Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski hip-hop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski hip-hop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2015

Ma swój Lewiatan..... czyli recenzja Quebonafide- Ezoteryka/Erotyka

Ze świecą szukać drugiego takiego gracza który wywołuje podobne zamieszanie. Featy szeroko komentowane, akcja z frazą roku „to nie jest hip-hop”, jawny zamach stanu na płytę roku w postaci sześciu klipów w kilka godzin. Ten raper jeszcze przed legalnym debiutem zatrząsł sceną. Z przylepioną łatką rapera dla gimbazy (daj Boże by te gimby skumały wszystkie podjazdy Que) i pędem do nawijania jakby miał się zaraz skończyć świat musi się czuć jak ser mascarpone w tiramisu- sami to rozkmincie..
Lud go wybrał. Grzmią komentarze, wszelkie rankingi podsumowujące poprzedni rok. Jakakolwiek obecność Que na bicie w ostatnich miesiącach była jak objawienie duchowe. Niemal zawsze wrzucana do worka o randze „BREAKING”, wzbudzająca emocje i dzieląca środowisko. Przypisując sobie monopol na uwagę jak Russell Westbrook w świetlne LeBrona Jamesa, Que w krótkim czasie zbudował sobie „małe Imperium” które nawet nie śniło się niejednemu weteranowi. W tej całej Quebomanii trudno nie odnaleźć charakterystycznego symptomu. Opus Dei dla sceny, która w symboliczny sposób w przyszłości wyklnie swego inkwizytora? Kilka ksywek przez lata musiało doznawać piętna krzewiciela nowych trendów. Coś podobnego doświadcza obecnie Rasmentalism po singlu „Nie jestem raperem”. I jestem skłonny zaryzykować, że podobny scenariusz może dopaść „Ezoterykę” i jej autora...
Podobieństw jest kilka. Podejście do rapu wychodzące poza przeciętną krajową sceny i sorry za truizm- powinność rodaków do ściągania w dół tych co tronu zasmakowali. W realiach hip-hopu A.D. 2015 gdzie Rap Genius zastępuje samodzielne myślenie słuchacza, a raperzy częściej posługują się hashtagami na Instagramie, starannym dobieraniem metek i uprawianiem Szwajcarii na FB niż bawieniem się wołowiną ten rap się broni. A sama „Ezoteryka” wskazuje na właśnie proporcje między skillsami a popularnymi trendami.
Być może odbiór legalnego debiutu Quebonafide byłby jeszcze bardziej przyjemny gdyby nieznajomość ze znaczną częścią materiału na kilka tygodni przed premierą. Na świeżości co prawda ten materiał nie traci lecz jakby wyciąga na światło dzienne pewien schemat w rzemiośle Que: posługiwanie się słowem „jak” na potęgę, które z czasem zaczyna bić po uszach, chwilami ciągnięcie metafor na siłę, budowanie górnolotnych wersów kiedy wypadałoby w prostej formie pojechać. Daleki jestem od określenia nawijki na Ezoteryce mianem przewidywalnej, bo jak mało kto na polskiej scenie potrafi utrzymać szczytową dyspozycję flow przez cały numer. Są kawałki gdzie gospodarz nie żałuje polotu i bez kontroli wyrzuca wersy: „Nie ma emocji, nie ma rapu, nie mam dość. Jest rap, odczuwam lęk, żal, złość. Samozachwyt, dlaczego jeszcze nie podzielasz? Mój ziomek obrócił się w proch, mamy do czego strzelać”. Z wokalną czystością dziewicy z miejsca można go wpisać do czołówki najczystszych wokali w branży, z prędkością TGV prześcigający topornych nawijaczy o randze PKP. Warsztat na tyle bogaty, że grzechem było by zepsucie tego materiału.
Nie da się ukryć, że bragga to najsilniejsza broń Quebonafide nie od dziś. Wersy nie są nadąsane, dalekie od Ułańskich przechwałek, sprawiające wrażenie jakby przychodziły raperowi z Ciechanowa z wielką łatwością: „Poznasz mnie po ciuchach, ruchach. Jak na PS Move Stalker, mam korzenie pod ziemią. Tu gdzie sukces ma wiele imion. Czasem mu powiem na "ty" przez zapomnienie; wóda. W imię czego znowu pęka ten Smirnoff. Chyba pora na przedstawienie; Kuba, Crossing over, nowe stillo, robię to, poza tym hołduję zmianom. Chcą mi wchodzić z butami w moje. Tylko teraz Valentino i Ferragamo. Pierdolę modę, nagrywam wave za wavem, co się ze mną stało? W szafie nie mam miejsca na więcej i nie wiem. Bez zarzucenia mam na bani to samo parano”. Ta zabawa słowem ma w sobie coś wyjątkowego, żonglowanie różnorakimi inspiracjami lub dla smakoszy tematu sprytnie przemycone punche mogą cieszyć: „Wpadłem tutaj zrobić sajgon, nie myl z Carenardem. Mam straszną frajdę, mój psycho-fanbase działa jak Hiden” lub udane metafory: „Scena jest świeża, ja umieram z głodu. Nawet nie chce mi się otwierać cudzysłowu. Nawet nie chce mi się otwierać cudzysłowu. Bo zjadam ich jak, yyy, czy jest opcja na dowóz?”.
„Ezoteryka” jak i „Erotyka” to taki materiał gdzie miszmasz braggi, skillsów i głodnej natury MC przenika się nawzajem. Dla wyznawców rapu z przekazem ten album może być toksycznym ukąszeniem. Momentami bardziej „poważne” linijki subtelnie wypływają na wierzch pozwalając na lepsze poznanie rapera który mimochodem sprawnie kamufluje się na bicie: „Żadnych problemów, depresji przy gniewie. Chyba, że odpalam C30-C39. Żyje zwiewnie, tylko dzisiaj i tu. Już nie wiem czy to Epikur czy filozofia Misia Baloo. Zawijam parę monet i dzionek witam jak król”.
Sporo w tym wszystkim finezji, błyskotliwego poruszania się po bicie bądź po prostu właściwych wyborów muzycznych. To, że gospodarz „Ezoteryki” nie przebiera w środkach jest w sporej części zasługą producentów. Zarówno album i mixtape trzymają równy poziom, zaskakująca jak na warsztat produkcja od Soulpete, agresywne newschoolowe bity od Chris`a Carsona to zaledwie przedsmak. Szeroka paleta świeżego brzmienia od petardy Matheo po równie mocny sztos od Lanka w „Jackass” aspirujący do tytułu bangera roku, nisko zawieszonej delikatnie elektroniki i z żywiołowymi bębnami od Bob Air`a w „Vanilla Sky”, mroczne „Kryie Eleison” od ka-metal w której prostota procentuje lub osadzona w na lekkich bębnach produkcja od Essex`a.
W zasadzie Erotykę traktuje jako odrzut Ezoteryki, udany, zupełnie przyjemny z kilkoma bangerami jak „Sukces” lub „Jackass” ale jednak odrzut. Ezoteryka broni się sama, długo oczekiwany album, zapowiadany na debiut roku nie zawiódł. Co raz częściej pojawiające się głosy o końcu rapera z Ciechanowa jeszcze przed pierwszym LP można wyrzucić do kosza. „Ezoteryka” dowodzi, że hype na Quebonafide nie jest jedynie chwilową modą. Jak mało kto na naszej scenie potrafi sprawnie poruszać się po bicie, bragga nie brzmi topornie, a łatwość z jaką operuje flow musi zwracać uwagę. Nawet ciągotki do popowych refrenów jak ten w „Ile mogłem?” stają się znośne, a grube bangery jak „VooDoo” rekompensują zbyt górnolotne momentami wersy.
Zapewne znajdą się osoby które na samych pochwałach zakończą swoją przygodę z legalnym debiutem Que. Nad kilkom elementami jednak należało by popracować. Przesyt i szybka nawijka nie zawsze się sprawdza- patrz gościnna zwrotka Rasa kradnąca uwagę w wspólnym kawałku, czy też wcześniej wspominana schematyczność może z czasem obniżyć notowania „Ezoteryki”. Jak na debiutancki materiał nie ma co wybrzydzać, „Ezoteryka” nieokazała się mistyfikacją zdolnego rapera lecz udanym wejściem w mainstream jednego z najciekawszych raperów ostatniej dekady. I choć nie jest to rap po który bym sięgał mimowolnie to intrygująca moc Quebonafide okazała się zaraźliwa.  A to dopiero początek.


