środa, 15 października 2014

BET Hip Hop Awards 2014 rozdane

Kolejna edycja BET Awards już za nami. Wśród laureatów znaleźli się między innymi DJ Mustard, Kendrick Lamar, YG czy też Drake. Choć ten ostatnio, może czuć niedosyt...

Co prawda, dwie statuetki a w tym prestiżowe wyróżnienie za album roku to niezły wynik lecz przy ośmiu nominacjach autor „Nothing Was The Same” może być rozczarowany. Tym bardziej, że mniej aktywny w ostatnim czasie K.Dot podczas BET Awards 2014 otrzymał również dwie statuetki, w tym dla najlepszego tekściarza oraz za najlepszy gościnny udział w kawałku, który wstrząsnął sceną- "Control". Wśród przegrany znaleźli się między innymi Schoolboy Q (4 nominacje) oraz tak zasłużone postacie jak Jay-Z (6 nominacji) czy też Eminem dla których tegoroczna edycja nie przyniosła żadnych statuetek. Natomiast największym wygranym stał się- DJ Mustarda który zgarnął 4 nagrody: miano MVP, DJ, producent roku oraz producent utworu roku- „My Hitta” (ta cholerna poprawność polityczna).
Kondycja obecnego rapu? No cóż... bywało lepiej. Niedawne słowa A$AP Yams o tym, że rok 2014 to najgorszy okres w historii rapu to nie tylko zagrywka promocyjna. Jeśli Drake i jego ostatnie wydawnictwo ma być wizytówką hip-hopu A.D. 2014 to aż tak źle jak niektórzy kraczą nie jest. Jednak rok 2014 to nie tylko NWTS, które umówmy się, nie jest wielkim dziełem. Ab-Soul nie udźwignął ciężaru oczekiwań, Rick Ross jedynie klimatem przyciągał, Iggy Azalea narobiła szumu, choć spawa jej słynnego sex tape dołożyła cegiełkę do jej popularności, SchoolBoy ze swym Oxymoronem dał dawkę dobrego rapu ale na kolana również nie powalił. YG? Buńczuczne zapowiedzi i autojaranko i głośne tezy o klasyku a`la "Nowy The Chronic" ze strony rapera z Compotn szybko legły w gruzach. W "Control gate" K.Dot wybronił się, a dissy pod jego adresem krzywdy mu nie zrobiły. Trap, swag, hajs... rap złapał zadyszkę.
Mainstream zza wielką wodą przehypowany jest nie od dziś, BET Awards to tylko nagrody, nie zmieniające niczego w rap grze. A hip-hop mimo słabszego okresu wróci na lepsze tory. I hope so.... 

Triumfatorzy oznaczeni kursywą

Best Hip Hop Video

  • Drake - "Worst Behavior"
  • Future (featuring Pharrell, Pusha T & Casino) - "Move That Dope"
  • Iggy Azalea (featuring Charli XCX) - "Fancy"
  • J. Cole (featuring TLC) - "Crooked Smile"
  • Nicki Minaj - "Pills N Potions"
  • Wiz Khalifa - "We Dem Boyz"

Best Collabo, Duo or Group

  • YG (featuring Jeezy & Rich Homie Quan) - "My Hitta"
  • Eminem (featuring Rihanna) - "The Monster"
  • Future (featuring Pharrell, Pusha T & Casino) - "Move That Doh"
  • Jay-Z (featuring Justin Timberlake) - "Holy Grail"
  • Schoolboy Q (featuring BJ the Chicago Kid) - "Studio"

Best Live Performer

  • Kanye West
  • Drake
  • Jay-Z
  • Kendrick Lamar
  • T.I.

Lyricist of the Year

  • Kendrick Lamar
  • Drake
  • Eminem
  • J. Cole
  • Jay-Z
  • Nicki Minaj

Hip Hop Video Director

  • Hype Williams
  • Benny Boom
  • Chris Robinson
  • Director X
  • Dre Films

DJ of the Year

  • DJ Mustard
  • DJ Drama
  • DJ Envy
  • DJ Khaled
  • DJ Scream

Producer of the Year

  • DJ Mustard
  • Drumma Boy
  • Hit-Boy
  • Mike WiLL Made It
  • Pharrell
  • Timbaland

MVP of the Year

  • DJ Mustard
  • Drake
  • Future
  • Jay-Z
  • Nicki Minaj

Track of the Year

  • "My Hitta" - Produced by DJ Mustard (YG featuring Jeezy & Rich Homie Quan)
  • "Cut Her Off" (Remix) - Produced by Will-A-Fool (K Camp featuring Lil Boosie, YG, & Too $hort)
  • "Move That Doh" - Produced by Mike WiLL Made It (Future featuring Pharrell, Pusha T & Casino)
  • "Studio" - Produced by Swiff D (Schoolboy Q featuring BJ the Chicago Kid)
  • "Worst Behavior" - Produced by DJ Dahi (Drake)

Album of the Year

  • Drake - Nothing Was the Same
  • Eminem - The Marshall Mathers LP 2
  • Future - Honest
  • Rick Ross - Mastermind
  • Schoolboy Q - Oxymoron
  • Yo Gotti - I Am

Who Blew Up Award / Rookie of the Year

  • Iggy Azalea
  • Migos
  • Rich Homie Quan
  • Schoolboy Q
  • YG
  • Young Thug

Hustler of the Year

  • Dr. Dre
  • Drake
  • Jay-Z
  • Rick Ross
  • T.I.

Made-You-Look Award / Best Hip Hop Style

  • Nicki Minaj
  • A$AP Rocky
  • Jay-Z
  • Kanye West
  • Young Thug

Best Hip Hop Online Site

  • WorldStarHipHop.com
  • AllHipHop.com
  • Complex.com
  • HotNewHipHop.com
  • NecoleBitchie.com
  • RapRadar.com

Best Club Banger

  • Future (featuring Pharrell, Pusha T & Casino) - "Move That Doh" (Produced by Mike WiLL Made It)
  • K Camp (featuring Lil Boosie, YG, & Too $hort) - "Cut Her Off" (Remix) (Produced by Will-A-Fool)
  • Migos - "Fight Night" (Produced by Stack Boy Twaun)
  • Wiz Khalifa - "We Dem Boyz" (Produced by Detail)
  • YG (featuring Jeezy & Rich Homie Quan) - "My Hitta" (Produced by DJ Mustard)
  • Young Thug - "Stoner" (Produced by Dun Deal)

Best Mixtape

  • Wiz Khalifa - "28 Grams"
  • Action Bronson - "Blue Chips 2"
  • Fabolous - "The Soul Tape 3"
  • Migos - "No Label 2"
  • Rich Homie Quan - "I Promise I Will Never Stop Going In"

Sweet 16 (Best Featured Verse)

  • Kendrick Lamar - "Control" (Big Sean featuring Kendrick Lamar & Jay Electronica)
  • B.o.B - "Paranoid" (Ty Dolla Sign featuring B.o.B)
  • B.o.B - "Up Down (Do This All Day)" (T-Pain featuring B.o.B)
  • Drake - "Who Do You Love" (YG featuring Drake)
  • Pharrell - "Move That Doh" (Future featuring Pharrell, Pusha T & Casino)

Impact Track

  • Common (featuring Vince Staples) - "Kingdom"
  • Lecrae - "Nuthin"
  • Lupe Fiasco - "Mission"
  • The Roots (featuring Patty Cash) - "Never"
  • Talib Kweli (featuring Abby Dobson) - "State of Grace"

