poniedziałek, 19 stycznia 2015

„Rap okupanci”.... czyli 5 najbardziej obleganych płyt w drugiej dekadzie XXI wieku. Vol. 1

Co słuchacz to inny gust, co słuchacz to zupełnie inna kolekcja na półce. Zakładam, że każdy fan wydaje corocznie swoje ciężko zarobione pieniądze na dziesiątki długo oczekiwanych nowości. Część z nich, szybko po premierze na wiekuiste czasy przykryje kurz. Okrojone grono CD spotyka odmienny los- katowanie na okrągło. Rysy utrudniające czytanie płyty, zjechana okłada daleka od świeżego, specyficznego pobłysku i zapachu nowości. Dziś na blogu królują prywatni „okupanci”. A więc albumy które przez ostatnich 5-lat najczęściej słuchałem. 

Parias- Parias. Jeden z najbardziej niedocenionych albumów ostatnich lat. Kolaboracja weteranów warszawskiej sceny- Włodi, Eldo, Pelson zapowiadała się jako jeden z ważniejszych materiałów XI wieku. W recenzjach przebijające się rozczarowanie, zastrzeżenie do wtórności Eldoki, słabej formy Pelsona, odgrzewanych kotletach tematycznych bądź zbyt przeciętnej warstwy muzycznej sprawiały wrażenie, że projekt „Parias” to niewypał. Dopiero po kilku podejściach w pełni wpadłem w sidła tej płyty. Surowy w warstwie muzycznej jak i tekstowej, w ściśle zamkniętej formie, daleki od mainstreamowych konceptów, ujmując wprost- to materiał dla wybranych. Ok, może żaden z trójki nie jest w życiowej formie, być może kilka rzeczy należało bardziej dopracować. Bądź co bądź, sporo rzeczy wypaliło, brudne flow Włodka idealne pasujące do bitów Szczura, prosta nawijka reszty ekipy skupiona na przemyceniu emocji. Włodi, Eldo, Pelson- kolejność nieprzypadkowa, to album gdzie prym wiedzie właśnie ten pierwszy. I to właśnie Włodi sprawia, że „Pariasi” potrafią intrygować. Dojrzałe wersy, dojrzałych ludzi dla dojrzałego słuchacza. Album wydany w gorącym okresie dla każdego z trójki- beef z Peją, dziś traktowany jest raczej jako epizod w karierze warszawskich legend. Jednak warto raz od czasu wrócić do 2011 roku i Pariasów. 
Rasmentalism- Za młodzi na Herodów. W częstotliwości odtwarzania polskich płyt wydanych w XXI wieku absolutne podium. Na swoje „5 minut” czekali całkiem sporo. I słuchając „Herodów” można poczuć, że presja była jedną z ostatnich rzeczy jaka była obecna w studio. W swojej recenzji użyłem wyrażenia- „team spirit”, które w pełni określało współprace Rasa i Menta. Stylowe bity z klimatycznymi samplami, subtelnymi bębnami potwierdzający czołową pozycję Menta wśród krajowych beatmakerów. Ras pełen świeżości, z flow niebudzącym jakichkolwiek zarzutów, dziecinną łatwością w składaniu wersów, tekstowo zwracający uwagę jak mało kto w ostatnich latach. Bez grama niepewności– KLASYK 
  
Sokół & Marysia Starosta- Czysta Brudna Prawda. Pierwszy owoc współpracy jednego z najbardziej zaskakujących duetów w historii polskiego rapu. Wzbudzający mieszanie odczucia przed premierą, po singlach wręcz stawiający pytanie „gdzie ten stary, dobry Sokół?”. Sam w tym projekcie doszukiwałem się nowego otwarcia Nocnego Narratora, wodzonego przez damski wokal w zupełnie nowe rewiry. W rzeczywistości CBP okazała się dominacją warszawskiej ikony. Daleki jestem od marginalizowania roli Marysi Starosty w tym jak i w późniejszym wydawnictwie. Delikatne, klimatycznie, łagodzące liryczne brudy Sokoła partie wokali, bity na najwyższym poziomie. Sam Sokół jak za najlepszej czasów, wciąż potrafiący mocnymi metaforami wbić słuchacza w fotel, mający w sobie sporą dawkę refleksji, storytelling intrygujący jak zawsze. O formie Sokoła na CBP można rozpisywać się do usranej śmierci. Ograniczenie się jedynie do stwierdzenia- bezsprzecznie, absolutna czołówka XXI wieku. A prywatny egzemplarz od częstotliwości użytkowania nie nadaje się do publicznej ekspozycji. 
 W.E.N.A.- Daleki Zbliżenia. Mainstremowy debiut WuDoe który wzbudził niemałe emocje wśród słuchaczy. Wchodzący na dużą scenę z mianem jednego z najbardziej wyjątkowych graczy w podziemiu, z jednym z najlepszych nielegali ostatnich lat. Po agresywnym „Wyższym dobru” pióro jakby złagodniało. Wprawdzie zamiast S.A.L.U.T.U.J. mamy równie kategoryczny manifest- „Podstawowe instrukcje”, a motywem przewodnim są nadal osobiste przeżycia WuDoe to jednak flow straciło na pazurze jak i  same linijki. W opiniach przeważająca łatka „klątwy Aptaun” była nad wyrost. „Dalekie zbliżenia” to materiał na tyle zróżnicowany by każdy znalazł coś dla siebie. Począwszy od emocjonalnych i osobistych tracków jak "Bez uczuć" po dojrzałe i klasyczne "Do dnia w którym". Nawet jeśli to monotonny rap to ma to „coś” 
Paluch- Niebo. Osobiście uznaje „Niebo” za szczyt formy reprezentanta poznańskiego Piątkowa. Będący naturalną konsekwencją obranej na poprzednich albumach drogi. Brudny, bezkompromisowy, uliczny styl, liryczna wena owocująca w mocne linijki, goście ewidentnie punktujący na plus. Mimo wszystko, moc tego albumu opiera się na bitach. To one dodały skrzydeł Paluchowi, których zabrakło chociażby na następnym krążku. O ile „Syntetyczna mafia” wnosiła sporo świeżości to z perspektywy czasu można uznać ją jako preludium do piątej solówki. So`Drumatic czy też Matheo wywindowali Poznaniaka na wyższy level. Tekstowo „Niebo” potrafi intrygować,a w połączeniu z charakterystycznym i wyrazistym flow tworzą rzecz na tyle wyjątkową by wracać do niej co pewien czas.