Ocena- Ezoteryka: 8,5/10
Ocena- Erotyka: 7/10
Pozdro
Krzywa krooopa



Album dostępny na preorder.pl

 

czwartek, 24 lipca 2014

Powroty: W.... jak Warszawski styl. Czyli Włodi- W...

Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że koniec sierpnia będzie należał do Włodiego. Właśnie na ten czas przypada premiera trzeciej solówki członka Molesty. I choć od wydania poprzednika „Wszystko z dymem” minęło już 9 lat to jedna z legend rodzimej sceny wciąż pozostaje jedną z najbardziej głośnych ksywek w kraju. Za nim jednak z głośników beat z dymem wyleje nowe nawijki Włodka warto przyglądnąć się jednemu z ciekawszych krążków XXI wieku na polskiej scenie.
Gdy pierwszym albumem osiąga się status gwiazdy można wpaść w sidła wtórności. Zmiana stylu? Fani mogą tego nieprzebaczyć. „Skandal” który szybko po premierze stał się niewątpliwym klasykiem sprawił, że Włodi to MC z ekstraklasy. Niemal z miejsca grupa stała się ikoną ulicznego stylu w Polsce, a sam Włodi jedną „gwiazd” stylu. I w ty momencie mógłbym darować sobie dalsze wywody na temat wkładu jaki warszawiak wniósł do polskiego rapu i tak zrobię, bo nie w tym rzecz.
Pierwsza solówka dała odpowiedź tym wszystkim którzy wątpili w zdolności Włodka. Bez ziomków z Molesty rap też jest kozacki. „Jak nowonardzony” szybko stał się kolejny klasykiem w szerokiej dyskografii członka Molesty. Druga solowa płyta , rok 2005, dekada na scenie. Każdy słabszy krok, każda słabsza zwrotka zahaczająca o odcinanie kuponów szybko została by wypunktowana. „W...” to kompilacja wszystkich mocnych stron Włodiego. Dobrze dobrane beaty, wersy pełne realizmu, liryka na najwyższym poziomie. Choć po projekcie Parias można uznać, że progres w przypadku tego weterana to temat wciąż otwarty. Daj Boże by koledzy po fachu Włodka mimo wysokiej pozycji w rap grze szukali nowych poprzeczek.
Wracając do „W...”, jak to bywa w przypadku klasyków mamy materiał który mimo upływu niemalże dekady niezatracił świeżości. Singlowe „Zobacz co się dzieje na podwórku” jedynie oldschoolowym beatem przypomina datę nagrania. Linijki nadal posiadają realizm i choć kształt i barwy szarych podwórek się zmieniły i nie tylko w Stolicy to i klimat wciąż jest adekwatny: „Podwórko, co mnie tam jeszcze spotka może ktoś, komu nie przypasi moja zwrotka . Albo od tak ma do mnie jakieś wonty. Ulica to recenzent, głupi ten, co wątpi”.
Najmocniejsze wówczas ksywki w stołecznym rapie niezawiodły. Każdy z gości wpisał się w klimat kawałka, Eis świetnie wzbogacił swoimi linijkami jeden z ciekawszych numerów na płycie- „Mam siłę”, WWO w bodajże najlepszym dla siebie momencie, Numer Raz i Ten Typ Mes z kolejnym udanym featem. Muzycznie? Również kozacki materiał. Z jednej strony mamy beaty zróżnicowane, nie grożące rutyną, a z drugiej spójność klimatu krążka nie została zaburzona. W warstwie tekstowej „W...” to kontynuacja charakterystycznego stylu i konsekwentnie prowadzonej drogi. Dziś jak na dłoni widać przebytą drogę od „wkurw..go dzieciaka” z czasów Smak B.E.A.T. do dojrzałego ojca rodziny, typa pewnego swych zasad i pogodzonego z przeszłością. Dojrzewający z kawałka na kawałek MC wyzbył się z czasem wszystkich ulicznych populistycznych haseł.
Mimo 9 lat od premiery krytyka sceny za banalność i tanie podejście do muzyki obecna na „W...” nadal jest na czasie: „Dziś, rano podszedłem do lustra, mówię "Włodi choćby twoja kieszeń miała być pusta, nigdy nie graj w klubach typu blue star". Kumasz?! To jakbyś kurwę pocałował w usta. Zachowaj honor, a kto gust ma ten plus da. Nie gram na odpustach bo mam spryt z ulicy, syf z ulicy - jest tematem moich płyt I niczym innym, ja czuję się silny. Rozjebać ten hip-hopolo festyn, te chujowe bity i te kiepskie teksty”.
Dojrzała krytyka wcześniejszych przeżyć- niemal punkt obowiązkowy w produkcjach Włoda także i na drugiej solówce jest obecna: „Chyba poczułaś ulgę gdy w zamku zgrzyt kluczem dał znać, że jestem, a mówiłem że nie wrócę. Udawałem, jestem kiepski aktor, szorstki, prawdziwy, a ty jak respirator - bez ciebie się duszę, nienawidzę dni gdy się z tobą kłócę i na poduszce mam tylko twojej głowy odcisk, chore myśli, które gonią cię jak pocisk i dwa włosy, które błyszczą się pod światło... Kurwa nikt nie mówił nam, że będzie łatwo!”. W czas gdy SWAG bądź ponury rap 20-paro latków wylewa się z półek w Empiku „W...” brzmi w szczególności wyjątkowo.
„W...” zostało wydane gdy Włodi jawnie szukał lepszej drogi, nie tylko w muzyce. Świetna gościnna zwrotka u Małolata i Ajrona czy też u WWO- I tak to osiągnę. Jakby członek Molesty nieustanie dąży do mety: „Bo kawałków o melanżach na single nie pisze. Pod blokiem w kapturze wole faktów być bliżej, a faktem jest walka o byt i o luksus. A wstyd to jak jej nie podejmę i na wózku będe musiał pchać jakiś złom do skupu i klął na te kurwy w sejme co kradną naszą flotę chce ich zmieszać z błotem”.
Mimo wysokiego poziomu, album nie odniósł komercyjnego (zaledwie 35 miejsce na liście OLIS) sukcesu. Choć dla samego autora tego krążka to pewnie żaden problem. Przypadający na „złotą erę” polskiego rapu, album był czymś więcej niż kolejny wydawnictwem z pieczęcią Molesty. Od czasów „Skandalu” Włodi stał się niemalże naczelnym pedagogiem dla pokolenia obecnych 30-latków zajaranych rapem. Być może nieco przesadziłem z tym pedagogiem ale wersy warszawskiego rapera z czasem stały się nośnikiem dojrzałego rapu z bagażem przestrogi i głębszych przemyśleń.
Czy ma ten album słabsze strony? Flow nie zmiata sceny. Poza tym, nie jest to album w którym technika powala na kolana. Styl rapowania dla wielu obecnych słuchaczy może być wręcz archaiczny tylko czy obecny rap dorasta do pięta klasykom?
Podsumowując. „W...” to klasyk i zarazem jeden z lepszych albumów na jakim możemy usłyszeć Włodiego. Czy najlepszy? Każdy sam sobie na to odpowie. „Włodi sam, nie na famei`e Molesty” to dojrzały raper, który po ciężkiej drodze nie zatracił się polskiej przeciętności i wtórności. Ba! Tracki spod pióra Włodka stały się wręcz drogowskazem jak poruszać się po dżungli wielkiego miasta. Brak tanich moralnych truizmów, złotych rad, pseudo uniwersalnych ulicznych prawd tak popularnych w szczególności u nas. Klimat drugiej solówki Włodka to esencja warszawskiego stylu. Tego czego w pewnym czasie mocno wkręciło mnie w rap. Tym bardziej czekam na „Wszystko z dymem” i choć balon oczekiwań promo single napompowały do oporu to liczę, że i trzecie solo będzie kolejną dobrą dawką hip-hop z etykietą „Made in Poland”. Włodi- czekam na kolejny klasyk! 