People's Champ Award

  • Drake - "Worst Behavior"
  • Future (featuring Pharrell, Pusha T & Casino) - "Move That Doh"
  • Iggy Azalea (featuring Charli XCX) - "Fancy"
  • Wiz Khalifa - "We Dem Boyz"
  • YG (featuring Lil Wayne, Nicki Minaj, Meek Mill & Rich Homie Quan - "My Hitta (Remix)"

I Am Hip Hop Award

Doug E. Fresh

Krzywa kroopa
Pozdro
A wkrótce kolejna recenzja. 


czwartek, 9 października 2014

Niebo 2.0..... czyli recenzja Paluch/Chris Carson- Made in Heaven

Tytułem wstępu, napisanie czegokolwiek o raperze o ugruntowanej pozycji zahacza o banalność. Tym bardziej o tak charakterystycznym MC. Jednak na pierwszy rzut oka, rzucająca się pracowitość zdominuje pierwsze linijki. Płodność w rap grze to temat rzeka. Gros zawodników rok w rok wydaje nowe albumy, topornie brnąc w te same schematy. Część romansuje z nowymi trendami co przynosi różnorakie owoce. Inni od świetnie pojawiają się na rynku wydawniczym, dozując dawki swojego rapu. Pierwsza jak i druga postawa nie gwarantuje wysokiego poziomu. Bo i łatwo rozdrobić się na drobne lub obijać na backstage`u sceny. Paluchowi to jednak nie grozi. Od wejścia na dużą scenę w postaci albumu „Pewniak”wciąż pozostaje głodny. Napisać, że forma pozostała to skłamać, progres poszukiwany ale nie tylko w samej nawijce. W tym sedno krążka „Made in Heaven”, tutaj Paluch pokazał, że raper nagrywający często może nie zatracić formy i odnaleźć nowe inspiracje.
Stopniowo zwiększający pozycje na scenie i poziom swoich wydawnictw, Paluch po wydaniu albumu „Niebo” doszedł do krytycznego miejsca. Propsy od sceny, dobre przyjęcie przez fanów, marsz na OLiS. Bezsprzecznie, członek B.O.R. stał się czołowym graczem na scenie. W pewnym sensie, Paluch ze swoją brudną, uliczną, pełną szczerości stylistyką stał się więźniem własnego rapu. Nieco słabsze kolabo z Kalim bądź poprzedni krążek- „Lepszego Życia Diler” mogły sprawiać wrażenie, że reprezentant poznańskiego Piątkowa osiągnął apogeum swych możliwości. I choć na wspominanych wydawnictwach słychać było, że sukcesu albumu „Niebo” nie ma zamiaru kopiować, odcinając kupony to pewny spadek formy słyszany był aż nadto. O ile dobór bitów, z całą gamą klimatów, świeżych dźwięków zawsze był mocną stroną to swoista Idylla spowodowała, że rap Palucha zatracił zadziorny ząb. LŻD nieco usypiało swym spokojem, w tekstach, Łukasz wciąż był ten sam ale o swoim życiu i postrzeganiu świata opowiadał dużo mniej intrygująco niż na poprzednich wydawnictwach.
Styl Palucha to spadek po starej szkole. Brudne flow, posiadające pewne niedociągnięcia ale porywające, liryka w której uwagę skupia się na mocy, szczere pióro, bezkompromisowe podejście do sceny. W roli obrońcy rapu czujący się ryba w wodzie, sprawie przez lata rozliczał poszczególnych MC za swoje działania. Taki typ nie do końca przekonuje jako Sean Connery sceny, ze spokojem monitorujący działania konkurencji. „Piątkowski autentyk” w pełni zasłużenie dorobił się swojej pozycji dzięki prostocie, unikaniu iluzji w tekstach i brnięciu pod prąd.
Zapowiada po premierze ŁŻD roczna przerwa od rapu szybko przestała być aktualna. Współpraca ze zdolnym, nie zepsutym jeszcze przez mainstream producentem stała się na tyle atrakcyjne by kolejny raz wejść do studia czy może Paluch na tyle wrósł w grę, by w kolejny rok puścić rap w miasto? Seryjni, dotychczasowi dostarczyciele bitów jak So`Drumatic, Julas lub Donatan w połączeniu z wersami od Palucha przestali zaskakiwać. Z mixtapu do pełnego albumu, ze współpracy z dobrze znanymi producentami do album z jednym, nie laikiem lecz i nie okrzepniętym na scenie beatmakerem. Zamiast powtarzać przyjęte schematy, reprezentant B.O.R. poszedł za ciosem i na pewno tego nie pożałował.
Udane, pierwsze single dowodziły, że współpraca między raperem z Poznania, a Chrisem Carsonem ma się co najmniej dobrze. O ile „Amstaff” nie zapowiadał wielkich zmian w stylistyce Palucha to chilloutowe „Daleko stąd” pokazało, że bity producenta z Brukseli przenoszą rap poznaniaka poza wcześniejsze ramy. Lirycznie słychać, że lekkie złagodzenie z LŻD odeszło w niepamięć: „Dzisiaj miałem sen, chciałbym wymazać go z pamięci. Bo wiem że spełni się, wacków ćwiartowałem jak rzeźnik. Łapanka słabych MC, do biurka przykuci za język, ja patrząc im w oczy odprężony pisze teksty”. Choć i melancholia na „Made In Heaven” ma swój klimat: „Wchłaniam kolejną porcję łychy, obok płonie amnezja paląca sesja, jointy z dychy. Kierunek mikronezja. Ten rejs to poezja, szklana podłoga jachtu. Kilka metrów pode mną rafa w kolorach kilkunastu”. To co na poprzednim albumie było piętą Achillesową, a więc przesyt koncepcji, tutaj dozowane jest w zjadliwych proporcjach. Równie klimatyczny kawałek- „Magma” z nocną aurą i sporym ciężarem emocji bliźniaczo mocno intryguje.
W punktowaniu sceny, tradycyjnie już Paluch nie ma sobie mocnych. I tradycyjnie już nie owija w bawełnę, wypadając przy tym w 100% autentycznie. Nagrania jak „NGO”, „RIP” bądź „Ostatni telefon” okraszone mocną elektroniką kpią z bolączek krajowej sceny. Przez pieniądze w rapie po kwestię kserówek w grze, roczny bilans B.O.R. bez wazeliny. Po tym co Paluch nawinął na poprzednich krążkach, obecne wersy o branży mogą być uznawane za rap ze znieczuleniem, bo i po ksywach nie jeździ i nie koncentruje uwagi na pewnych kwestiach jak niegdyś. Niemal zawsze po premierze nowego krążka Palucha kurz długo opadał, podobna sytuacja powinna mieć miejsce obecnie. Biuro Ochrony Rapu ma się jednak dobrze co „Made in Heaven” udowadnia.
Zawsze bogate w grube sztosy wydawnictwa Łukasza i tym razem nie rozczarują. Singlowy „Kastet” gdzie słychać „team spirit” między raperem a producentem, „M5” z udziałem Que gdzie różnica stylów wzbogaca numer. Prawdziwe, liryczne "kopy" będące kwintesencją rapu Palucha jak „Amstaff” lub „Ostatni telefon” w których to ciężkie bity ze świeżym brzmieniem i bezkompromisowymi linijkami i brudnym flow pozostają na długo w pamięci. Na „Made in Heaven” nie brakuje mocnych tracków gdzie produkcje Chrisa Carsona dają „kopa” i przenoszą rap poznaniaka na wyższy poziom.
Jeśli już padła ksywa Chrisa Carsona to pochwały o klasie światowej bitów ze strony Palucha przed premierą albumu nie były jedynie kurtuazją ze strony współautora produkcji. Spokojne dźwięki, z gustownymi klawiszami w „Daleko stąd”, stricte trapowe sztosy jak wcześniej wspominane „Amstaff” czy „RIP”, kąśliwe, rasowe o spójnej koncepcji lecz o zróżnicowanym klimacie. Chris Carson udanie wyczuł nawijkę Palucha. Bit przyspiesza we właściwym momencie, muzyczne „pierdolnięcie” nie wyprzedza linijek Łukasza, klimatyczne tracki nie usypiają. Wyzbywając się błędów swych poprzedników Chris Carson, a więc zbyt zbliżonych w brzmieniu bitów być może wybudziło Palucha z letargu.
Przy tak wyrazistym i w wysokiej formie gospodarzu, goście z góry mieli wskazany drugi plan. Wyraźnego obniżenia poziomu krążka z całą pewnością nie ma. Tau z wersami w swoim stylu przejął track podobnie jak Quebonafide, Kękę wstrzelił się w klimat, jeszcze lepsze wrażenie po sobie zostawili przedstawiciele SB Maffia, szczególnie TomB popisujący się ciekawymi linijkami o Step Records.
Po pewnym rozczarowaniu jakim były ostatnie dwa wydawnictwa, Paluch wraca w odświeżonym stylu. Choć rewolucji w wersach i flow poznaniaka nie ma, to ta swoista wiosna jaką przyniósł albumu MiN to w całkowicie udany eksperyment. Duet Paluch/Chris Carson znalazł złoty środek, przez co obaj wygrali na tej współpracy. Członek B.O.R. znów brzmi jak groźny amstaff. Szorstkie flow znowu intryguje, tematyka nie męczy, a klimat daje szansę, że kilka odsłuchów jest pewnych. Bity Chrisa Carsona nie przewrócą sceny do góry nogami, świeżość, stylowe produkcje to za mało by wkraść się do ścisłej czołówki producentów na Polskiej scenie. Dźwięki na „Made In Heaven” nie są na tyle charakterystyczne by mówić o pojawieniu się producenta wybijającego się na tle sceny. Progres muzyczny słyszalny był już po pierwszych singlach. Od kawałka „Moja pierwsza dziewczyna” PZWNW producent z Brukseli zabrał do swojego warsztatu wszystko to co bardziej ciekawe w obecnej muzyce, wybijając się z grona krajowych producentów od lat tworzących wciąż to samo.
Na swoim już siódmym legalu, Paluch pokazuje, że płodność w rap grze nie musi prowadzić do wypalenia. „Made in Heaven” mimo kilku słabszych chwil jak wiejące nudą i pewną banalnością „Mam skrzydła”, gdzie Kali z całym szacunkiem do niego staje się jedynie tłem czy też słabsza momentami dykcja, nie psują ogółu. Świeże bity od Chrisa Carsona to główny powód zwyżki formy reprezentanta Piątkowa. Z całą pewnością nie mogę napisać, że MiN jest najlepszym wydawnictwem w dyskografii Łukasza, ale dotychczasowy, osobisty faworyt- „Niebo” doczekał się solidnej konkurencji.

