim pewna charyzma, która powinna być w każdym dobrym MC. Stylówka Kękę
to przede wszystkim brudny wokal, charakterystyczne flow- nieco monotonne, pełne
soczystych momentów, bezkompromisowe podejście do pewnych spraw, zapatrzenie do
rapu wyjęte ze starej szkoły. Można by się przyczepić do małej ilości rymów
oraz metafor. Choć na początku recenzji nieco pochwaliłem lirykę Kę. Dzięki
Bogu, w warsztacie Radomianina nie ma wszechobecnych hashtagów, zbędnego
pozerstwa, pustych wersów, niemrawych szesnastek czy też przerysowanej treści.
W ubiegłym roku, znaczna część sceny próbowała kopiować trendy zza wielkiej
wody. Kę, niekryjący sympatii do rapu Tupaca Shakura co najwyżej lekko
inspirował się twórczości reprezentanta West Coastu. Zamieszczenie na debiucie starych numerów dla
niektórych może być błędem, dla innych plusem. Co ważne te kawałki nie obniżają
poziomu choć w nowych trackach słychać progres. Jednak dlaczego zabrakło Woogie
Boogie? Cholera i Kękę tylko wie. Brak gości pokazuje, że ma pomysł na
budowanie kawałki i czuje się na tyle pewnie by nie wspierać się pomocnikami.
Nierówny poziom produkcji na krążku jest słyszalnym faktem, byle na kolejnym
albumie beaty były lepiej dobrane.
Co ważne, „Takie rzeczy” nie
mają nadbudowanej koncepcji. W prostocie siła, ba nawet takie rapu obecnie
najbardziej brakuje na naszej scenie. Reprezentant (tak ponownie to słowo)
tłumu z którym można się zidentyfikować, którego refleksje i doświadczenia są
nam bliskie kupił wielu słuchaczy. Być może obecny czas to dla Kękę najlepszy
moment na debiut, być może gdyby nie Młode Wilki Popkillera nie było by tego
debiutu. I taki krążek jak „Takie rzeczy” bliskie pewnemu 30-latkowi z Radomia
nie wyszły by szersze wody… Rap gra straciła by ciekawe zawodnika, bo takiego
rapu jak widać polscy słuchacze bardzo oczekują. Obok Wuzeta, a tuż za Rasmentalism
debiutant roku. Top3, miejsce na podium, osobiście absolutne TOP10 roku. Naprawdę
nieźle!