Krzywa kroopa
PS. Wkrótce recenzja nowego J. Cole oraz Noize From Dust 
 

 

czwartek, 15 stycznia 2015

„Pół żartem, pół serio”.... czyli recenzja: Dwa Sławy- Ludzie sztosy

 
Charles Chaplin mawiał- „Ci, co rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, co każą im płakać”. W naszym ogródku częściej możemy natrafić na tych drugich. Choć łzy są raczej efektem ich przeciętnego poziomu i braku stylu, a nie brutalnej deklasacji konkurencji. Smutne, płaczliwe historie przy uniwersalnych, patetycznych partiach fortepianu z chropowatym flow, jakie to modne. A SWAG? Wyglądający jak sprowadzone „Igły” po kilku liftingach. Na tle tendencyjnego pejzażu Dwa Sławy z miejsca stają się headlinerem rodzimego newschoolu mocno zapatrzonego na Amerykę.
Zaczynają od szczerego wyznania: „Weź to sobie zapamiętaj - robię muzykę, nie performance. Nie chce być jebany pajacykiem na językach jak Air Jordan. Jeśli masz mnie za kabareciarza, a potem za rapera, to ssij wora. Chuj, że lubimy polecieć se w kulki czasem; figloraj. Fani zawiedzeni "Co to za klimat? Gdzie beka? Gdzie pompa?"- to znaczy, że z wiekiem poważnieją? Nic bardziej mylnego. Jakie są Dwa Sławy każdy widzi, a jeśli nie to szybko zauważy. Spora dawka inteligencji, kąśliwej ironii, błyskotliwego humoru, dystansu oraz groteskowego spojrzenia na rap i rzeczywistość. Kolektyw jak Lato-Szarmach lub Batman i Robin ale to za mało. Na swym legalnym debiucie Dwa Sławy chcą nas przekonać, że status- „Ludzie sztosy” to coś więcej niż chwytliwy hashtag. Tym razem „Ludzie sztosy” to „ludzie wspaniali, wyśmienici, zjawiskowi”. A przynajmniej takie było założenie.
Rok temu Rasmentalim i ich „Herodzi”, dziś Dwa Sławy wchodzą w mainstream we właściwym czasie i z właściwym materiałem. „Ludzie sztosy” nie obroniłyby się jeszcze parę lat temu, a i słuchacz nie przyjąłby takiego materiału z entuzjazmem. SWAG zdążył się już przejeść, a trendy z USA stały się na tyle oklepane, że wypunktowanie kserówek można uznać za wprowadzenie standardów BHP na backstage`u. Nie oszukujmy się, branie całymi garściami z rapsów zza wielkiej wody na ślepo, samo w sobie wygląda słabo. Polski Hustler w furze z grubym przebiegiem i porządną dawkę szpachli, w ciuchach od sponsora. I właśnie to najbardziej koli w oczy...
Po debiucie tej ekipy oczekiwałem zamieszania, kilku buńczucznych przechwałek na FB, zaczepek w wywiadach, proposów od połowy sceny, długoterminowego fame`u. Nie da się przejść obojętnie obok takiego albumu. Aluzji rzuconych w stronę kolegów z branży, sarkastycznego ujęcia rap gry czy też po prostu wysokich umiejętności samych zawodników. Momentami można tutaj zatracić granicę, między ironicznym ugryzieniami, a gorzkimi łykami goryczy: „Mój szef jak polski raper rzadko daje wolne. Kurwa, co za debil, ja pierdolę. Chcę dzień na żądanie, czy jakkolwiek ten dzień zwie się. Wypierdalam stąd, tylko jeszcze F5”. Nawet gdy podejmują się drażliwego tematu jak dziedzina hejtingu, to konwencja, forma i treść idą w jednym rzędzie: „I jesteś w centrum wydarzeń; bukkake. Reklama ciastek i oczywiście z dupy. Jak lepię hasz akceptuję politykę cookies. Telezakupy na tym marnuj swój czas”.
Pod względem nawijki to idealna para nie tylko na zdjęciu. Zarówno Rado i Astek zaliczają zwrotkę za zwrotką bez wpadki. Przyspieszenia, wielokrotne rymy, zmienna intonacja głosem do której nie można się przyczepić, flow w równej, wysokiej formie, składanie zwrotek iście mistrzowskie, wyzbyte pustych linijek, bezsensowych metafor bądź nietrafionych zmian tempa, i wreszcie masa hashtagów. Skoro dotarliśmy do tematu „płotka” to można go uznać za orędownika tego albumu. Dwa Sławy powinni wydać podręcznik dla reszty sceny jak posługiwać się tym cennym narzędziem. Niemal z kwiatka na kwiatek, z wersu na wers gama błyskotliwych powiązań: „Taxi, policja, taxi, policja, taxi, policja; walka kogutów. Mówią, że Radek się tu na złe generalnie zmienił. A ja wiem swoje, man, dobrze się zachowałem; #Lenin. Ludzie sztosy, mamy szacun u bliskich. A więc morda szmato; #Całun Turyński”.
Skoro są Sławy, skoro są rapy a`la z USA, skoro są SWAGi to i trap nie może być niespodzianką. Przepych w linijkach, a w warstwie muzycznej nieco ubogo. Rodzinny kolektyw- Marek Dulewicz i Dulewicz junior czyli- DJ Filip postawił na minimalizm. Mainstreamowe brzmienie ameryki lecz wyzbyte przepychu, za to subtelnie przemycające nowoczesne brzmienie. Produkcje wspominanego rodzinnego duetu sprawiają wrażenie, jakby to z premedytacją muzyka miała być jedynie drugorzędnym dodatkiem, który, aż nadto nie odciąga uwagi od głównego performance`u. Całe szczęście to materiał na tyle zróżnicowany by rozruszać głodnych raperów. Typowe newschoolowe „Człowiek sztos”, w stylu T.I. „Ciężki zawód”, zaskakujące końcówką „Hate- watching” lub ciepły sampel w „O sportowcu, któremu nie wyszło”.
W efekcie „Ludzie Sztosy” to kompilacja kandydatów bangera karnawału, a co tam, nawet 2015 roku. Wspólnym numer z Quebonafide, nieco ASAPowy singlowy track „Ciężki zawód”, damsko-męskie „Kobiety sztosy”, konkretne „SMGŁSK”. Wymieniać można dalej. Gdy trzeba, wówczas chilloutowy klimat nieco temperuje zapędy głównych bohaterów.
Być może te groteskowe rozkminianie rzeczywistości długo blokowało fame dla tej niebanalnej ekipy, a słuchacz nie był gotowy by przetrawić jazdy po swoich idolach. Bo „Ludzie sztosy” obok popisów technicznych, dziesiątek hashtagów i w mistrzowski sposób poskładanych zwrotek tak, że mogliby udzielać korepetycji kolegom z branży, dostarczają nam nagiej prawdy o SWAGu w wydaniu polskim. Retoryka tego rapu jest bliska koncepcji komedii starogreckiej. To co może śmieszyć między wierszami zawiera gorzką prawdę. Z pewnością nie jest to klasyczna wersja rap-kabaretu. Prędzej świetnie rozumiejących się wodzirejów, którzy z wrodzonym luzem nie wysilają się by porwać tłum, a chwilami przebijająca się powaga nie brudzi dzieła. Efekt- płyta w pełni autentyczna, której piętno Ameryki nie budzi kompleksów.
Wciąż obecna charakterystyczna doza humoru i prześmiewczego tonu nadal porywa. Przy wysokiej, wręcz miażdżącej formie powalający jak oddech żula nad ranem, tej czysto technicznej jak i lirycznej „Ludzie sztosy” aspirują do roli klasyka, nawet jeśli ten materiał potrzebuje czasu by zostać docenionym. Recenzję nie mogę nie zakończyć stwierdzeniem, że jakby nie patrzeć, póki co- PŁYTA ROKU! S. jak SWAG, s. jak Sztosy, s. jak Sławy!