Ocena 8/10
Krzywa kroopa
Pozdro 
 

wtorek, 23 września 2014

Ńowy styl.... czyli recenzja Ńemy- Ń

Krajowy rap uważam za konserwatywne środowisko. I nie mam na myśli kwestii światopoglądowych. W prawdzie w podejściu do muzyki, swoistego ciemnogrodu na pierwszych rzut oka w zasadzie nie ma, świeże trendy jak trap, czy też wszelkie elektroniczne nowinki goszczą na krajowych produkcjach lecz sprawdzoną metodą jest trueschoolowe brzmienie. Nieco przykurzonemu rapowi w Polskim wydaniu brakuje świeżego spojrzenia na muzykę. Kogoś kto nie brnie na ślepo przez wydeptane ścieżki czy też chwilową modę. Kogoś kto będzie dla rodzimego rapu kimś takim jak dla brit rocka była grupa Radiohead. Album „Ń” sprawił, że Ńemy może stać się polskim Thom`em Yorke.
Ze świecą szukać takiego drugiego typa jak Ńemy. Muzyk z krwi i kości. Choć dysponuje statusem debiutanta to z rapowym rzemiosłem ma do czynienia nie od dziś. MC w 100%, styl który nie podaje się jakiejkolwiek kategoryzacji. Ten styl to- „Ń”, a więc oryginalne flow, teksty wykraczające poza osiedlowe rewiry oraz splot różnych gatunków. Być może nie ma w tym wszystkim bakcyla pioniera, rzeczy które by się nie śniły Polskim hiphopowcom ale Ńemy w swojej do cna wypracowanej stylistce brzmi autentycznie i pewnie. I jako raper i jako producent Ńemy to stylowy gracz, którego sposób na rap być może wyprzedza epokę. I nie wykluczone, że podzieli los L.U.C. (z którym pracował przy „Haelucenogenoklektyzm” oraz „Planeta Luc”) będąc bardziej doceniony w branży muzycznej przez środowisko muzyki alternatywnej, a nie te stricte związane z hip-hopem.
Na debiut Ńemy czekał całkiem sporo. Brak głośnych featów i podziemnych projektów spowodował, że ksywa nie była zbyt popularna. Rok 2012, młody MC z Sierpca wygrywa The Man with the Iron Fists Remix Contest” zorganizowany przez RZA z dobrzej znanej każdemu ekipy Wu-Tang Clan. Zremiksowany kawałek „Built For This” z featami od Method Man, Freddie Gibbs & Streetlife mógł dać „5 minut” i szybkie wejście do mainstremu. Singiel „Sick pro” dający zasłużone propsy, a następnie dłuższa cisza. Kontrakt z Prosto Label przypadł jednak we właściwym momencie. W czasach gdy na krajowej scenie pojawiają się świeże dźwięki, a ich twórcy zostają dobrze przyjęci, patrz- Wuzet. Zdolny producent, intrygujący raper, przynajmniej z teoretycznego punktu widzenia powinien nieźle zamieszać na scenie.
Zgodnie z przewidywaniami pierwszy solowy album Ńemy`ego to materiał w pełni autorski. Tylko jeden gościnny występ rapera, brak cudzych bitów. Od strony muzycznej krążek to spójna koncepcja z dominującym basem i ciężką elektroniką. Świeże bity na wysokim, równym poziomie z wielkomiejskim klimatem. Na „Ń” mamy wachlarz napięcia, spokojne numery jak „Pain”, a na przeciwnym biegunie grube sztosy jak „Tatuuje bity” gdzie ciężkie basy w pełni załatwiają numer. Bity wbijają się z przeciętności, spora gama dźwięków nie powoduje rutyny, a w połączeniu z flow Niemczyka brzmi bardzo stylowo.
Nie tylko produkcje łamią schemat, tekstowo również mamy odwilż na scenie. Liryka Niemczyka wolna jest od łopatologicznych wersów, kręcących się wokół jednej tematyki jak muchy nad gównem. Linijki bogate są w wszelkie środki przekazu, rym za rymem, błyskotliwe metafory, liczne follow up`y, gry językowe, brak bzdurnych haseł, pozerskich mitów oraz liczne anglojęzyczne wstawki, jest w co się wsłuchać: „Marcin, Marcin Niemczyk! Czy ja wyglądam na typa, co crack Ci wręczy? Na typa, co gwałci dziewczyny czy kuśtyka i gardzi dziećmi? Ty, kto powiedział Ci rzeczy takie, niech się leczy, ja pier... Wolę już zrywanie mięśni hakiem, słyszeć jak jęczy Cichop... i hak”. Momentami Ńemy popisuje się wersami z rapowej ekstraklasy: „Za wszystkim tym stoi Richi Rich, Jego stopy liż i milcz. Albo włącz "Life is peachy" i wywołaj dzicz i lincz” innymi sprawnie przemyca emocje: „Sierpeckie niebo dziś pełne gwiazd, może pod nim ze mną będziesz raz. Nie zgub tego w odmęcie miast. Lis nie wiadomo gdzie zawiedzie nas”.
Wszechstronne flow które nie prowadzi po meandrach zyskuje z każdym odsłuchem. Chwilami nieco podobny do swojego była współpracownika- L.U.C., w kawałku „Ń styl” łudząco brzmiący jak AbraDab. Zresztą, sam track jak i bit mógłby nosi tytuł „Rap to nie zabawa 2”. Mimo tych tendencji, Ńemy dysponuje wyrazistym flow o dużym potencjalne. Dzięki temu, „Ń” zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jako potencjalny nośnik sztosów „Ń” nie wybija się aż nadto. W prawdzie mamy kawałki które z miejsca na dłużej zapadają w pamięć. „Żyć wietrznie” za sprawą intrygującego klimatu i ciekawych wersów: „Naprawdę chciałbyś żyć wiecznie? Gdy będziesz umierał szepniesz: "Aniele, chwyć, nieś mnie" Żyć wiecznie, być nieśmiertelnym .To jak być więźniem, dla mnie to byłoby zbyt ciężkie”, „Tatuuje bity” gdzie tekst schodzi na drugi plan, „Guzik” z jedynym na płycie featem od Biskupa i kolejnymi błyskotliwymi linijkami oraz bonusowy „S.I.E.R.P.C.” z popularnym w ostatnim okresie motywem folkowym, tym razem jednak osobista nawijka ma wyjątkowy klimat.
Choć w pełni legalny debiut reprezentanta Prosto należy uznać za udany, to błędów jak przystało na „świeżaka” Ńemy się nie ustrzegł. Słabiej wypadają anglojęzyczne kawałki i zwrotki. Chwilami forma bierze górę nad treścią, jak w numerze „Byłaś tą”. Groteskowe lovestory kpiące z radiowej, miłosnej papki gryzie się z całością. „Duchy” w stylu Tau mimo intrygującego tekstu wieją nudą.
Mimo kilku niedociągnięć pierwsze solo MC z Sierpca to udany debiut. „Ń” należy traktować jako konkretyzacje koncepcji rapu Ńemy`ego. Zapewne w pewnym stopniu, ten album jest eksperymentem, są tracki gdzie słychać, że ten styl dopracowaną formą, momentami jednak autor dociera do rewirów gdzie owa koncepcja staję się przerośnięta. Choć flow momentami mocno zbliżone do kilku czołowych ksywek na scenie, to w swojej nawijce Ńemy brzmi oryginalnie i potrafi zaintrygować nurtującymi linijkami. Muzycznie słychać, że Ńemy czerpie inspiracje z wielu gatunków, potrafi balansować dźwiękami i tworzyć klimat. I w tym rzecz, Ńemy wyraźnie pokazuje, że nie jest zamknięty w ramach hip-hopu. Styl „Ń” to jedna z ciekawszych rzeczy jakie pojawiły się w ostatnich latach na scenie i z miejsca dużo bardziej intrygująca niż wałkowany szary Polski mainstreamowy rap.
Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że ten album nie zostanie doceniony przez słuchaczy, natomiast scena zostanie wzbogacona o MC pełną gębą. Newschool w czystej postaci, choć słychać, że o korzeniach hip-hopu ten zdolny człowiek z Sierpca pamięta. Jak niedawno pocisnął Gedz: „Młode Wilki to nie był Draft” i trudno się z nim nie zgodzić. Nie wszyscy sobie poradzili ale niektórzy wzięli swój los we własne ręce i patrząc po przykładzie Ńemy`ego, warto było czekać. 