Dzięki reedycji tego wydawnictwa „W....” znowu na mojej półce.
A wkrótce recenzja: Lukasyno- Bard

Krzywa krooopa
Pozdrawiam

wtorek, 1 lipca 2014

Ńemy w Prosto Label !


1 lipiec więc okno transferowe otwarte! Puki co, najaktywniejszy na „giełdzie” jest Prosto Label. Pod koniec czerwca skład warszawskiej wytwórni zasiliła stołeczna ekipa- Official Vandal, dziś do gigant na polskiej scenie dołączył Ńemy! Ktoś nie zna? To najwyższa pora by to zmienić. O jednej z ciekawszych postaci w polskim rapie słów kilka....
Mimo że od paru lat krajowa scena zmienia się i co raz barwniejsze postacie znajdą swoją grupę słuchaczy jednak kilku wyróżniających się postaci długo pozostawało w cieniu. Widocznie kserokopie na masówkę pasują jak ulał. Moda na wydanie smutnych krążków przez młodych MC zaczyna mierzić. Ile można? Nowy nabytek Prosto to inna bajka. Nowicjuszem na scenie nazwać go nie można. Ńemy od kilku lat pracował na mainstream.
Za największe sukces w karierze producenta i rapera z Sierpca uznaje triumf w "The Man With The Iron Fists Remix Contest” zorganizowany przez członka Wu-Tang Clan- RZA. W ten sposób remix kawałka- „Bulit For This” z udziałem Method Mana, Freddie Gibbsa oraz samego RZA pochodzący ze ścieżki dźwiękowej do filmu "The Man With The Iron Fists” zyskał polski akcent niczym kadra Hondurasu na Mundialu za sprawą słynnego już Oscara Bońka Garcii. Już w 2008 roku Ńemy został nominowany do „Paszportów” tygodnika Polityka. Na docenionym choć głównie poza hiphopową sceną albumie L.U.C.- „Planeta LUC” również dołożył nie jedną cegiełkę. Poza tym nowy nabytek Prosto współpracował z Dorotą Miśkiewicz, Michałem Urbaniakiem oraz Rahimem. W 2012 trafił na Młodych Wilków Popkillera, a na wspólnym tracku popisał się najoryginalniejszą obok Kękę stylówką. Więcej o dokonaniach Ńemy`ego poczytać możecie w notce biograficznej na profilu artysty opublikowanej na stronie Prosto.
„Ń” to postać o wielu twarzach. Producent nieszablonowy, z jednej strony łączący w swojej muzyce wszystko co ciekawe i świeże w nowych brzmieniach, a z drugiej nie zapominający o swych czterech kątach zwanych inaczej „małą ojczyzną”- patrz kawałek „S.I.E.R.P.C.” Folk w wersji rap bez bitej śmietany i sztucznych biustów. Jako raper również wyróżniający się z tłumu. Szybkie flow, elektryczna barwa głosu, zręczna technika, skillsy się zgadzają. W tekstach sprawie bawiący się słowem, sprytnie balansujący nowościami które wbiły się do rapu. Mówiąc a raczej pisząc krótko- „Mistrz ceremonii”. Szkoda, że taka postać musiała czekać na swoje „5 minut” parę lat. Szukanie sprawiedliwości w rapie to utopia. Zresztą sama sprawiedliwość to rzecz subiektywna. Postacie robiące rap wpisujący się w obecne standardy wydają krążki niemal tak podobne, że nie trudno ich pomylić. Tak czy inaczej Ńemy trafia do wytwórni z najlepszą promocją w kraju. Sądzę, że jest to przełomowy moment dla wytwórni jak i dla samego artysty. Parę lat temu VNM przebojem wdarł się na mainstream, rok temu charyzmatyczny reprezentant Radomia- Kękę namieszał w rap grze. Teraz czas na producenta i rapera s Sierpca? Oby!
PS: a wkrótce kolejna część subiektywnego przeglądu wakacyjnych beatów czyli rapu w letniej aurze i prawdopodobnie kolejna recenzja, tym razem ktoś z USA (chyba). 
Poniżej próbka możliwości nowego członka Prosto Label 



Pozostałe „transfery” w Polskiej scenie:
Wdowa odeszła z Alkopoligamii. Kolejne miejsce to... Wielkie Joł?
Te-tris opuszcza Aptaun
Official Vandal w Prosto Label


Krzywa kroopa
Pozdrawiam

czwartek, 12 czerwca 2014

Subiektywne urodziny Prosto #2

Zapewne każdy zauważył że w tym roku przypada 15-lecie istnienia warszawskiej wytwórni- Prosto Label. Życzenia urodzinowe od Krzywej kroopy już były więc nie ma sensu się powtarzać. Tym razem przedstawię osobisty bilans tejże wytwórni.

Ulubiony album Prosto- WWO- Witam was w rzeczywistości. Szczyt możliwości grupy, przynajmniej w moim odczuciu, a zarazem jeden z ostatnich momentów współpracy Sokoła z Jędkerem. Album na którym palmę pierwszeństwa przejął Nocny Narrator pokazując kto w WWO wybija się przed szereg. Świetne beaty od Magiery, L.A., Shuko bądź Deszczu Strugi, trafne featy od Małolata, Firmy, Pono lub Jurasa. Uliczny realizm plus deklaracja drogi do celu. Klasyk przez duże „K”. 