Ocena: 9/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam 



piątek, 9 stycznia 2015

„2+2=5”... czyli recenzja Hades/Emade/DJ Kebs- „Czasoprzestrzeń”

W zasadzie, ten album mógłby posłużyć jako soundtrack do pierwszego lepszego filmu o bezsensie egzystencji pokolenia współczesnych 20-parolatków bądź służyć jako substytut antydepresantów. Niby nic odkrywczego, system nadal jest zepsuty, rzeczywistość dobija, a przeciętny nastolatek marnuje kolejną godzinę w „internetach” zatracając własne „ja”. Sprawdzanie tego albumu w okresie świątecznym to jak bezalkoholowy weekend- coś sprzecznego z naturą. A jednak ma to sens.
Jeszcze parę tygodni temu umieszczanie nowego wydawnictwa członka HiFi Bany w czubie rocznego podsumowania wydawało się anomalią. Niemal rok po nieudanym albumie RH- i wcześniejszej, równie przeciętnej współpracy z O.S.T.R. nastroje są zupełnie inne. Ten który zdaniem wielu jest już skończony, a jego pozycja w rodzimej rap gdzie to hipokryzja branży powraca . Powtarzana jak mantra klasyka o przehypowanych graczach w tym przypadku wpada w własną pułapkę.
W stylu mainstreamowych MC czyli tendencyjnie- Mroczne zapowiedzi ze wstępu recenzji nieco mydlą oczy. „Czasoprzestrzeń” to nie kolejna pseudo epicka kultywacja wszechobecnego zła, zepsucia popkultury i słabości człowieka. Zresztą, nigdy nie posądzałem Łukasza o takie zapędy. Traktowanie tego albumu jako kontynuacji pierwszego solowego LP byłoby nadużyciem, choć niedaleko pada jabłko od jabłoni tak i w tym przypadku można z miejsca znaleźć masę pokrewieństw: brudne, surowe ale jednocześnie rozbudowane aranże, szorstkie monotonne flow przykuwające uwagę czy też mętna aura zza oknem.
Wyprzedzając fakty- udany powrót Hadesa mógł dojść do skutku jedynie przy bitach z najwyżej półki, przy bitach wpisujących się w brudne, plastyczne wokale, kipiące szarzyzną przeciętnej Polski. Takich które wycisną ostatnie poty z możliwości warszawskiego rapera, z szorstkiego flow uczynią klimatyczny środek przekazu emocji, a wszelkie niedostatki zakryją niepozorne parte basów i bębnów. Właśnie tego brakowało Hadesowi w ostatnim czasie. „Czasoprzestrzeń” to kolejny diament w koronie Emade. 1/2 Tworzywa Sztucznego w ponurych, ciężkich, wolno tętniących podkładach osadzonych w scenerii robotniczych blokowisk dużych miast, błota zmieszanego ze śniegiem i mechaniczności ślepego tłumu w pełni oddaje klimat ostatnich tygodnii. Staranne rzemiosło, gdzie wyrażenie- doskonałe proporcje nabiera na znaczeniu.
Bo jak inaczej określić sekwencje krótkich sampli, proste a jednak chwytające bębny w „Muzyka z brodą”, ciężkie basy w „Dilerzy i dziwki” bądź zupełnie przeciwstawne w nastroju- subtelne gitary z równie lekkim samplem w „Nigdy w życiu”. Gama użytych środków jest na tyle bogata by zapełnić nie jedną dyskografię. Momentami kunszt tych produkcji przewyższa możliwości Hadesa, te wokalne jak i liryczne obniżając rangę albumu z „klasyka” na jedynie lub „aż”- „dobry album”.
Wystawianie wzorowej laurki warszawskiemu producentowi to jedno. Drugie, to kunszt ostatniego z autorów tego projektu. Ustawiony na końcu w tytule choć jego rola na tej płycie jest bezsprzecznie niepodważalna. DJ Kebsa można potraktować jak sędziego na ringu, pilnującego by obaj nie poszli za daleko. Cuty zaskakujące jak ten z „Dziewiećdziesiątki”, bądź liczne scratche ożywiające atmosferę, wszystko we właściwych proporcjach.
Nie bez przyczyny w tytule recenzji zawarłem Orwella. Przed sprawdzeniem tego albumu obawiałem się, że główny współwinowajca będzie próbował mącić, kolejny raz odcinając kupony. Kulejący na poprzednich projektach Hades, na „Czasoprzestrzeni” jakby zyskujący skrzydła.: „Budzę się w nocy na pomoc (hardcor). Idę na balkon ochłonąć. Otwieram oczy widzę na zielono. Jak komandos długopis białą bronią. On tnie gardło, bujaj głową. Już Nie jesteś sobą, jesteś sową, słowo. Lunatycy chodzą po podwórkach. Donnie Darko gdzie twoja pigułka. Moje miasto to dżungla agresja. I dzikie zwierzęta w szczękach twoje żebra”.
Liryczne powstanie z kolan jest niepodważalne. Czego w swej nawijce nie poruszy to sprawdza się, plastyczne obrazy: „Wpadnę w ocean głęboki jak kosmos. Skaczę na głowę z jachtu, gwiazdy wyławiam jak perły. Moje prywatne, ogromne akwarium. Góra, dół, błędnik robi mnie w chuj, dawaj Valium, baby, zanim nerwy zjedzą mój mózg. Koniec imprezki, zbieraj confetti. Kilometry dróg, setki tysięcy. Bagażnik pełny hajsu za rap, chciałbym”, jest dobrze, lekkie metafory i skrupulatnie budowane opisy: „Ikar syn Dedala, ojciec uczył go spadać. Niech złote słońce zawsze na naszych bladych twarzach. Będzie co ma być, wiem ze to żaden hit. FB chce się żyć, enter – nie mów nic” nie ma do czego się przyczepić. Im dłużej trwa spędzony czas z „Czasoprzestrzenią” tym bardziej grudniowy monolog nabiera na smaku.
O ile, toporna, monotonna i prosta nawijka na poprzednich projektach mogła irytować to w tych posępnych produkcjach w pełni się sprawdza. Głos członka HiFi Bandy nigdy nie będzie umożliwiał takiego rozwoju by flow było uniwersalne, przynajmniej na poziomie naszego podwórka. Rzecz w tym, że w swojej dyscyplinie potrafi brylować jak mało kto. „Robo Ty” gdzie bez popisów rzucający jakby z przymusu wersy Hades wręcz wymusza uwagę, w „Nie przestaniemy” gdzie leniwa nawijka świetnie wpisuje się w bit lub w pojedynczych chwilach udane przyspieszenia, przy stricte miejskich, nocnych produkcjach te flow staje się złotym środkiem.
Pogłoski o końcu Hadesa można odłożyć do lamusa. Nie ma tu zaskoczeń ze strony Hadesa, jest za to rap o określonej dacie ważności, nieco przewidywalny ale gwarantujący solidność, skuteczne wykorzystywanie bitu, wyczucie klimatu, „chemię” z DJ i producentem, i ostatecznie-wysoką formę samego gracza. Na „Czasoprzestrzeni” nie spotyka nas żaden, „nowy” Hades, po prostu ten „stary” trafił na właściwą drogę. Ciężki haust życia, odrzucenie różowych okularów, sinusoida emocji ostatecznie zaprowadza w cieplejsze rejony, przynajmniej bit sprawia takie wrażenie.
„Czasoprzestrzeń” traktuje jako imperium młodszego z braci Waglewskich, potwierdzenie klasy DJ Kebsa i w ostateczności- udany powrót samego Hadesa. Wreszcie trafiający na idealnego dla siebie producenta, wreszcie nagrywający rap w zgodzie ze swoimi predyspozycjami. Choć Konsensus idealny- Hades nie przeszkadza Emade. Emade nie stoi na drodze DJ Kebsowi, a DJ Kebs do spółki z Emade skutecznie prowadzi Hadesa. 