Ocena: 8/10
krzywa kroopa




piątek, 19 września 2014

W....jak wino czyli recenzja: Włodi- Wszystko z Dymem

Starość nie radość><im starszy tym lepszy>< w chwili, w której umiera w nas dziecko, zaczyna się starość? W języku polskim pełno jest powiedzeń i ludowych prawd które nawiązują do szeroko rozumianej wiekowości. Co prawda, 38lat to żadna starość ale dwie dekady na scenie to już duży bagaż. Status dinozaura rządzi się swoimi prawami. Progres dla wielu z takim dystansem już nierealny i prochu na nowo nie odkryją. Niemal powtarzalny schemat, im dłużej na scenie tym rzadsze wydawanie nowego materiału. W przypadku Włodkowskiego ten proceder się sprawdza. Od czasu wydania „W...” minęło 9lat, w tym czasie Włodiego mogliśmy usłyszeć na dwóch płytach Molesty, projekcie Parias oraz na licznych gościnnych featach, zawsze pokazujących wysoką formę. Długo oczekiwany, promowany świetnymi singlami, trzeci solowy album może być albo rozczarowaniem roku lub płytą która w Polskim rapie zagości na długie lata. Skoro to Włodi to wiadome, że opcja pierwsza nie wchodzi w rachubę.
Każda scena posiada swoje ikony, osoby które pisały historię tej kultury, które z czasem stały się legendami. Kimś takim dla sporej części rodzimych fanów jest niewątpliwe Włodi. Od pierwszych nagrań Molesty rap zmienił się nie do poznania ale kilka rzeczy pozostało niezmiennych, także w przypadku stołecznego Pariasa. Warszawski styl, bezkompromisowy, autentyczny. Choć nawijka Włodkowskiego stopniowo z czasem ewoluowała to wciąż mamy do czynienia z tym samym Włodkiem z Ursynowa. W przeciwieństwie do rówieśników Włodiego, progres nie jest obcym terminem. Odcinanie od kuponów, popularne wśród weteranów sceny popsuło obraz niejednej legendy. Kilku starszych MC nie odnalazło się po powrocie do rap gry. Patrz- przeciętny, zeszłoroczny album Wojtasa. Włodi od wydania „W...” nie rozmieniał się na drobne. Gościnne występy jeśli już były to zawsze na wysokim poziomie.
O ile niektórzy koledzy po fachu zatracili się we wtórności, a inni wpadli w wir nowej mody w rapie, to Włodi swój uliczny styl staranie wzbogacał o świeże linijki w stylowe bity z zębem trueschoolwym. Szorstki wokal, sprawne posługiwanie piórem, tłuste metafory, adekwatnie odzwierciedlające realia, szczere linijki. Niby to wszystko już było ale szkopuł w tym, że wciąż potrafi zaintrygować słuchacza. Wyzbyty taniej prawilności, dojrzalszy o kilka kolejnych lat, Włodi wraca z trzecim solo.
Podobnie jak na poprzednich krążkach, członek Molesty pozostał wierny zasadzie „jakość, a nie ilość”. 10 tracków dających niespełna 40 minut, biorąc pierwszą lepszą płytę z ostatnich lat, ciężko trafić na podobne podejście. Świetne promo single zapowiadające gruby sztos. Szybko „Wszystko z Dymem” stało się jednym z najbardziej oczekiwanych albumów roku. I z tym ciężarem oczekiwań z pewnością Włodi sobie poradził.
Jeśli już ruszyłem temat singli. 4 tracki, każdy w innym klimacie, jednak wszystkie oscylujące wokół jednej koncepcji. „T&T” na bicie Evidence`a witające Nas osobistymi przemyśleniami odnośnie drogi doświadczonego rapera: „Znów głodny gry w tłum żądny krwi Rzucam się, jestem bestią jak chodnikowy wilk. Dwa zero jeden trzy - moje wyjście z cienia. Dwa zero jeden dwa - jebana neurastenia Ale nawet na dnie słyszę triumfalne werble. Tę grę przejrzałem już na wylot– #rentgen. Zaciskam pętlę, zwężam grono zaufanych. Honor, krzyk o pomoc, odpowiadały ściany. Cóż tak wyszło, patrz w przyszłość, żyj lekko nad Wisłą i pamiętaj grać czysto”. Żadnych wtórnych, uniwersalnych prawd stary, dobry Włodi. „1996” nagrane z kolegami z Molesty przywołujące klimat początków z rapem grupy, okraszone świetną produkcją od The Returners. Sztos w postaci „Proces spalania”, szybko porywający swą dynamiką i znakomitym refrenem od Danny`ego. I wreszcie „W słońcu” klimatem przywołujący album Pariasów (a w szczególności bity Szczura). Lirycznie wysoka forma Włodka rzucająca się od pierwszego zetknięcia: „Znów mogę być tu, tysiąc wniosków wysnuć. Kilka deklaracji jakie dałem, wziąć w cudzysłów. Gorzkich słów nie ma też i żalu ani grama, świat uniewinniony w twórczym procesie spalania. Wszystko z dymem, album w rynek wbijam klinem. Trwa klęska urodzaju, walka o każdy centymetr”.