Najważniejszy album- Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Moment przełomowy dla samego Sokoła jak i dla całej wytwórni. Po odejściu od TPWC Sokół poszedł krok dalej dostawiając do swojego wyrazistego stylu kobiecy wokal. Efektem tej koncepcji to klasyk i płyta dekady. 
 

Najciekawszy teledysk- WWO- Sen. Polski hip-hop trochę czekał na to by dostać się do stacji muzycznych. Może nie trwało to wieczność i postacie które budowały scenę od podstaw zdążyły się załapać ze swoimi klipami na pierwszy czas emisji rapu w polskich stacjach muzycznych. Że Prosto zawsze przodowało w dobrych klipach wiadomo nie od dziś. Nie raz wyprzedzali konkurencje choć to akurat sztuką nie było. Szare blokowiska, zakapturzone typki, gdzieś w bramie na siłę pozorujący swych idoli zza wielkiej wody. Słabo było z klipami rodzimego rapu przez długie lata. Obecnie kanał Prosto Label bije rekordy popularności na YouTube a obrazy do kawałków „Egzotyczna przygoda”, „W sieci” lub „Alter ego” przekroczyły po kilka milionów wyświetleń. Czarno- biały obraz, z drugiej strony tak daleki od rapowych klipów. Choć powstał ponad 10lat temu wciąż wygląda bardzo świeżo. Zaskakujące przyspieszenia, dojazdy i odjazdy kamery, ciekawie prowadzona akcja. Jak sam kawałek jest klimatycznie i oryginalnie. Autorami klipu byli: Kuba Lubiniewski oraz Wojciech Zieliński. Ich świetna praca doczekała się YACHA 2004 za najlepsze zdjęcia. PS: warto oglądnąć klip, Sokół w wersji soft, w ulicznym stylu wierzchnim. 


Moment przełomowy dla labelu- Kontrakt z VNM. Bardzo subiektywny wybór. No dobra, wszystko tutaj jest subiektywne, na tym polega między innymi prowadzenie bloga. „V” na nielegalu osiągnął dużo. Dla wielu stał się twarzą polskiego undergroundu. Dołączenie członka 834 do składu warszawskiej wytwórni wywołało niemałe emocje. Pewny siebie raper z Elbląga swoją stalówką nie pasował do Prosto. Uliczny styl wytwórni, gdzie tu miejsce dla takiego oryginału? Błąd. Po 3 latach od debiutu można stwierdzić, że był to jeden z najlepszych ruchów Sokoła w 15-leciu istnienia labelu. „Za parę lat w Polsce te flow nie będzie kojarzyło sie z mainstreem'em im. Zostawiam po sobie łez padół wielu raperów. Chcesz zobaczyć jak słone są? to zejdź na dół. Biorę fejm, ej, jadę synu do miej lej. W studiu robię flame I czekam synu na pay day tak, Prosto Label, lamy tu mówią mayday. Bo mam promocje, a wiedza ile zrobiłem bez niej już czas odliczać, moja kariera to bomba z zegarem, który zaraz przestaje tykać i czuje zapach victorii”- te wersy stały się ciałem...


Najciekawsza współpraca- Los Sicarios feat. Sokol, Palacio– Checkeando. Prosto kilkakrotnie zaskoczyło ciekawymi współpracami. Był numer na beatcie od DJ Premiera, była świetna współpraca z Francuzami z Soundkail lub Słowakami z Kontrafakt, a także dziesiątki ciekawych kawałków z krajowymi artystami jak chociażby świetna produkcja od grupy OXY.GEN a wkrótce Rozbójnik Alibaba wyda jeden z bardziej oryginalnych materiałów na polskiej scenie. Jednak połączenie rapu Sokoła z kubańskim stylem zamiast zderzenia kultur wskazało na wspólne sedno obu stylistyk. 


Największe zaskoczenie- Potwierdzone info. Wspólna płyta Tede`go i Diox`a przypadła na rok „duetów”. Niemal wszystkie wypadły blado i ciężko do nich wracać. Kolega z HiFi Bandy – Hades nagrał przyzwoity ale nie powalający HAOS z O.S.T.R., natomiast Diox wspólnie z dobrym ziomkiem- TDF`em nagrał krążek na luzie. Co prawda ich krążek nie przewrócił do góry nogami całej sceny ale stanowił przyjemny moment w 2013 roku. Wydanie tego krążka w Prosto Label było pewnym zaskoczeniem. Dlaczego nie Wielkie Joł? Prosto, Przypadek? Nie sądzę. 
 

Ulubiony kawałek- WWO feat. Orion, Kontrafakt, Włodi, Soundkail - I tak to osiągnę. Kawałek stary i po paru latach do zweryfikowania. Być może nie wszyscy dotarli do wyznaczonego wówczas celu i miejsca. Zwrotka Włodiego to już spełniona przepowiednia podobnie jak u Sokoła. Kilu MC i każdy wyczuł klimat kawałka, nawet po latach ma to swój smak. 
 

Banger nr 1- Zipera- Bez ciśnień. Co prawda skład wytwórni nie jest bogaty w raperów serwujących grube bangery ale jednak kilka kawałków wkręciło się na długo. Klimatyczny teledysk, kręcące się półnagie panny, wakacyjna zajawka, w powietrzu dziedzictwo dzikich pól, nawijki na luzie. Kawałek z całą swoją otoczką w stylu bogatego entourage rapu końca lat 90-tych w USA, a jednocześnie polski klimat. 
 

Ulubiony producent Prosto- Czarny HiFi. Przez długi czas to dźwięki o DJ Deszczu Strugi były tymi których wyszukiwałem w produkcjach Prosto. Twórczość HiFi Bandy nie jest w moim klimacie ale odnosi się to jedynie do rapu Dioxa i Hadesa. Produkcje od Czarnego to spadkobierstwo trueschoolowej epopei. Sample świetnie wyselekcjonowane, umiejętnie prowadzenie melodii, wykorzystywanie basu. Jeden z tych producentów którego instrumentalne są nieraz ciekawsze od samych kawałków 

 
Ulubiona zwrotka- WWO – Mogę wszystko. Prawdziwy majstersztyk w rapie. Klimatyczny beat, teledysk zapadający w pamięci i dojrzały tekst. W szczególności pierwsza zwrotka wywołuje emocje: „Mogę przeżyć życie, będąc na jego szczycie. Dostawać śniadania do łóżka i całusa w policzek. Mogę mieć piękną kobietę, co prasuje mi koszule. I cudowne dzieci, które wożę do szkoły Cayenne. Mogę mieć świat u stóp, ja nie przypuszczam - ja to wiem. Mogę mieć takie życie, jaki inni mają sen. Mogę pojechać hen i właśnie tam znaleźć szczęście. Mogę być szczęśliwy tu, mając proste zajęcie. Mogę zostać prezydentem i mieć własne wojsko. Mogę kochać tak mocno, że wszystko inne to nic. Bo po co śnić? Mogę robić to, zamiast tylko marzyć i gnić. Pośród pustych twarzy, przeczekując życie. Przekreślając lepsze czasy, mogę do przodu iść. Olewając drogowskazy, wszystko może się zdarzyć. Mogę przemierzać planetę, nie chcąc żadnych bagaży. Mogę mieć to, co chce, pierdoląc cały materializm. Mogę pomóc bliskim i nigdy ich nie zawieść. Mogę zdobyć fortunę i komuś ją zostawić. Patrzeć z tarasu na morze, z modelkami się bawić. Mogę być tam gdzie ty, do końca naszych dni. Mogę być kimś, będąc jednocześnie sobą. Albo pić od rana Wyborową, bić matkę. Mieć jako dom klatkę schodową. Mogę skończyć się i nie jestem zdziwiony. Mogę wszystko, to ma dwie strony”. Nie ma tu popisów technicznych, przyspieszeń, wszechobecnych dziś hashtagów, wszelkich zabaw językowych, jest za to bagaż emocji i powiewy ekshibicjonizmu. Być wyliczanka w pewnym momencie dla niektórych staję męcząca jednak nie ma rapu bez emocji... 
 