 
Ocena: 8/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam

 

piątek, 2 stycznia 2015

Happy New Year!...czyli subiektywne podsumowanie 2014 roku


Tytułem  wstępu. Witamy 2015 roku, mam nadzieje, że lepszym dla polskiego rapu. Dziś podsumowanie tego co działo się na krajowym podwórku i na głównej scenie w USA. 

Płyta roku (Polska)- Włodi- Wszystko z Dymem. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy rok 2014 dał nam jakikolwiek album na miano "klasyka" i czy w połowie drugiej dekady XXI wieku kondycja krajowej sceny jest lepsza niż parę lat temu. Silna Alkopoligamia- Mes, który jednak w moim odczuciu przegrał z Włodkiem ale jednocześnie zajął miejsce na podium, Kuba Knap? Na niego przyjdzie jeszcze czas. Asfalt? Byli solidni i równi, ale i im zabrakło rapera który by dostarczył album roku. Prosto? Sorry, ale Hadesowi przyznaje "zaledwie" pudło. "Wszystko z Dymem"- owoc w pełni dopracowany będąc kwintesencją stylu członka Molesty, a więc mocnej liryki, dojrzałych przemyśleń w otoczce rasowych bitów.  Włodi jak wino, im starszy tym lepszy.
W czubie peletonu pozostali:

2.Ten Typ Mes- Trze`ba było zostać dresiarzem
3.Sarius- Daleko jeszcze?
4. Kuba Knap- Lecę, chwila, spadam
5. PRO8L3M- Art Brut
6. DJ Eprom&Sensi- Boom Bap Bogie
7.Hades/Emade/DJ Kebs- Czasoprzestrzeń
8. Flint- Zła sława
9. Tede- Kurt Rolson
10. Abel- Ostatni Sarmata



Rookie Of The Year- Kuba Knap. WIelu słuchaczy spodziewało się, że to Quebonafie rozjebie 2014 roku. Udanie rozpoczęcie roku w duecie z Eripe lecz na pierwsze LP na legalu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. "Podniebny kot" mimo statusu debiutanta wszedł w mainstream z wielkim przytupem pozostawiając resztę "świeżaków" daleko z tyłu. Już na ostatnim nielegalu ogromny potenchał "następcy Mesa" zwracał uwagę. Charakterystyczne flow, trafne socjologiczne wywody, zmysł do wyborów gustownych bitów, umiejętność porywania słuchaczy. Kogoś ten opis przypomina? "Knap kiedyś fan, dziś mówią spadkobierca. Kiedyś chciałem zdjęcia z tymi trzema. Dziś piję wódę z tymi trzema w ich furze i nadal nie dowierzam".
.Debiutami wartymi odnotowania są ponadto: LJ Karwel- Niepotrzebne skreślić, solówka Abel-Ostatni Sarmata oraz Żyto- Wiry.


Nielegal roku- PRO8L3M- Art Brut. Wybór zupełnie oczywisty. Waszawski duet poszedł krok dalej od ostatniej EP-ki. Projekt oparty niemal wyłącznie na polskich samplach, intrygująca moc rapu Oskara. Od dawna żadne podziemne wydawnictwo nie narobiło takiego szumu. KLASYK


Kolabo roku- VNM, Kuba Knap, W.E.N.A., Kuban- Tour of Year. To kawałek w którym wszystko zagrało na szkolną "szóstkę". Bit- respekt So`Drumatic, i jak nawinął Kuba Knap- nie jeden raper nawet nie wiedziałby jak kiwać do niego głową. Czterech raperów w pełni czujących klimat. Co nie jest przypadkiem, Venom lub Kuba Knap zdążyli już wcześniej udowodnić, że z praca z producentem Prosto Label owocuje w dobre kawałki. Współpraca roku i jednocześnie jedno z lepszych nagrań.


Producent roku- Emade. To był rok dobrych produkcji. DJ Eprom odkurzający oldschoolowym styl, Soulpete wydający rzecz niespotykaną jak dotąd, jednocześnie cholernie dobrą, Sir Mich będąc świadomy nowych trendów i świetnie poruszający się w nowoczesnych brzmieniach, czy też wracający w ostatnich tygodniach Noon do spółki z HV lub Czarny HiFi mocnym akcentem zaznaczyli swoją obecność w polskim rapie A.D.2014. Mało kto potrafi z posępnych, niepozornych dzwięków stworzyć epopeję która rozbudziła skazanego przez wielku na koniec Hadesa. Co prawda, sukces "Czasoprzestrzeni" to nie tylko dzieło jednego z braci Waglewskich ale bez solidnych fundamentów ten projekt legł by w gruzach.
Album producencki roku- Soulpete- Soul Raw. Na temat tego albumu można rozpisywać się godzinami.  Na przekór napisze krótko- pozycja obowiązkowa!


Wtwórnia nr 1.- Alkopoligamia/Asfalt Records. Pierwsze półrocze wskazywało na to, że sotłeczna Alkopoligamia zgarnie palmę pierwszeństwa wśród hiphopowych wytówrni. Mocne pozycje w drugiej części roku jak DJ Eprom&Sensi i Sarius na bitach O.S.T.R. ostatecznie pokazały, że to dwie wytwórnie wiodły prym wśród labeli.


Klip roku (Polska)- Fisz/Emade- Pył feat. Justyna Święs. W tej kwesti nasza rapowa scena się nie popisała. Przytoczone przez Popkiller.pl zestawienie najpopularniejszych teledysków na YouTube rozczarowało. Choć mam świadomość, że YouTube okupują głównie młodsi słuchacze to owe zestawienie okazuje jeden smutny trend- #Gimb_money. "Pył" video promujące ostatni album duetu Fisz/Emade, wyróżniony Yachem za najlepszy polski teledysk będący prostym, a zarazem nurtujący obrazem w pełni oddaje klimat nagrania.


MVP- PRO8L3M. Jak napisałem w swojej recenzji, ten duet to największe zaskoczenie na plus w ostatnich latach. Muzycznie rzecz dla wybranych, mających w Polskiej muzyce utopione sentymenty, emocje bądź lata młodości. Ale i sama muzyka nie wystarczyła by gdyby nie rap. Mało kto spodziewał się, że typ o soczystym flow, momentami skrajnie niewyraźnym zastrzęśnie całą sceną. Oskar ma jedną cechę która wyróżnia wybitnych raperów, a której brakuje tak wielu- haryzmę. Bez promocji, głośnych featów, lokowania produktu w tanich klipach PRO8L3M zawstydził przehypowanych nudziarzy.