W zasadzie, taki MC mógłby sobie pozwolić na obniżenie poprzeczki. Jak większość kolegów być chodzącym Mojżeszem sceny i nagrywać na półgwizdka. Z przyjętą nawijką i osiągnięciami robić rap „po swojemu” bądź lepiej lub gorzej eksperymentować z modą. Tymczasem, szorstkie flow, spokojny tempr głosu, umiejętnie przekazujący emocje. W swojej nawijce Włodi osiadł na stałe. Spoczął na laurach? Z całą pewnością nie. Świadomy kondycji i trendów współczesnego rapu, Włodkowski sprawnie porusza się swoim stylu z dla od trapu, swagu i miliona innych rzeczy ewidentnie nie pasujących do niego. Swym wyrazistym, wolnym flow, lekko brudnym, nie męczy lecz dojrzałymi a czasami wręcz prostymi środkami dociera do celu.
Tekstowo „Wszystko z dymem” wypada znakomicie na tle sceny. Ale tego można było się spodziewać. Nie ma charakterystycznej dla Polaków martyrologi, mrocznych opowieści o prochach, bólu istnienia i innych tematów o których nawijają raperzy nad Wisłą. Wersy pełne osobistych linijek, dojrzałego spojrzenia na świat, narracje które intrygują za każdym razem. Nie ma niczego na siłę. Nachalnego lokowania produktów, wtórnych, sprawdzonych haseł które zawsze się przyjmą. Co prawda na 10 utworów i kilka gościnnych występów, Włodi nie miał zbyt wielu okazji do wpadek ale „czyste konto” na jednym krążku to rzecz w zasadzie nierealna dla reszty sceny. Perełki na wosku jak: „To nie rajski ogród, na chuj ten gad liczy? Laudacji powód znam - i tak spełznie na niczym. Tekstylia, ich sposób na stemplowanie bydła. Chcę być nad, choć wosku coraz mniej na skrzydłach” to częsty element spotykany na WZD.
Od strony muzycznej album trzymany jest w spójnej koncepcji. Mimo tego w 10 trackach dostajemy materiał zróżnicowany, pełen klimatycznych dźwięków. Za najważniejszą osobę odpowiedzialną za muzykę na WZD należy uznać DJ B, świetnie czującego warsztat Włodka. Osobisty faworyt w postaci „Zapałek” z lekką elektryką wraz z idącym w parze ze spokojnym flow i ciekawymi wersami:”Mówią: Ten weteran pewnie znów rozkurwi tych chłoptasi w napadach narcystycznych furii. Nie trzeba fur mi ziom, nie trzeba SWAG'u. Wizerunku, wytwórni, jebać zazdrość kolegów” lub „Dym, jak złodziej z tym, co cenne ucieka przez okno. Na scenę nie wychodzę już z lęku przed samotnością. Kiedy hajs wisi w powietrzu, to być może przeze mnie Twoja działalność w tej grze upływa podziemnie. Zapraszają mnie na feat'y, jakbym miał przecinać wstęgę. Zaszczyt - wśród raperów fanów mam najwięcej”. Sztos z wcześniej wspominanym kawałkiem- „Proces spalania”, nostalgiczne „Chmur drapacze” z bardzo dobrym featem od WuDoe, bogactwo klimatycznych sampli w „1996”, chilloutowe „W drodze po towar”, siejące niepewność „Pod numerem trzecim” czy też moc syntezatorów na produkcji od Evidence`a oraz ciężkie „W słońcu”. Niezależnie od klimatu, Włodi w każdym momencie na płycie czuje się pewnie.
Obecny rap powoli staje się miejsce dla młodych kotów. Osób otwartych na muzykę, inne gatunki. Wartości fundamentalne dla rapu lat 90. dziś tracą na wartości. Nowa szkoła pędzi w zawrotnym tempie, a doświadczeni gracze dostają zadyszki. Wydaje się, że dla pioniera stylu współczesna scena może stać obcym miejscem. Błąd. Włodi w iście profesorskim stylu zaznaczył swą obecną w rapie. „Wszystko z dymem” to album w pełni dopracowany, bez słabszych stron. Rap Włodka jak wino, bity stylowe, świeże nawet po kilku przesłuchaniach, goście wzbogacający treść i trafnie wpisujący się w klimat kawałków. Poza wcześniej wspominanym Weną, Gruby Mielzky i Małpa pozostawili po sobie trwały ślad na WZD.
Dwie dekady w branży słyszalne są chociażby w wersach „o rapie”. O archaicznej nawijce mowy nie ma. Świeżość mimo niemal 40tki na karku przebija się na tym krążku, jak chociażby w kawałku „W drodze po towar” gdzie lekko podśpiewane refreny mają wyjątkowy smak. „Wszystko z Dymem” to album na którym nie ma zapychaczy, numerów niepasujących do koncepcji krążka, nie ma rapu o rapie byle by tylko powstał kawałek, nie ma zbawiania świata na siłę, wciskania taniej filozofii i głoszenia łatwo nośnych truizmów. Nie jest to album o krótkiej historii. Tak, album ma zaledwie 10 kawałków, ale powrót do nich jest gwarantowany.
Choć spodziewałem się albumu wychodzącego poza wąskie ramy polskiej sceny to poziom WZD jest jednak zaskoczeniem. Zaskoczeniem oczywiście na plus. Włodi na trzeciej solówce zaprezentował rap doświadczonego MC w nowej odsłonie. żadnego odcinania kuponów, żadnej wtórnej pożywki dla małolatów, żadnej pustej mody. Skoro na wiosnę mieliśmy Chopina rapu to jesień jak i cały rok zdobył Pavarotti. I choć na ostatniej EP-ce Pelsona mogliśmy usłyszeć nawiązanie do już mistycznego Detoxa Dr.Dre: „To musiało w końcu jebnąć, chora jazda. Byłem gotów zagrać jak w "Upadku" Douglas. Nie pisać o porażkach, nie ma, że boli. Scena wykańcza także twoich idoli, ale.. „ ale dzięki Ci Boże za takie postacie w Polskim rapie. 