Ulubiony beat z płyt Prosto- VNM- Dym, produkcja So`Drumatic. Nieziemsko klimatyczny beat w połączeniu z kobiecym głosem Marysi odciąga uwagę od gospodarza kawałka czyli członka 834. Wprawdzie kilka innych produkcji od So`Drumatic po pierwszym odsłuchu wywierało większe wrażenie. Beat z „Dymu”hipnotyzuje na tyle, że za każdym razem brzmi świeżo. Nic tylko czekać do album producenckiego So`Drumatic dla Prosto!


Najciekawsza okładka – Sokół & Marysia Starosta- Czarna Biała Magia. Autorem popularnego „oczojeba” jest zacna osoba o pseudonimie Wal&Gura. Prostota wybijająca się z gamy stricte hip-hopowych frontów CD.

MVP- Sokół. Wybór banalny jak scenariusz w Dlaczego ja?. Ulubiony polski raper w prywatnym rankingu. O tym jakim raperem jest Sokół nie ma sensu pisać bo już zbyt wiele o tym napisano. Jedynie dodam, że z grona przeciętnych, wtórnych i podrobionych MC- Sokół zawsze wybijał się trafnymi spostrzeżeniami, prostym ale dogłębnym podejściem do danego tematu, głodem do pokonywania barier w muzyce oraz podnoszeniem jakości w wszelkich aspektach. Bo i w sprawach jakości w wydaniu CD i odzieży wytwórnia ta zawsze wyprzedzała konkurencję. 
 

Najlepszy rok – 2011. W tym roku Prosto wydaje pierwszy wspólny album duetu Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Po ponad 2 latach krążek zyskuje status platynowej płyty. Nie od razu jednak było tak różowo. Fani Sokoła byli w skrajnych emocjach na wieść o takiej współpracy. Być może się mylę ale była to pierwsza platyna dla Prosto. Tego samego roku wychodzą kolejne krążki które namieszały na scenie: debiut VNM-a, również debiutancki Brahu, drugi krążek duetu Pokój z Widokiem na Wojnę. 
 

Rozczarowanie- Nie będę wybielał rzeczywistości. Przez te lata działalności musiały się przydarzyć trudniejsze momenty i niepowodzenia. Jak przyznał Sokół, Prosto nieraz było bliskie bankructwa. Przy obecnej pozycji trudno w to uwierzyć. Na płaszczyźnie muzycznej także słabsze chwile dopadały tą wytwórnie. Nie wszyscy raperzy Prosto powalają na kolana, nie sprawdzam wszystkich płyt jakie wydają, jednak w kolekcji CD, Prosto jest jednym z liderów w osobistej kolekcji. Za największe rozczarowanie uznaje postawę byłego członka WWO i ZIP Składu a więc- Jędkera Co prawda sama wytwórnia nie popchnęła realisty do statusu monopolisty ale współautor „Na melanżu” jest kojarzony z Prosto i jego działalność nie wątpliwiej chluby Prosto nie przynosi. Za rozczarowanie w kategorii CD uznaje całkiem świeże dzieło grupy RH- - Karty sim. 
 

Odkrycie- Kękę. W niektórych komentarzach na YouTube Sokół był nazywany mianem polskiego Dr. Dre. VNM, KaeN, a wkrótce Żyto. Kilka nowych twarz w rapie wyszło od Prosto. Reprezentant Radomia to akurat został odkryty a raczej wprowadzony na szersze wody przez Młode Wilki Popkillera. Jedna zwrotka i #hurrwa poszło. Charyzmatyczny, oryginalny a jednocześnie swojski. Obok VNM-a najbardziej wyrazisty typ którego Prosto wprowadziło na główną scenę. Ale to jednak radomska Iskra stała się dla mnie najciekawszy odkryciem jakie wyszło z wytwórni Sokoła i w ostatnich latach na polskiej scenie. 
 

 Sokół wygrany w prywatnych Fryderykach. Minęło 15-lat, cała wytwórnia jest wygrana. Życzenia już był więc może jedno oczekiwanie na koniec. Oby Prosto Label zaskoczyło jeszcze całą scenę łącznie z najbardziej gorliwymi haterami. 