Kawałek roku (Polska)- DJ Tuniziano feat. JWP, Warszafski Deszcz, Sir Mich. Klasyk Wu-Tang odświeżony przez czołowego DJ w kraju, z doświadczonymi wyjadaczami. Efektem jest mistrzowski track. Żaden z MC nie zawiódł, a sam kultowy kawałek nabrał świeżości.Tak się robi hip-hop...


Najważniejszy beef- (-) Kategoria którą odpuszczam. W tej dziedzinie na ziemi Polskiej jak i na matczynym terenie hip-hopu było delikatnie mówiąc...słabo.

Zaskoczenie roku- Vixen. Poprzednie wydawnictwa byłego już członka RPS poza przyzwoitym poziomem niczego nie wnosiły. "Loco Tranquilo" to zupełnie nowe otwarcie w karierze i zupełnie nowy Vixen. Pełen wirtuozerii, charyzmy, wyczucia smaku. I oby bardziej szalona część wzięła górę w tym nietuzinkowym alter ego. 


Rozczarowanie- Tau/Ab-Soul. Z całym szacunkiem, w pełni szanuje postać Tau, jego przemianie i chęć ewangelizacji rapu i młodzieży. "Oddaje płytę tym którzy szukają Boga"- ok, tylko zamiast poszukiwań Boga, dojrzałych rozważań na temat egzystencji i relacji ze Stwórcą, mamy do czynienia z intensywnym kazaniem. Nie odmawiam "Remedium" wysokiego poziomu. Dla wielu jest to czołówka roku i trudno odmówić im racji bo i argumenty się poniekąd zgadzają. Muzycznie spójna i porywająca, orygnialnością wręcz kipiąca, a sam gospodarza pokazujący że raperem jest z wysokiej półki. Lecz momentami zahaczające o taniość wnioski, wyświechtane hasła bądź po prostu słabsze wersy jak o antyglobaliście w Nike obniżają rangę tego wydawnictwa. Szkoda, bo przy odejściu od bycia bardziej Papieskim od Papieża Tau mógłby roznieść scenę.

Ab-Soul- od pierwszego zetknięcia się z reprezentantem Black Hippy miałem przekonanie, że w rap grze pozostawi swój ślad jak mało kto. O "These Days..." co prawda można napisać sporo pozytywnych rzeczy lecz przy potencjale członka TDE to i tak za mało. Nie do końca sprawdziła się koncepcja albumu podobnie jak i sam gospodarz monotonnie wodzący. Mimo wszystko, nadal widzę w tym typie szansę na lepsze czasy dla brudnego, stylowego rapu.


Powrót-Noon. Zaraz, zaraz jaki powrót? A tak, kilka lat Noon trzymał się na uboczu, powrót być może nie przyniósł albumu wybitnego lecz pokazał, że nie bez przyczyny byłego członka składu Grammatik uznajemy za legendę sceny. 


Klip roku (USA)-  Schoolboy Q- Break The Bank. Klipy w mainstreamie zza Wielką Wodą opanowała epidemia. Dupy, dupy, dupy i jeszcze raz dupy wszędzie. Ok, kobiece pośladki były obecne w teledyskach nie od wczoraj lecz takiego nawału damskich "zderzaków" jeszcze nie grali. Między innymi dzięki tylnej części ciała Nicki Minaj może zawdzięczać sukces w 2014 roku. Klipem roku w prywatnym zestawieniu zostaje gruby sztos- "Break The Bank". Oxymoron nie do końca przekonał, o czym świadczą recenzję w USA, jednak osobiście widzę ten krążek w czołówce roku. Video z córką Quincy`ego zrealizowany w rodzinnym L.A. szybko zachęca do ponownego sprawdzenia.


Album roku (Świat)- Big K.R.I.T.- Cadillictica. Rap w USA roku 2014 do szczególnie udanych zaliczyć nie może lecz kilka dobrych albumów mainstreamowi amerykańskiego odmówić nie można. Run The Jewels2, Schoolboy Q, J.Cole, powrót w dobrym stylu weteranów czyli A Better Tomorrow ekipy Wu-Tang Clan lub w niezłym stylu potwiedzający duży potencjał Fabolous.Dlaczego akurat Cadillictica? W prywatnym rankingu minimalnie wyprzedziła RTJ2. Na nowym legalu gracza z Missisipi nie ma słabych momentów. Flow wbijające w fotel, tekstowo intrygująca, muzycznie wprowadzająca w klimat. To jeden z tych albumów co okupuje przez długie tygodnie odtwarzacz.Z czystym sumieniem- KLASYK.


Hot16 Challenge-Kękę. Nie przekonała mnie taka "forma" rapu. Ale wolę raperów wrzucajacych swoje często wymuszone, nieogarnięte i mało orygnialne 16tki niż polewających się zimną wodą. Miano "Króla" gorących szesnastek przyznaje reprezentantowi Radomia- Kękę. Jako jeden z niewielu podszedł do tematu na luzie i bez spiny w zgodzie ze swoją prostą aczkolwiek charakterystyczną nawijką potwierdził wysoką formę z ostatnich miesięcy- obecność na Kodex V bądź kilka świetnych featów. Warto czekać na marzec i drugi legal dla Prosto.
Na podium również widzę- Tede`go i Sariusa.
 


Kawałek roku (USA)- Big K.R.I.T.- Cadillictia. Przypominam, to ranking subiektywny więc pewnie niewiele osób zgodzi się z moimi wyborami. Tytułowe nagranie z ostatniego LP Big K.R.I.T.`a  to kwintesencja stylu 28-letniego rapera z Missisipi. Nienaganna technika, świetne przyspieszenia, lirycznie wybijający się przed szereg, refrem na długo wpadający do głowy. "Replay" w ciągłym użyciu.
Również Yelawolf z kawałkiem "Till It`s gone" zasługuje na pochwały.


MVP (USA)- J.Cole. Pochwały o albumie roku okazały się być nad wyraz. Od urodzonego we Frankfurcie rapera lepsze albumy wydali wcześniej wspominani Big K.R.I.T. oraz RTJ. "2014 Forest Hills Drive" pozostawia po sobie niedosyt, a zarazem pokazującym progres i że obrana droga okazała się właściwa. 


Mixtape roku (USA)- (-). Lepiej przemilczeć, tzn. ominąć tą kategorie. 

Producent roku (USA)- Statik Selektah. Wybór mocno subiektywny. Co prawda, z łatwością można znaleźć grono beatmeakerów o których było głośniej. W tych stricte eastcoastowych beatach można znaleźć wszystko to co najlepsze w rapie z NY. Nic dziwnego że debiut Joey Bada$$`a budzi takie emocje.


Debiut USA- YG. Nie jest to mój faworyt. I pewnie nigdy nie będzie. Wybór mocno naciągnięty. Konkurencji w zasadzie brak. Ale to nie powód do dumy...




Skoro nowy rok to i czas na życzenia noworoczne. Życzył bym sobie wszystkim którzy w tej kulturze tkwią by rap w wydaniu Polskim jak i globalnym był lepszy niż ten z ostatnich 12 miesięcy, by przybyło Nam kilka klasyków, grubych sztosów, beefy były oparte na argumentach i dalekie od fochów a`la gimbus, na scenie było mniej kserówek, a wykonawcy nie kopiowali wszystkiego na ślepo. Czego można się spodziewać po 2015 roku? Joey Bada$$ w pierwszej połowie roku narobi wielkiego szumu, a K.Dot będzie najgłośniejszą ksywką sprawiając ból głowy wielu osobom. Na naszym "podwórku" mam wielkie oczekiwania co do nowy wydawnictw Rasmentalim, Dwa Sławy, Kękę, kolejnej solówki TDF-a, legalnego debiutu Quebonafide. "Życie depcze wyobraźnie" więc tak dobrze zapewne nie będzie. Mimo wszystko kozackiego rapu A.D. 2015! 