Ocena: 9/10
Krzywa kroopa
Pozdrawiam
PS. Wkrótce recenzja Ńemy- Ń!


środa, 3 września 2014

„Sanktuarium nieświętości” czyli recenzja: Żyto- Wiry

Ostatnio zastanawiałem się nad fenomenem hip-hopu. Kultura która wyrosła w betonowym zakamarku ludzkości, w miejscu „drugiej kategorii”, stworzona przez osoby nie uwzględnione w systemie, dziś jest obecna niemal pod każdą szerokością geograficzną. Wpisana w rap cząstka uniwersalizmu i epidemia globalizacji doprowadziła do obecnego stanu rzeczy. Rap śmiga wszędzie. Od początku swojej przygody z hip-hopem zawsze sięgałem po towar od typów i ekip które sprawiają wrażenie wiarygodnych i autentycznych. Coś jak w kawałku Gang Starr: „It's the, true enliven with a youthful vengeance and I'm a judge rap is your ass give you a crucial sentence”. I choć rok w rok, rap gra wzbogaca się o kolejnych raperów to na palcach jednej ręki można wyliczyć tych którzy budzą zaufanie w swych kawałkach. Choć osobiście styczności z częstochowskim śniegiem nie miałem i reprezentanta Prosto znam jedynie z jego tracków to po przesłuchaniu albumu „Wiry” wiem przynajmniej jedno. Ale o tym pod koniec recenzji...
Jak pisałem w jednej z wcześniejszych recenzji, moda na debiuty trwa. Mainstream rośnie i sam nie wiem czy to dobrze. Możliwość wydania na legalu dostaje liczna grupa, lecz nie wielka część potrafi wykorzystać swoje „5 minut”. Sukces Kękę pokazał, że z legalnym debiutem nie ma co się spieszyć. Czy dla kolegi z wytwórni czas na debiut przypadł we właściwym momencie? Podobieństw szukać nie trzeba, same stają w szeregu. Charyzma, styl, oryginalność, młodym wilkiem też już nie jest. Wiekowo mógłby pełnić rolę starszego brata (choć jest jedynakiem) dla większości debiutantów. Bezczelny, niemoralny, bez ceregieli nawijających... Wypisz, wymaluj powtórka z rozrywki z poprzedniego roku która, notabene odbyła się właśnie w przypadku członka Prosto.
Projekt „Żyto” niewątpliwe narobił niemałego szumu w podziemiu. Z miejsca raper z Częstochowy stał się jedną z bardziej wyrazistych postaci w undergroundzie. Brudna stylistyka, flow zimne, liryka realizmem przesiąknięta. Na „dzień dobry”, po sprawdzeniu Żyta z podziemia miałem deja vu- WWO? Na szczęście nie ma mowy o kserokopii. Żyto to zawodnik z własnym stylem mocno wpisany w nurt uliczny z metką Jasnogórskich krajobrazów. W rap grze zdominowanej przez postacie z dużych miast, głos typa z podwórek i miejsc nie pasujących do obrazka medialnego zawsze ma swój smak- swojski. I być może przez to Żyto przestaje być jedynie raperem z płyty, a staje się typem którego znamy od lat, który przez swoje spostrzeżenia i historię wydaje się być bliski. Głos mas: szczery, wyzbyty złudzeń, goniący za robotą, zmęczony realiami, marzący za Pannami z lepszych sfer, nie skalany populizmem i infantylną wizją świata. Pierwsze wydawnictwo w dyskografii rapera z Częstochowy a stylu więcej niż u 1/4 mainstreamu. A to wszystko jeszcze długo przed wydaniem krążka„Wiry”....
„Wiry” szybko stały się jednym z bardziej oczekiwanych debiutów tego roku. Kontrakt z wytwórnią która ogarnęła już nie jednego kota, dobrze przyjęty album w podziemiu. Po takim zawodniku jak Żyto wymagania automatycznie idą w górę. Puki co tytuł MVP wśród tegorocznych debiutantów piastuje Kuba Kanp, czy Żyto przebije „Podniebnego kota”? Raczej nie ale i tak jest dobrze. „Wiry” to album z dłuższą historią. Krążek którym trzeba przesiąknąć. Muzycznie? Słychać, że pobyt na Wyspach nie był zmarnowanym czasem. Grime zaskakujący z każdym odsłuchem, ostre i chłodem wiejące beaty, dobry balans basu. Dobra robota producentów, a w szczególności Lower Entrance który popisał się świeżym brzmieniem prosto z UK.
Otwierający „Wiry” kawałek „Ładna była” szybko wciąga w świat Częstochowskich rewirów. Dynamiczny beat, ostre flow, soczyste wersy: „Ładna była, ja o bar oparty, jakby to był, kurwa, bilardowy stół. Chciałem jej wbić bile tam, gdzie piękna dupka dzieli się na pół. Kolorów snów my tu nie śpimy”. Mocne wejście w postaci swoistego introtracka, brud, metafory trafione w sedno. Przy ciężkiej elektronice Żyto czuje się jak ryba w wodzie. Z kolejnymi tracki stylówka reprezentanta Prosto brzmi jeszcze bardziej dosadnie. „Droga do raju”z udanym nawiązaniem do poprzedniego projektu, udanymi wersami: „prawdziwy rap bardziej dziwy niż enter, nadal urodziwy bardziej rajd niż Eter” i co najmniej poprawnym refrenem. Jeśli już jestem przy temacie refrenów to akurat jest to słabsza strona tego krążka. Słabe refreny to nie nowość w rapie Częstochowianina, podobnie było na pierwszej płycie. Refreny oparte na prostocie, powtórzenia kilkakrotne muszą (?) prowadzić do zmęczenia. Charakterystyczne flow, wolne, nie bez wad, choć lepsze to niż nieudane próby śpiewania. Tak, Jerzy Sthur jednak się mylił, nie każdy może śpiewać.
Choć jest to krążek o dość spójnej stylistyce to jednak mamy klika momentów zwrotnych. „Moja muzo” z jedną z ciekawszych produkcji na krążku i lżejszym flow, podobną historie mamy w numerze „To prawda”. W tych kawałkach słychać, że Żyto nie czuje się do końca dobrze w takich klimatach, flow jakby nie pasujące do dźwięków i słabości techniczne wychodzące na wierzch. Mocne strony w rapie Żyta podkreślają chociażby „Parmezan”, tytułowe „Wiry” bądź „Ceny”, gdzie połączenie agresywnych dźwięków, soczystego flow i brudnych metafor znakomicie ze sobą współgra. Singlowe „Zrobiłem ją” z błyskotliwym przemiałem tematu branży i relacji damsko-męskich: „Zawsze trzeba jakoś to rozegrać, wiesz ocb jeśli grasz, nie wiesz jak nie grasz czyli nie rzucać się jak gówno w sedesie. Bo wieść się szybko niesie, plotkują nawet kolesie. Dobrze, że w pewnych kręgach mam łatwiej. Wiedzą już, nie zamulam, płynę z wiatrem. Nie przypadkiem jestem tu kontrakt. Kolejny kompakt, od kompa do kąta” oraz „Mały balecik” z udanymi featami prosto z Radomia wyrastają na prywatnych faworytów. Również „Nie psa wina” z ciekawą grą słów z czasem wpada do głowy.
„Spowiedź” z nielegalu miała specyficzny smak. Smak ten nabrał na wartości na leganym debiucie. Co prawda Żyto nie ustrzegł się błędów. Wspominane wcześniej słabe refreny jak chociażby „Całe życie w tarapatach jak góral w Tatrach” w kawałku „Tarapaty” który brzmi słabo. Słabości w flow aż nadto widoczne przy spokojniejszych beatach ale nie na tyle męczące by do nich nie wracać. Zresztą, Żyto to taki raper u którego nawet słabości techniczne stają się zaletami. Brudne i nieczyste flow w połączeniu z ostrym i agresywnym beatem przemyca masę emocji, dodając do tego brudne opowieści i historie o relacjach z kobietami oraz ostre jak brzytwa metafory, mamy rapera z intrygującym stylem. „Wiry” to album na którym z każdym odsłuchem odkrywamy coś nowego. Być może to aktor jednej roli, którego wrogiem może być zbyt klarowna stylistyka. Lecz w tej jednej roli odnajduje się znakomicie. Konkretny materiał okraszony świetnymi beatami, udanymi popisami gości i co najważniejsze wyjątkowym, autentycznym klimatem. Chaos kontrolowany który pojawia się w pewnych momentach nie grozi rutyną. Nieład na okładce, nieład w rapie, ale w tym wszystkim jest metoda.
Żyto z pewnością nie jest raperem kompletnym o ile ktoś taki w ogóle istnieje. Wracając do początku recenzji. „Wiry” to dobry przykład, że raper mimo słabszych stron ale z intrygującą stylistką potrafi wciągnąć w swój świat. Można się przyczepić od niedoskonałości w technice, słabszych refrenów, topornych przyspieszeń, flow które czasami traci na czystości ale w tych brudnych wersach jest rap z klimatem. Z miasta znanego głównie z kultu religijnego raper z świętością nie mający zbyt wiele wspólnego wchodzi do mainstreamu w dobrym stylu i jest na dobrej drodze by powtórzyć sukces kolegi z wytwórni z poprzedniego roku.