Krzywa kroopa
Pozdrawiam 

wtorek, 10 czerwca 2014

Make the History........czyli recenzja: Soulpete- Soul Raw

Co raz bardziej mam przekonanie, że rap jest kumulacją naszych narodowych bolączek i kompleksów. Obłuda, pozerstwo, fikcja, hipokryzja.... W kampaniach politycznych padają hasła które na „dzień dobry” można wrzucić do kosza, w rapie mamy hasła puste jak konto bezrobotnego, psioczymy na poziom elit politycznych ale na wybory nie idziemy, raperzy narzekają na rodzimą scenę ale przecież sami ją tworzą. Coś tu nie gra, bo w skali światowej o polskich MC można tylko pomarzyć, fakt bywały głośne współprace jak Sokoła i DJ Premiera ale jedna jaskółka wiosny nie czyni tak więc jak kadra naszych kopaczy Brazylijskiego słońca na treningach nie uświadczy tak polski raper skazany jest (puki co) tylko na „własnego” słuchacza. Szansą na przeniesienie polskiej sceny na wyższy poziom jest w młodych, nie wpisanych w sztywne konwenanse polskiego „ogródka”. W tym kontekście „Soul Raw” staje się kamieniem milowym w dogonieniu „świata”....
Niemal rok temu w programie „Serio?” kilka ciekawych osobowości polskiej sceny dyskutowało w luźnej atmosferze na temat kondycji sceny. Wisienkom na torcie było stwierdzenie, że w Polsce mamy za dużo raperów. Nazwał bym to inaczej... za dużo kserokopii raperów. Nieco podobna sytuacja tyczy się samych producentów. Bo beatmakerów rola w ostatnich latach została podkreślona. Przeciętny zjadacz chleba kojarzy zapewne jedynie Donatana – fucking true. Jednak jak w przypadku wokalnych kolegów tak i tu mamy komplikacje zachodnich dźwięków. Echo gdzieś słyszanych beatów i sampli stało się częstym elementem polskich produkcji....
Kończąc wylewanie lawiny trueschoolowych rozczarowań, zrzucę wszystko na.... rasę. Biali raperzy na ogół mają tendencję do sięgania po lekkie w brzmieniu popowe beaty. W przeciwieństwie do czarnych kolegów pa fachu którzy biorą laski z szerokimi tyłkami i kozackimi dziękami raczej mało radiowymi. I w tym miejscu zaczynam rozumieć fenomen ostatniego dzieła producenta z Lublina zwanego- Soulpete.
Przez ostatnie lata czołowymi pozycjami wśród płyt producenckich stała się saga Kodex. O ile pierwsze części na stałe wpisały się do galerii klasyków polskiej sceny to kolejne wydawnictwa stawały się raczej przedłużeniem wypalonej formuły. Zaraza na kolana nie powaliła, o Równonocy i całej jej otoczce lepiej już nie wspominać. Kilka albumów pozostawiło po sobie ciekawą muzykę jak chociażby krążki Metro, DJ 600V, Voskovy, NNFoF, Waco czy też Emade. Klarownej oceny polskim płytom producenckim wystawić nie można. Każdy pisał swoją notę na swój sposób. Mimo wszystko bywało lepiej niż sugerują najgłośniejsze pozycje ostatnich lat.
Znany dotychczas z pracy z Flintem, ekipą Rap Addix bądź Bonsonem- Soulpete z daleka od mainstreamowego szumu, krok po kroku omijając modę budował swój wachlarz dźwięków. Trudno było przed premierą „Soul Raw” umieszczać producenta z Lublina w jednym szeregu chociażby z takimi postaciami jak: Stona, So`Drumatic, Szogun, Pawbeats które w niedługim czasie stałym się solidnymi figurami na scenie. Na podziemnej scenie beaty od Soulpete stały się nośnikiem stylowego brzmienia. Dlaczego? Może bliskie starej szkoły podejście do muzyki wciąż jest pożądane przez słuchacza.
Jeśli odpalimy w odtwarzaczu pierwszy lepszy polski album to trafimy najprawdopodobniej na charakterystyczny model płyty. Pierdolięcie na początek, potem kilka kawałków równie wyrazistych które nadają się na promo single, w drugiej połowie nieco spokojniejsze kawałki, często z damskim wokalem albo po prostu ze śpiewanymi refrenami i często na koniec nieco przymulonych tracków. Zanim płyta trafi na półki sklepowe i na kanały YouTube można z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem przewidzieć rozkład jazdy. PKP w wydaniu hiphopowym stało się wręcz recepturą na komercyjny sukces.
Być może sukces Soulpete to droga pod prąd i wbrew komercyjnym standardom sprawiła, że autora „Soul Raw” nijak nie można podpiąć pod kategorię „typowy polski producent”. Undergroundowy ząb obecny w każdym kawałku, beaty które są na tyle zróżnicowane że nie ma się wrażenia, że „gdzieś to już było”, sample dyskretnie przemycone. Gdybym parę tygodni temu usłyszał jakikolwiek numer z „Soul Raw” to pewnie obstawił bym w ślepo produkcję zza wielkiej wody. Klasa światowa jak przypadku Roberta Lewandowskiego. I tak jak w przypadku Lewego transferem do Bayernu Monachium jest ten album.
Już samo zebranie takiego grona zacnych MC budzi respekt. Co prawda, nie ma najgłośniejszych obecnych ksywek na amerykańskim mainstreamie. Ale hype w nazwie rapera nie określa zawsze możliwości. Bo jak każdy wie przehypowanych typów jest masa. Na „Soul Raw” typów o imponujących skillsach nie brak. Być może znajdą się tacy dla których część gości to postacie anonimowe. Pacewon, Guilty Simpson, Oddisee, kto sprawdza szersze spektrum rapu w USA pewnie spotkał się z nawijkami tych graczy.
Pierwszy, singlowy track z featem od Hezekiah to z jednej strony majstersztyk sampli i basu. Dynamika beatu z udanym śpiewem w refrenach plus nieprzesadzone zwrotki. Mocne wejście z buta w dobrym stylu. Oldschoolowe Don`t Think a`la 93 bpm, Rhymes On Random z kolejnymi dobrze ukrytymi samplami, żywcem wyjęte z lat 70-tych What You Love z przyjemnym dla ucha refrenem. Balance daje nam sprawny balans między wyrazistym flow a paletą instrumentów. East Coastowy blask w nowym wydaniu. Moc klawiszy z Still S`N`W czy też niepozorna harfa w Hood Shit mimo spokojnego brzmienia nie stwarzają monotonii. Mroczny spacer z Raw Talk nadawał by się do soundtracka Hollywoodzkich horrorów i do złudzenia przypomina niedawne produkcje Soulpeta dla podziemnych ziomków. Zacne rzemiosło DJ Ace, hipnotyzujące syntezatory w starym wydaniu wbrew pierwszym doznaniom nie topią niskiego tempru głosu Guilty Simpson, a wręcz przeciwnie. Rytmika w Step Ford wprost zachęca do wspólnego klaskania, niebanalnie skrojone sample w True Royalty również mają intrygujący smak. Power is The Name w lekko cukierkowej oprawie jak cały krążek sprawie łączy dynamikę flow z beatem. Jedyna dama na płycie czyli- Dominique Larue brzmi jakby wyprzedzała skuterem rower i nieco psuje całokształt końcówki „Soul Raw”, na szczęście jest to jedyny słabszy moment na krążku, przynajmniej dla mnie. Zamykające krążek- Dreams Hold Me z gościnnym Danny!`m sprytnie domyka całość choć jest to raczej zasługa ciekawej konstrukcji w której wręcz słychać domykającą się klamkę.
Jeśli „Soul Raw” miało by być oceniane tylko na płaszczyźnie nawijek zaproszonych gości to ocena była by zapewne pozytywna ale nieprzynosząca czerwonego paska na świadectwie. Są nieco nudne momenty jak chociażby w linijkach Oazy Moore, M.A.R.S. lub wcześniej wspominanej Dominique Larue. W przewadze mamy jednak udane featy jak z Hezekiach, Oddisee, AWAR bądź zacnym Guilty Simpsononem. Importowani goście wyraźnie wyczuli klimat krążka i nie przekombinowali. W przeciwieństwie do naszych rodzimych MC którzy często próbują zabić muchę karabinem.
Sam Soulpete brzmi jak doświadczony wyga pod płaszczem świeżości. Mimo trueschoolowego brzmienia album daleki jest od archaicznego upośledzenia. Co najważniejsze, daleki jest kopiowania stylistyki zasłużonych dla gatunku producentów. Nie jest to gama instrumentów dętych, smyczkowych jak na The Ownerz, nie jest to Grandmaster Flash choć miksy dają radę, nie jest to Kool Keith bądź Rick Rubin choć też się ma wrażenie, że „Soul Raw” zmieni scenę. Nie jest to Alchemist choć balans dźwięków również dobrze rozłożony. Rytmika albumu nie jest w stanie zamęczyć nawet po kilku odsłuchach, sample gustownie dobrane, cuty dodają żywiołowości, a zgrabne wykorzystywanie basu wpada na właściwy moment. Klimatyczna harmonia nie jest zaburzona przez cały krążek. Ba! Wkręciłem się tak, że zapomniałem o tym, że to CD a nie winyl daje dźwięki.
„Soul Raw” to kwintesencja najmocniejszych stron i umiejętności oraz wizytówka na świat samego autora jak i polskiego rapu. Iście pionierskie przedsięwzięcie i solidny materiał na klasyk. Być może za parę lat ten album będzie określany mianem momentu przełomowego dla polskiej sceny. Sami producenci którzy zbyt długo są na naszej scenie być może spróbują swoich sił na trudniejszym gruncie i wypłyną na szersze wody.
Być może Soulpete dorobi się profilu na Wikipedii bogatej nie tylko w kilka zdań i nie tylko w wydaniu polskim. Podobno to wskaźnik fame`u. Zapewne sam zainteresowany nie potrzebuje tego do szczęścia. On jak i zaproszeni goście zza wielkiej wody stworzyli unikalny album o którym będzie głośno przez najbliższe lata. Sam autor udowodnił, że poziom światowy to kwestia pracy nad sobą, odwagi i talentu który jak udowodnił posiada. Własny styl który z jednej strony bogaty jest w dziedzictwo trueschoolowych brzmień a z drugiej w pełni unikalne i na tyle wiarygodne że z całą pewnością można założyć że to właśnie gra w duszy producenta z Lublina.
Zanim ogarnie Was mundialowa gorączka i będziecie żyć akcjami Hazarda, Pogby, Neymara, Messiego i innych którzy potrafią wymienić kilka podań i zagrać z pierwszej, dajcie się porwać w klimat „Soul Raw”. Naprawdę warto. I daj Boże by ten krążek trafił do szerokiej dystrybucji i jak największe grono słuchaczy polskiego rapu miało go na półce.