Krzywa Kroopa

Pozdrawiam

wtorek, 16 grudnia 2014

„Pozdrawiam tych co ciągle żyją Grammatikiem”...czyli recenzja HV/Noon- HV/Noon

Rok 2014 powoli dogorywa, a z nim trwa w najlepsze wyścig wydawniczy. Niemal co tydzień bardziej lub mniej oczekiwania premiera, niemal co tydzień jest na czym ucho „zawiesić”. W kategorii „album producencki” także na bogato. Fabster, Czarny HiFi, to tylko skalpy ostatnich tygodni. O petardzie Soulpete z pierwszej połowy roku nie wspominając. Walka o miano najlepszej płyty wśród producentów będzie zagorzała a swoje trzy grosze zapewne dorzuci duet HV/Noon. Bo gdy do gry wraca taka postać jak Noon wspomagana przez niebanalny styl HV to czy można przejść obojętnie obok takiego wydarzenia?
Info o tej kooperacji zahaczało o rangę „Breaking news”. Domysły o brzmienie owocu tej współpracy napędzały smak, a dobór gości dodawał pikanterii. Dwóch producentów wpisujących się w nurt wielkomiejskich dźwięków oddających topografie budynków, chodników i odnowionych elewacji do niedawna oznaczonych językiem miasta. Zestawienie lekkiej elektroniki z samplingiem Noona sprawiało wrażenie, że lejce w tym projekcie przejmie ten drugi. Nic bardziej mylnego. Album wspominanego duetu to kompromis na którym wszyscy zyskali.
Hatti Vatti z ugruntowaną pozycją na scenie i ze świeżo zebranymi pochwałami za album “Worship Nothing”od początku przekonuje Nas, że to „jego” usłyszymy w większym stopniu na tej płycie. Od pierwszych sekund hipnotyzujące lekkie basy, subtelne pogłosy bądź masa delikatnej elektroniki, spokojnie rozchodzącej się po głośnikach. To czas kiedy HV ma szansę rozbudować solidną podstawę od Noona. A sam Noon, przyczajony lecz we właściwych momentach wychodzący z całą paletą klasycznych brzmień. Efekt? Niby subtelne basy przeplatane z żywcem wyrwanymi z lat 80-tych syntezatorami, czujnymi perkusjami i udanie wkomponowanymi gramofonami, raz łagodzące klimat, dwa w numerach z gośćmi podkreślające wokale.
W tym wszystkim świetnie odnaleźli się zaproszeni raperzy. Wybór? Stare wilki, dobrzy znajomi oraz dobrze czujący się w takim brzmieniu solidni gracze. Najbardziej zaskakujący na plus- Hades, w pełni czujący klimat i przy formie z „Czasoprzestrzeni” emanujący pewnością, potrafiący znakomicie wstrzelić się z swoim ciężkim flow w bit. Eldo czujący się w tej estetyce jakby to miał monopol na „Światła miasta”, a Małpa z pozoru brzmiący jakby był na tym projekcie za karę, z czasem rozkręca się z każdą linijką: „Zmiany zachodzą zbyt prędko, ponoć umyka mi piękno. Powinienem zwiększyć tempo czy na wszystko machnąć ręką. Nie ma miedzy nami chemii. Choć żyjemy obok siebie każdy siedzi w swej pustelni. Krążę po Eternii, szukam super-bohaterów. Mimo, że są nieśmiertelni, nie zostało ich zbyt wielu”. Wersy te nie są odosobnioną historią, całe grono dostosowało lirykę do tych miejskich, mocarnych aranży. Na próżno szukać tu hashtagów, agresywnych przyspieszeń lub newschoolowych akcji z kserówkami w tle.
Może to archaiczne rzemiosło, dla wielu zbyt oderwane od rapu XXI wieku lecz w pełni sprawdza się w tej stylistyce. Jednak, żeby nie było zza „kolorowo”, momentami razi ten nadmiar trueschoolu- patrz numer z Jotuze. Lirycznie na plus, jednak zastygłe flow przypomina o długim rozbracie z rapem, choć pióro wciąż potrafi dać wiele: „Czasem ktoś pyta o to jak się odnajduje, normalnie mówię tylko już nie rymuje. Odcinane kuponów nie leży w mej naturze więc nabijam statystyki, od tego nie mogę uciec. Mam swój cel w życiu nie jest to pogoń za kwitem, pozdrawiam tych co wciąż żyją Grammatikiem. Idę do przodu pewnie składając kroki”. Z mocnym akcentem swój udział podkreśla niepozorna Misia Furtak, której delikatne wokale przywołujące skojarzenie z zespołem Pustki, świetnie komponują się z muzyczną Idyllą. To jedno z tych nagrań na którym smętne produkcje nie przyprawiają o zgryzotę, a rutyna zamienia się w wyjątkowy klimat.
Być może to ten czas, uczucie dopełniającego się pewnego etapu, zabiegani w ślepym pędzie ludzie lub wszechobecny terror komercyjnej wizji świąt obdarty z sedna sprawy sprzyja takim klimatom. Wówczas zakorzenione w miejskich fundamentach dźwięki Emade, Czarnego HiFi bądź duetu HV/Noon mają swoje „5 minut” w hiphopowym kalejdoskopie. 11 tracków wystarczyło by się „najeść”, czy to syta? Rzecz subiektywna. Do miana klasyku zabrakło kilku rzeczy. Momentów zaskoczenia, by złamać ten kontrolowany ład, chwil które zabrudziły by ten w pełni dopracowany materiał czy też jeszcze większej wartości dodatniej od zaproszonych przedstawicieli hip-hopu.
Ten album to towar dla wybranych, którzy w wyszukiwaniu niuansów, szeregu dopracowanych detali potrafią docenić kunszt autorów. W okresie gdy „Światła miasta” przez większą część doby okupują ulice, z łatwością można wpaść w ten czar. To album na którym nie ma nic nachalnego, ani bitów ani nawijek. Spokojnie poukładane, w pełni przemyślane i dopracowane bity, rap na poziomie, sporo w tym wszystkim logiki. Od doboru zaproszonych gości po samą muzyczną koncepcję. Raperzy z nieco niedzisiejszymi wersami, czujący spokój, godzący się by nie wysuwać przed szereg. W zasadzie, jestem stanie zrozumieć tych którzy szybko wpadną w wir tego klimatu i tych którzy szybko odpuszczą. Cecha stała rzeczy dla wybranych.