Ocena: 7/10
krzywa kroopa 

 

wtorek, 26 sierpnia 2014

„Nie potrzebuje zdjęć by pamiętać jak...” czyli recenzja: Dilated Peoples- Directors Of Photography


Sukces- sprawa subiektywna. Nie jedno ma imię ale i tak ciężko ją zdefiniować. Właśnie tak podchodzę do rapu grupy Dilated Peoples. Niby trio z LA swoimi wydawnictwami zasłużyło na szacunek i wysoką pozycję w rap grze ale to inni przez ostatnie lata byli podpisywani hashtagiem „hype”. Szlachetny pogląd, że nie ilość sprzedanych płyt, a możliwość wpływania na słuchaczy jest miarą sukcesów dobrze się sprzedaje (ok, nie każdy wpycha nam ten kit). Skoro ilość wypuszczonych w świat cdików nie mówi o pozycji rapera to po cholerę złote płyty i taka cała otoczka z nim związana? Gdziekolwiek nie podejmiemy owego tematu, sprawa wygląda identycznie. Undergroundowi emce powtarzają, że tworzą rap dla rapu, a mainstream to gruzowisko wypalonych postaci. Przedstawiciele głównego nurtu robią to co leży w ich zawodzie- money. I w sumie nie ma w tym nic złego. Temat rzeka i poglądów jest zapewne tyle ilu słuchaczy. Nieświadomie, próbując umieścić Dilated Peoples w sferze biznesu jakim jest hip-hop nieco otrzeźwiałem. Po pierwsze, generalizacja to zawsze błąd. Po drugie, poprzednie płyty grupy dowiodły, że i na nowym krążku można się spodziewać wyjątkowego rapu.
Być może przy tej recenzji nie będę obiektywny. Evidence jest w subiektywnej czołówce ulubionych raperów. Dyskografia grupy bogata w dobry rap. Zawsze tłuste beaty, które nawet po kilku miesiącach potrafią na nowo zaintrygować, oryginalna stylówka, z dala od płytkiej mody, testy bez lipy, a i skillsy się zgadzają. W idealnym świecie Dilated Peoples było by jedną z najważniejszych grup obecnego rapu. I oceniając kondycję współczesnego hip-hopu przez pryzmat właśnie ich dokonań pewnie wystawił bym szkolną laurkę rapu XXI wieku. Jednak „życie depcze wyobraźnie”, przez lata raczej przehypowani MC bądź swagowe kserówki były na topie.
Po świetnym wejściu na scenę za sprawą- „The Platform”, kolejne krążki potwierdziły, że trio z miasta Aniołów to wyjątkowa ekipa. Podejście do rapu zupełnie inne od tego które obecnie poniewiera się po mainstreamie. Nie będę bawił się w jakiekolwiek teorie spiskowe, że jakaś zła siła działa by Dilated Peoples nie rządzili sceną. W pierwszym rzędzie widzę kilku innych MC i kilku innych producentów. Mimo wszystko, miejsce na scenie dla Evidenca, DJ Babu i Rakaa jest zdecydowanie wyżej niż w rzeczywistości. Dlaczego więc realia są inne? Zbyt ambitne podejście do gry nie popłaca. Dilated Peoples to ekipa która po prostu robi „swoje”.
Rozkładając na cząstki elementarne Dilated Peoples, mamy do czynienia z ciekawą mieszanką. Mr.Slow Flow zapewne nie zbawi światu i nie napiszę na nowo historii rapu ale swą poprawnością i skutecznym piórem zbierze wierną rzeszę fanów rapu. Album „Cats & Dogs” mocno ugruntował pozycję EV, długo oczekiwany owoc projektu Step Brothers jednak rozczarował. Rakaa- dużo mniej pracowity (podczas przerwy w działalności grupy poza muzyką zajmował się również kwestią swojego wykształcenia- wrócił na college) od kolegi z grupy ale równie niedoceniony. Stylówka mocno zbliżona, być może zbyt bliska do kolegi. I na koniec DJ Babu dbający by flow obu typów mających tendencję do nudy nie uśpiło słuchacza. Efektem tego koktajlu hiphopowego jest kolektyw budzący skojarzenia z Szwajcarskim scyzorykiem. Dla wybranych, niezawodny w wielu warunkach jednak w niebezpieczną dzielnicę z taką „bronią” nie pójdziesz. Dla wielbicieli gatunku, specyfika rapu tria z L.A. to jeden z ostatnich bastionów trueschoolu. Bekowo brzmiący wniosek? Za bekę to można uznać połowę mainstreamu.
Po solidnym „20/20” minęło już 8lat. Nieco zapomniani, przez ostatnie lata raczej pracujący na solowe konta. Ciekawe zapowiedzi w wywiadach i promo single naostrzyły apetyt. Oczekiwania duże, przecież poprzednie albumy na wysokim, równym poziomie, a „Show Me The Way” oraz „Good as gone” zapowiadały kontynuację zacnej dyskografii. Dotychczasowy dorobek albumowy sprowadza się do prostego mianownika. Brak zaskoczenia, wszystko przemyślane i wpisujące się w ramy wyrobionego stylu. Monotonia? Nawet jeśli tak, to daj Boże nam taką monotonię w polskim rapie...
Niezłomnym elementem na wcześniejszych albumach zawsze były beaty. Począwszy od „The Platform” po ostatnie dzieło produkcje pełne żywiołowych sampli, żywych instrumentów, kipiące klimatem. Nie inaczej jest na „Directors of Photography”. Na 16 kawałków pracowało 10 producentów. Co prawda, patrząc na ksywy beatmakerów można było założyć, że podobieństwo stylówek nie grozi zburzeniu klimatu całości. I właśnie tak jest na tym albumie. O rutynie dźwięków mowy nie ma, za to mamy sprawnie poukładany zestaw widokówek: „Nawet jeśli nie tworzymy beatów, staramy się wybrać odpowiednie kawałki, których potem używamy, podczas miksów, rozmów z producentem. Działamy niczym selekcjonerzy”.
Pierwszy singlowy kawałek- „Good as gone” na beacie od DJ Premier`a to kwintesencja rapu Dilated Peoples. Bit od Premiera przesycony tłustymi samplami z kawałków AZ, Joey Bada$$ oraz Saukrates, klasyczne dla Premo cuty. Jest moc! Świetne linijki Rakaa: „I was getting buried alive. Heard the dirt hit the coffin top, I barely survived but I broke through my grave ripped the pine box seal apart. Head first yelling “maggot break, funkadelic art”. Fear is a dark side fair-weather friends fly, Hitchcock Same birds scatter when the end stop. Couple let their guards down, figure they was there for certain Talking about “time to pull the plug and close the curtain” i równie trafne w przekazie od EV. Co prawda, nie ma tutaj takiego żywiołu jak w „This Way” bądź „Back Again” lecz wykorzystanie do maksimum beatu, z flow świetnie wpisującym się w dźwięki zaowocowało grubym sztosem. „Show Me The Way” z featem w refrenach od Aloe Blacc brzmi jak kontynuacja „Worst Comes To Worst”. Licytacja na intrygujące metafory, techniczny ład i w 100% adekwatny refren. Kawałek mistrz!