Ocena: 8/10
Krzywa krooopa
Pozdrawiam
 

środa, 4 czerwca 2014

Rap późnej starości........czyli recenzja: Eldo- Chi

Wszystko w przyrodzie ma swój własny rytm. Żyjemy według kalendarza. Latem upał wypala nam resztki H2O, zimą sopel na nosie staje się skalpem aury. I w rapie mamy do czynienia z kalejdoskopem. Choć setki numerów o tej tematyce przychodzi do głowy to pewnie każdy ma „swoje” płyty po jakie sięga w danej porze roku. Słoneczne dni zdominowane są przez west coastowe klimaty. Ponure pejzaże jesiennych blokowisk terroryzowane są przez drugi brzeg Ameryki. A wiosna raczej ma polski smak. Więc zanim lato nie wkradnie się na stałe do odtwarzacza Eldo przedłuży wiosenną bohemę. Po raz ostatni?
Raper który może sobie pozwolić na wydanie albumu bez promocji (tylko jeden promo singiel, brak okupowania facebooka i wszelkich innych marketingowych zagrań) musi albo mieć totalną wyj...e na branżę lub mieć status Prometeusza sceny- tak wiem beka. Bo co może zyskać Eldo? Rzemiosło dobrze znane, światopogląd od dłuższego czasu stopniowo słuchaczowi przekazywany, flow znane do cna. Tak, były członek Grammatika pisał historię polskiego hiphopu choć przez te lata nie ustrzegł się błędów. Ale nie o tym dzisiaj.
Nowe wydawnictwo Leszka mimo tylko jednego singla było z góry do przewidzenia. Sięgając po Eldokę to jak zabieranie się po kolejny film Woody`ego Allen`a. Stały rozkład jazdy i choć dobrze znamy te zakątki duszy to kolejny rejs wchłania nas jak za pierwszym razem. Projekt Parias nie okazał się punktem zwrotnym w karierze rapera z Warszawy. Zresztą byłoby to auto-kastracją. Leszek tak wrósł w swoją stylistykę, że zerwanie z nią mogłoby zaowocować owdowieniem przez fanów. Bo chyba nie ma nic gorszego jak urażony fan a życiowa mantra „od miłości do nienawiści tylko jeden krok” staje się faktem.
„Chi” to płyta która w zasadzie redukuje się do rapu Eldoki, warstwa muzyczna brzmi jak subtelna przyprawa, czujesz ją na języku ale nie dominuje w smaku całości. Daleki jestem od stwierdzenia, że muzyka na tym krążku jest nie zauważalna. Co prawda Fawol znalazł wspólny język z Leszkiem i stworzył mu dźwięki które dodały viagry do tuszu. Jednak nie jest to taka chemia jak za czasów „zapisków”. Duet The Returners potrafił równomiernie z balansować klimat jesiennej nostalgii i lżejszych stwierdzeń Leszka. Poza otwierającym krążek „Ms. Batory” na „Chi” mamy krainę pochmurnej utopii. Nieco monotonie, no dobra bez nieco. Brak zaskoczeń, złamania rutyny czy też dodania zaskakujących sampli, żywych instrumentów spowodowało, że „Chi” brzmi jak jeden wielki kawałek, dla niektórych to jednak zaleta tej płyty. Skoro zabaw z basem, kombinatorstwa z rozbudzeniem wersów na tej płycie nie znajdziemy to pozostaje czerpanie klimatu z prostoty sampli i spokojnej Idylli, dziś nieco archaicznej.
4 lata przerwy od solowych projektów wyszły na dobre Leszkowi. O wersach z Pariasów nie warto wspominać. Słabo nie było ale linijek które by nurtowały uwagę na dłużej brakowało. Tym razem liryczna ułuda znowu ma zgrabny kształt. O życiówce nie ma mowy, te lata już nie wrócą. Jednak wciąż mamy dobre stare wino które czas zakonserwował. Możliwości techniczne dalekie od obecnych „norm”. Określenie dinozaur w tym miejscu nie ogranicza się jedynie do stażu Eldoki na scenie. Tak jak gość na „Chi”- Pelson, tak i Eldo prochu już nie odkryje. Szału na hashtagi w tych wersach nie doświadczymy, przyspieszeń na ślepo również, jest za to estetyka żywcem wyrwana z przedwojennych wieszczy.
W powitaniu krążka a więc wcześniej wspominanym „Ms Batory” z gracją linijek a`la profesor Miodek ciężko. Trochę banałów w pierwszych wersach: „Witam, nie znajdziesz tu Doroty i jej cycków. Podtekstów i gadżetów dla gimnazjalistów” gdyby było inaczej pewnie nie ten target sięgał by po „Chi” na półkach empików. Luźne wersy niczego nowego nam nie mówią, za to refrenowy soft w wykonaniu Tomsona sprawia, że mamy numer który ewidentnie wybija się budową z całe albumu. W numerze „Rybałci”, Eldo jakby wracał do Orwellowskiej retoryki z kawałku „Wzorowy” Pariasów. Niczym słowami Isaaca Newtona nawołuje do wewnętrznej revolty. Świeży raport z polskiej prowincji: „Mówią świat chamieje, ja wcale się nie dziwię. Większość z nas to Trybsony i Natalie Siwiec” i trochę z globalnej areny tym razem od Pelsona: „Chłop w sukience bredzi coś o homofobii. Prawda musi spełniać unijne wymogi”. Stary klimat wrócił i nadal ma ciekawy smak.
Przez wredną popkulturę, „Sala samobójców” wywodzi skojarzeniami na dzielnicę zwaną gimbaza i emowską naturę współczesnych nastolatków. Narracje całkiem udane mimo nieco topornego beatu. „Miasto słońca” daje wreszcie żwawe chwile, zasługą tego jest gitara, która wyłania się z tła prostej produkcji. Zapiski z jednego dnia brzmią ciekawie choć tekst głębszej interpretacji nie wymaga, flow tryskające emocjami więc jednak coś z emo jest. Mimo prozaicznej scenerii track ma swoją moc i szybko wkręca się w głowę.