Ocena: 7/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam



środa, 10 grudnia 2014

„Lepsze jutro to dobre dziś”… recenzja: Wu-Tang Clan- A Better Tomorrow

Czy nowy album jednej z ulubionych grup może wywołać strach? Może. Upływ czasu, zamieszanie z Raekwon, a na dodatek dziwna akcja z wydaniem albumu w jednym egzemplarzu. O ostatnim wydawnictwie- „8 Diagrams” nie wspominając. Jako, że „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)” było pierwszym hip-hopowym albumem jaki usłyszałem i który na długi czas stał się wyznacznikiem dla eastcoastowych produkcji wolałem nie brudzić sobie laurki jaką przed laty wystawiłem tej zacnej enklawie przeciętnym, opartym na starej sławie albumie. Przebijające się w recenzjach słowo „przyjemny” niczym anemiczny start Polskich skoczków niczego nie wyjaśniał. Ale przecież to „ten” Wu-Tang Clan.
Co pewien czas dinozaury atakują z nowy materiałem, w większości przypadkach kończy się jednym- przeciętnym albumem. Skąd my to znamy? Jeden z ostatnich, poważnych zastrzyków gotówki przed odwieszeniem majka? Może to tendencyjne podejście ale „życie depcze wyobraźnie”. I jeszcze ta zadra z jednym egzemplarzem i Raekwon, jeśli Wu-Tang Clan to rodzina to jest coś w tym. Z rodzinną najlepiej przecież wychodzi się na zdjęciach.
Wkrótce na blogu pojawi się tekst o rapie dla słuchaczy którzy dawno wyrośli ze szkolnych kanapek i pamiętają jeszcze szelest „Slizg-u” który notabene powraca. Nie potrzeba pokręconej logiki a`la uczestnik Familiady by domyśleć się jakie dźwięki będą sponsorować ten „zwód” myślowy. Jak już napisałem w leadzie tej recenzji, mam sentyment do grupy z Staten Island, który w ostatnich latach nie zmalał. Mimo tego, że bywało różnie z produkcjami spod szyldu „Wu-Tang” to głód do tłustych sampli, ciężkiej nawijki i brudnego klimatu pozostał. Gdzieś w tym wszystkim zawsze było sporo autentycznej zajawki i tego też oczekiwałem po nowym LP.
Rozpoczynające album słowa: „Huh, after all these years, what you said was true. The Shaolin and the Wu-Tang is very dangerous. It's the ODB kid, once again coming through your area. And I'm going to tell you one time, you gon' love this” o dreszcz nie przyprawiły, prędzej niczym ksiądz kropidłem do „przyjemnego” odsłuchu nastroiły. Jednak powiedzenie z „dużej chmury, mały deszcz” byłoby fake`m. Początek jak burza z piorunami, bo jak inaczej nazwać wejście z przytupem w postaci „Ruckus In B Minor”. Jest zupełnie inaczej jak u standardowych singli przykurzonych legend, a więc nie przewidywalnie. Sztos z ostrym pazurem dający nadzieje, że przygoda z „A Better Tomorrow” nie będzie zmarnowanym czasem. Rzeczą broniącą ten album od przeciętności jest klimat- trafiający w czuły punkt. Nawet gdy wersy bądź forma któregoś z członków zawodzi to odbiór nie traci na ważności. Od ciężkiego „Necklace”, pełne nostalgii „Miracle” po empatyczne „Wu-Tang Reunion”. Nie ma co wybrzydzać, każdy znajdzie coś dla siebie.
Ponad dwie dekady od debiutu, co momentami słychać dobitnie. Będący w wieku ojców słuchaczy młodego pokolenia, legendy Wu-Tang Clan brzmią autentycznie w roli rapowych mentorów. Mamy wersy odnoszące się do świeżych wydarzeń jak te z Ferguson, czy też protestów w Nowym Jorku: ”In this New World the Order slaughter men, women, and children. Ten feet gates surround the building keep us sealed in. The projects, lifeless like a vietnam vet. Constant war, sever threats of enemy conquest. Crooked cops comb my building complex that's in the rumble. Streets are like a jungle, can't let my cypher crumble. Vivid thoughts, Devils resort to trick knowledge”. W zasadzie, rozważania nad kondycją ładu społecznego można uznać jako temat przewodni i nie brzmi to wszystko jak lanie wody z popularnymi hasłami: „The whole world trippin', listen it's still a cold world. The other day I had to bury my homegirl. Wrong place, caught one in her face. Plus her man's on the run and couldn't come to the wake. For Heaven's sake, you pray God open the gate. In this modern day Sodom, that's their only escape”.
Wracając do „wiekowości”, słychać ją również w samej nawijce. Bez fajerwerków, popisów technicznych lub nowinek newschoolowych. Ciężko kogokolwiek wyróżnić ale ciężko też zganić za słabszą formę. Przy tych klimatycznych produkcjach właśnie „tyle” i aż „tyle” wystarczyło by się obronić. Zdarzają się momenty jak w „Mistaken Idenity” gdy nieco archaiczna nawijka nadal ma w sobie moc. Ok, daleko ekipie do formy z najlepszych czasów i nie ma co szukać na siłę momentów zamykających grę. To rap na miarę obecnych możliwości (formy).
Być może sam rap na „A Better Tomorrow” nie wystarczyłby. Słuchając tego albumu można ulec wrażeniu, że równy, wysoki poziom bitów dostarczył sporej dawki świeżości. Począwszy od pierwszego kawałka na albumie, na którym to dzieje się tak wiele, że można by zbudować kilka poszczególnych numerów. Słychać tu wkład Ricka Rubina, potężną perkusję, hałaśliwe riffy, hipnotyczne klawisze, żywiołowe scratche, świetnie wkomponowane poszczególne parte wokali, zaskakujące zmiany napięcia. „A Better Tomorrow” zyskuje sporo dzięki zróżnicowaniu, „Miracol” ukraszone mocnymi wersami i dla złagodzenia klimatu subtelnym refrenem, „Pioneer the Frontier” z prostym ale smakowitym bitem, singlowe „Necklace” gdzie gramofony dają stary Wu-Tang, bądź tytułowe nagranie z sielankowym samplem i porywającym klimatem. Wymienić można niemal każdy numer, RZA pozwolił sobie namieszać i chwała mu za to.
Po godzinie spędzonej z tym albumem, z czystym sumieniem mogę napisać, że „Lepsze jutro, to dobry dziś”. Być może to ostatni akord w historii grupy i być może ostatni raz zbierają wspólne szeregi. Za pewne, po pewnym czasie inaczej będę odbierał tą płytę. Wu-Tang Clan nie przeszli o jeden most zza daleko. Udało się nagrać album który świata nie zbawi lecz da sporo fanom. Nie potrzeba wiele by poczuć ten vibe, by między wersami odnaleźć ODB, bujać się do produkcji RZA bądź docenić poważne podejście każdego z weteranów. Słowo „przyjemny” to za mało by określić „A Better Tomorrow”, to album na którym pasja wręcz wycieka głośnikami, zajawka ma niemal młodzieńczą moc, a całość brzmi intrygująco. Wu-Tang Forever? Tak, ale bez pytajnika.

Ocena: 7/10
Krzywa kroopa
Pozdro 


sobota, 6 grudnia 2014

„Polskie drogi”.... czyli recenzja: Sarius- „Daleko jeszcze?”