Promo kawałki choć są największymi perłami na płycie to „Directors Of Photography” trzyma poziom bez wyjątku. „Directors” będące swoistym przedłużeniem intra. Mocne wejścia Pana Wolnego i to wszystko na beatcie który sam stworzył. Kilka ciekawych follow up`ów, kilka mocnych metafor. „Cut My Teeth” z jedną z lepszych produkcji na płycie od Alchemista. Obrazy Kalifornii, tej realnej, wyzbytej sztucznego obrazu medialnego lecz jakby opisywany za pomocą dzięków z NY. Beat mało Westcoastowy lecz świetnie wpisujący się w klimat wersów. Obłąkane produkcje na „Defari Interlude” oraz „The Dark Room” mimo prostoty płynącej z głośników nie grożą nudą. Solówka od EV w pierwszym kawałku w której nacisk został położony w przekazie, nie ma tu popisów technicznych i „The Dark Room” w którym niepokój wręcz kipi. Wszystko to intryguje mocnymi wersami: „I felt emotions so deep, but my words got blocked. You see I never smoked before so my nerves got shocked I couldn't talk a word, but I could see the world. I mean everything became so clear I didn't slur shit, I just kept quiet and made a note of it before the poetry is out the fire and I'm over it Retire notably and every move's a curtain call”.
Mroczny klimat album przemija w drugiej części krążka. Klimatyczne "Let Your Thoughts Fly Away" z świetnie przemyconymi rifami gitary i zgrabnymi cutami, „Century of the Self" z hipnotycznym beatem, spora tu zasługa zacnego Oh No. Solowy kawałek Rakaa w którym jednak nie wybił się na tyle by Evidence stanął w drugim szeregu. Klawisze w „Opinions May Vary” czy elementy elektroniki w „The Revesal” sprawiają, że album nijak nie daję rutynie. Wybijające się „Trouble” żywy beatem nieco rozczarowuje za sprawą mało wciągających popisów obu MC. Fakt, nawijak w przypadku EV i Rakaa jest dobrze znana od lat ale przy takich dźwiękach solidność staję się z czasem męcząca. Zupełnie inaczej raperzy z Dilated Peoples brzmią na „lekkich” beatach. „L.A. River Drive” gdzie obaj raperzy z swymi wolnymi wersami skupili uwagę na udanych linijkach: „They watch our moves, every step becomes the cinema With cameras in the street lights, the city life. I live it up Only my notable moments are here for quoting. The rest are over Gone With The Wind, it’s like the cold is blowing But fuck it, the pen's in motion like my Venice Ocean”. Zamykający krążek numer „The Bigger Picture” na beatcie 9th Wonder z cieplejszym klimatem za sprawą „gorących” sampli. Tekstowo również jest dobrze: „With Curtis Mayfield singing “Just be Thankful”. Slapping loud out a glasshouse, pearl enamel tooth color Seasoned old cats then the ragtop, roof covered. Nodded and they nodded back, respect acknowledged”. Słuchając tego numeru mam wrażenie, że cofam się do roku 2007 i z głośników płynie niesamowite „Chase The Clouds Away”.
Powroty po długiej przerwie nigdy nie są prostą sprawą, co chociażby obrazuje polska rap gra. W przypadku ekipy Dilated Peoples ta sztuka okazała się jednak warta uwagi. Efektem pracy Evidenca, Rakaa oraz DJ Babu jest album na wysokim poziomie pod każdym względem. Wersy dwóch raperów o mocno zbliżonym stylu po raz kolejny obroniły się. Progres? Ciężko oczekiwać od raperów którzy na scenie są nie od wczoraj by nagle wyskoczyli poziom wyżej, tym bardziej gdy skillsami przewyższają o kilka klas wielu mainstreamowych raperów. Ciężko stwierdzić kto bardziej wybił się na nowym krążku lecz z całą pewność nikt nie zawiódł. Gości na płycie zbyt wielu nie ma, ci którzy jednak dograli się na „Directors Of Photography” wstrzelili się w klimat kawałków. Muzycznie mamy rap jaki mogliśmy przewidzieć. Truschoolowe dziedzictwo w XXI wieku, nie ma tu elektronicznych dziwactw bądź popowo-radiowych tracków bez duszy.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to do braku zaskoczeń. Zabrakło momentów gdy album wykracza poza przewidywalną koncepcję. W pewnym sensie jest to także zaleta tego krążka. Koncepcja nie jest przytłaczająca, świat jaki został przekazany na „Directors Of Photography” ani nie spowoduje u Nas depresji ani także nie wprowadzi w stan euforii. EV do spółki z Rakaa pokazał, że obaj zasługują na miano dobrych obserwatorów, którzy w sposób ciekawy potrafią sprzedać swoje spostrzeżenia. Efektem tego hiphopowego albumu ze zdjęciami jest album o swoistym uroku. Niby nie ma kawałków które by wbijały się od pierwszego przesłuchania do głowy jednak chce się wracać do tego krążka. Bez Photoshopa w postaci pustych linijek, bez zbędnych featów lub sztucznych tracków wyzbytych głębszego sensu.
Mimo kolejnego świetnego albumu Dilated Peoples kolejny raz nie ma sukcesu komercyjnego. Zaledwie sześć i pół tysiąca egzemplarzy w pierwszym tygodniu sprzedaży w USA i zaledwie 41 pozycja w Billboard 200. Bardzo pozytywne recenzje, zawartość płyty na wysokim poziomie, czego chcieć więcej? Sam nie wiem czy to najlepszy album w dyskografii Dilated Peoples. Na pewno jest to najbardziej dojrzały album, w pełni przemyślany, z jasną lecz nie przekombinowaną koncepcją, na równym, wysokim poziomie. Mimo tego, że jesień 2014 zapowiada się na bardzo bogatą pod względem nowości to album „Directors Of Photography” będzie jedną z ważniejszych widokówek tego roku.



Ocena: 8/10
Pozdrawiam
Krzywa krooopa