Na lżejszej szych numerach „Miasto słońca” kończy się. Klimat „Eterni” i „Człowieka który ukradł alfabet powraca”. Fortepianowe cienie niemal jesienne knury przywołują. Spokojny głos, leniwie płynące dźwięki saksofonu, udane scratche od Daniela Drumza i linijki od Leszka w jazzowej otoczce brzmią sprawnie. Podobnie na kolejny kawałku, znowu klimat jakby już znany, beat dobry ale nie dający „wartości dodatniej” która by zburzyła letarg. Tam gdzie pieprz rośnie Leszek być może zaszedł, późno wieczorową porą adekwatną do dźwięków z głośnika. Niemal zapomniałem że mamy rok 2014 i to „Chi” na słuchawkach a nie „Zapiski z 1001 nocy”. Kilka ciekawych wersów jednak sprowadziło na ziemię: „Zobacz każdy kontynent, ten do zwiedzenia w futrze. Chociaż drogi bilet, kiedyś zrobię to; Amundsen/ Miguel Amigo, kolorowe La Boca. Pastelowy labirynt, z którego nie chcę się wycofać I przemierzam te światy barwne. Na cmentarzu Recoleta, ostatnie tango śpiewa Carlos Gardel. Kłaniam się grzecznie, odchodzę w swoją stronę. Jutro statek, pociąg, samolot zabierze mnie w drogę”.
Osobisty faworyt na „Chi” w postaci kawałka „Wyspy szczęśliwe” to udana wyprawa na nieokiełznane wody ale tylko z pozoru. Bas nadał przyjemne tempo, Fawol na chwilę zerwał z nudą, głośniki wreszcie ożyły. Wersy Eldoki jak zawsze dojrzałe, pełne trafnych spostrzeżeń, szkoda że kawałek trwa niecałe 3 minuty. Podobnie jak „Przylądek milczenia” gdzie cichy wokal nieśmiało snuje się. Tekstowo znowu jest przyjemnie: „Coś uschło reanimować nie ma jak to truchło. Pusto, nawet w świeżej bryzie wciąż duszno. Słowa zamieniły się w nieczułe głazy. A emocje bezlitośnie zabrała nam woda z plaży./ Gdzieś pogubiliśmy się i nie pomogła nam Ariadna. A każdy zakręt w labiryncie prowadził do Minotaura. I objęci danse macabre, czysty żywioł nie ważna myśl żadna. Zła po nas, in flagranti duch strachu wylał wiadra pogardy”. Traktując tekst małą literą, do beatu głębszej uwagi nie przywiązuje.
Sampel z numeru „Droga winnych” stanął na końcu głowy i nie chce ruszyć się o krok. Akurat w tym kawałki, spokój i prostota produkcji sprawdza się. Przez karczmę „Rzym” po dekret wolnych ptaków i znowu gdy Eldo się rozkręca the end wita. Mroczne kły czyli „Psy z lasu śpiewającego” ponownie wprowadzają nas na niespokojne wody. Ponownie Fawol udanie zbalansował ciężar basu przez co dynamika lirycznych popisów Eldkoi nie usypia. Klawisze dodają hipnotycznego posmaku a refreny zgrabnie podkreśliły klimat kawałka. Gościnny udział kolegi po fachu- W.E.N.A. to bardziej trafna kooperacja niż z ziomkiem z Pariasów. Beat jak z „Wyższego Dobra” i nawijka samego gościa jakby z tamtego krążka i nie chodzi o nakaz: S.A.L.U.TU.J.. Obowiązkowy element na rodzimych płytach hiphopowych a więc kawałek o zawodzie- raper wypadała na szkolną Piątkę, wspominana powyżej nawijka WuDoE jak na ostatnim Kodex`ie z pazurem niemal tym który był obecny na nielegalach.
Zamykająca „Chi”- „Halina Poświatowska” jak piaski klepsydr między palcami domknęły klamkę. Produkcja w stylu O.S.T.R., lekko niepokojąca, kto z na twórczość Pani Poświatowskiej ten pewnie wkręci się w beat. Kolejny numer który można dopisać do serii- rap to kobieta. Liryczna hossa, być może punkt szczytowy na całej płycie: „Lirycznieliśmy sobie, patrząc na świat z ukrycia. Świadkowie, jak rozpadają się cztery strony życia. Zimne oczy gwiazd patrzyły beznamiętnie. Księżyc przeciągał się i mruczał obojętnie. A Pani wiosną haftowała me chodniki w kwiaty. Zimą zaś uchylała zatrzaśnięte raju kraty”. Dźwięki niczym z magicznego fletu hipnotyzują specyficznym klimatem, wprawdzie nikt za tym beatem nie pójdzie na koniec świata ale na zakończenie krążka egzystencjalne wywody nawet tak bardzo nie studzą krwi.
Godzina spędzona z nowy Eldo to jak pauza w nijakim filmie. Wyjaśniając, mimo nie do końca trafionych beatów klimat albumu nawołuje do powrotów. Być może nawijka stała się archaiczna i daleka od tego co obecnie kieruje słuchacza do rapu. Osobiście uznaje to za zaletę tego krążka. Zamiast bezmyślnego kopiowania rapu zza wielkiej wody mamy starego, dobrego rapera, który w swojej stylistyce czuje się jak ryba w wodzie. Może trochę za dużo tych hydro nawiązań, trudno. Liryczne możliwości Eldo tak jak na poprzednich płytach smakują wyjątkowo. Może i flow toporne, może i to już było. Po średniej formie na płycie Parias Eldo wrócił do trafnych metafor, głębszych spojrzeń i tak jak to w przypadku Eldoki bywa dalekiej od truizmów i populistycznej papki która gryzie polski rap.
Jeśli rzeczywiście Eldo zbliża się końca swej przygody z rapem to „Chi” nie będzie główną pozycją do której będę wracał po latach. „Eternia”, „Zapizki z 1001 nocy” czy też „CKCUA” będą trwalszym wspomnieniem solowej kariery Leszka. Mimo wszystko „Chi” będzie jedynym z tych krążków roku 2014 do którego będę często wracał. Trueschool w dobrym wydaniu choć zabrakło tego co było na wymienionych krążkach a więc klimatu niepowtarzalnego, wyróżniającego się z poprzednich wydawnictw, beatów które by przeniosły rap o poziom wyżej. Warsztat techniczny Leszka jest jaki jest więc produkcje na wysokim poziomie zapewne by ożywiły lekko seny półmrok płyty.
Opinie o tej płycie są podzielone. Część jara się tak jak Eternią lub CKCUA, część traktuje „Chi” jako rozczarowanie. Nie jest to krążek życia Eldoki, jednak rozczarowanie? Na pewno, nie. Dostałem materiał którego się spodziewałem. Zbyt bardzo bliski oczekiwaniom i zbyt bardzo przewidywalny, stąd pozostaje pewien niedosyt. Jeśli to ostatni solowy album w dyskografii byłego członka Grammatiku to szkoda, że nie postawił kroki nad „i” która by z czasem stała się klasykiem.


Ocena: 7/10
Krzywa krooopa
Pozdrawiam