Gdybym miał się wybrać w daleką podróż, to zabrał bym ze sobą co najmniej trzy albumy. Nie, owa trójca nie ma polskiej metki lecz w zależności od wielkości bagażu lista muzycznych towarzyszy rosła by jak korek na „Zakopiance” w sezonie. Rok temu nie czułem tej mocy. Co prawda, „Blisko Leży Obraz Końca” sporadycznie pojawiało się w głośnikach ale na daleką podróż Sarius wydawał się jako określony kompan- krótkodystansowiec. Przy kolejnym wydawnictwie to nie kwestia czy zabrać dzieło rapera z Częstochowy ze sobą lecz czy dać się zabrać autostopem w jego drogę.
Solidny, mający świetne ucho do bitów, smykałkę do dojrzałych spostrzeżeń socjologicznych, z natury pewny siebie i budzący ciekawość nieszablowymi narracjami. Nieco przypominający w pierwszym kontakcie WuDoe, może to ta sama tendencja do usypania? Zamiast bawić się w kolejne wyliczenia obrazujące bohatera zdradzę ksywę- Sarius. Co raz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ciekawa osobowość i otwarty umysł zawsze obroni się w rap grze. Podobnie jak w przypadku starszego kolegi po fachu, to rap dla wytrwałych, którzy nie odpuszczą przy pierwszym przystanku.
Zawsze uważałem, że udany dobór producentów to więcej niż połowa sukcesu. Bo i niedociągnięcia we flow bądź brak weny nie biją tak po uszach. DJ Eprom był niczym Scottie Pippen dla MJ23, ciągnący za uszy na wyższy level. W pełni podkreślający wszystkie mocne strony, starannie odciągający uwagę od niedociągnięć. Na „plecach” rasowych produkcji rap Sariusa zyskał na wartości. Klimat rzadko już spotykany na krajowych wydawnictwach, „team spirit” między MC a beatmakerem jakby nagrywali ze sobą rap od dekady. Połączenie sił z O.S.T.R. i z jego, z całym szacunkiem nieco przewidywalnymi bitami, które z definicji mogłyby spotęgować senność nie nastrajało pozytywnie.
O ile nie doceniłem na starcie możliwości tej kolaboracji to od pierwszych singli wszystko stało się jasne, w praktyce, ten projekt ma wiele do zaoferowania. Przy standardowych dla Adama dźwięków, wtórność która pojawiła się na horyzoncie przeszła obok. Jak na „True newschool”, gdzie jakby napisał by blogger a`la hipster, „epicki” aranż ożywia tego spokojnego rapera który rok wcześniej przodował w niższej wadze. To lewym sierpowym potrafił przysolić kąśliwym przyspieszeniem, to bezkompromisową nawijką gasi hejterów i obnaża płytkie podejście do rapu współczesnych odbiorców, to prawym podbródkowym znienacka wbija się na bit, to w refrenie zwalnia by w kolejnej zwrotce znowu narzucić szybkie tempo.
Na jednym singlu wysoka forma się nie kończy. W zasadzie „Daleko jeszcze?” jest wolne od słabszych momentów. „Cudze listy” porywające bezkompromisową nawijką, „Tak bardzo ja” gdzie wszystko zagrało na szkolną „szóstkę”, „Pod-pretekstem” z gościnnym Jeżozwierzem i agresywnym flow obu graczy, „Kompas” z emocjonalnym podsumowaniem przebytej drogi, bądź tytułowy track gdzie dostajemy odpowiedź na podstawowe pytanie tego albumu. Wracający po roku Sarius zyskał na pewności. Flow urozmaicone i brzmiące tak, że ciężko mu coś zarzucić. Potrafiący wstrzelić się w klimat każdego bitu, umiejętnie wykorzystujący swoje możliwości: świetną dykcję, charakterystyczne flow, intrygujące metafory oraz duży potencjał tekstowy.
I w tym miejscu należy zatrzymać się. Jak na debiutanckim krążku tak i tu warstwa tekstowa wybija się z przeciętności. Na pozór proste, pozbawione nadmiernej ilości hashtagów, follow up`ów, czy też wyszukanych metafor wersy, wodzą niczym mityczny biały królik. Osobiste wyznania, wspominki z dzieciństwa, refleksje o społecznej naturze lub trafne analizy, to linijki w których autor zostawił sporą cząstkę siebie, dzięki czemu można puścić w niepamięć słabsze wersy jak nieco taniością brzmiące: „Dawaj to mp3, nie mam już miejsca na wave. Mama daj mi z10 minut chce pozgrywać wersy. Będę jak Magik. Kto? Gość z mojej kasety”. Choć mamy też kilka perełek jak: „jak Kuba Bogu, ta Kubie mów mi Castro”. Mimo tej prostoty jest w czym się zagłębić: „Za parę lat rozkminię, że nie można nie być skurwysynem. Za parę lat rozkminię, że trzeba zrzucać winę. Wychodzić za linię, a mówić, że to niemożliwe. Lecieć na linie, jak Hugo, do którego się nie dodzwoniłem nigdy. O problemie zapomniałem, poszedłem na frytki. Krzywdy z tamtych czasów były bardzo miłe. Choć tego kurwa elementarz nie napisał nigdzie. Życie to baba wielka, co stoi na ludzkiej krzywdzie. Wybiera Cię, a zgromadzenie czeka. I musisz, a nie chcesz, dotknąć butem dna #butelka. I nie wiesz, czy śmieją się z Tobą, czy z Ciebie #stand up”. Wachlarz podjętych tematów za nic nie da wyłączyć się słuchaczowi. Kolejny raz Sarius pokazuje, że ma sporo do powiedzenia i że nie popada w sprawdzone schematy, a w połączeniu z wyrazistym flow z łatwością utrzymuje uwagę.
Muzycznie również jest dobrze. Do szuflady zwanej „produkcje O.S.T.R.” trafia kolejny album. Nie ma co mydlić oczu, nie jest to pozycja przełomowa, także w bogatej dyskografii Adama. Ale co ważne nie potrzebne było odkrywanie prochu na nowo, te sprawdzone dźwięki w pełni pozwoliły Sariusowi rozwinąć skrzydła. Niemal standardowe produkcje: klimatyczne sample, subtelne werble, trafione cuty, trueschoolowe brzmienie w pełni wpadające w styl częstochowianina. Kilka petard jak lekko niepokojący „True newschool”, smakowity sampel w „Daleko jeszcze” , klimatyczny „Kompas” lub „Pod pretekstem” z twardym basem. Wysoki poziom marki O.S.T.R..
Jeśli na podstawie tego albumu miałby powstać film, to gatunek „road movie”wrócił by do łask. Podróż na jaką zabiera Nas raper z Częstochowy warta jest przebytej drogi, a w zasadzie poświęconego czasu. Jako czujny obserwator intryguje, jako pilot wycieczki zachęca na więcej. Im więcej Sarius wspomina o swoich doświadczeniach tym bardziej zwraca uwagę i nawet gdy odchodzi na bardziej uniwersale rewiry to potrafi utrzymać poziom. Pomysł na tracki, smykałka do ciekawych wersów, flow w wysokiej formie, wszystko się zgadza. Goście dostosowali się do poziomu gospodarza, w szczególności Ras i Jeżozwierz, bity dały moc, a klimat nie przytłoczył. Choć pogoda zza oknem nie zachęca do dalekich podróży to ta jaką serwuje nam Sarius nie wymaga nadmiernej rekomendacji. 

 

Ocena: 8/10
Krzywa krooopa
Pozdrawiam